'JA TAM ZAWSZE WISZĘ NAD PRZEPAŚCIĄ' (ELIZA KĄCKA: 'WCZORAJ BYŁAŚ ZŁA NA ZIELONO')
A
A
A
Książka Elizy Kąckiej pozwala się czytać i interpretować w różnych trybach. Można traktować ją jak wnikliwą opowieść o relacji matki i córki; widzieć w niej przecinające się obrazy dwóch inności; usłyszeć głos przeciwko medycznym sankcjom i diagnozom; wreszcie – zachwycić się ambiwalentną mocą słowa. A to tylko kilka tropów, którymi podążałam w trakcie własnej lektury. Ważne wydaje się także, że Kącka potrafi w wytrawny sposób poruszać się na granicy między żywiołem autobiograficznym a fikcjonalnym, powieściowym. Umiejętność takiego balansowania jest niezwykle istotna, bo to właśnie ona staje się probierzem etycznego wymiaru opowieści: szacunku i czułości, z jaką matka patrzy i opowiada historię córki, zwanej Rudą, ciekawości, ale i pewnej bezwzględności w obnażeniu siebie, wreszcie podwójnego zobowiązania – wobec prawdy życia i potrzeb konstruowania opowieści. Nie wiem, czy potrafię odpowiedzieć na pytanie, jak się to wszystko Elizie Kąckiej udało, ale wiem, że się tak stało. Ani przez chwilę nie wątpiłam w szczerość jej narracji, a jednocześnie byłam przekonana, że afekty, jakie książka we mnie wywołała, nie wynikały tylko z przedmiotu opowieści, ale przede wszystkim z jej literackich walorów. Kącka pisze wszak: „przecież nie wymyśliłabym Rudej. To niewykonalne” (s. 17), potwierdzając, że moc opowieści bierze się z obcowania z niepowtarzalną, prawdziwą osobowością. Poprawka, którą od razu chcę wprowadzić w tym zdaniu, wynika z silnego odczucia, że obcuję z literaturą najwyższego rzędu; że zostałam zaproszona i wtajemniczona w świat kreowany w precyzyjnych frazach, zdaniach i fragmentach. Skomponowanych z dbałością o wewnętrzny rytm, spójność, dramaturgię, refreniczność. Wielka to sztuka napisać tak o sobie i kimś najbliższym.
„Gdybym musiała napisać najkrótsze opowiadanie o nas…” (s. 11) – czytamy w pierwszym fragmencie. Nie będzie jednak krótko, będzie gęsto i esencjonalnie, ale robię ten wypis ze względu na obecną w cytacie liczbę mnogą. Trudno bowiem oddzielić opowieść o Rudej od opowieści o Kąckiej, bo ta druga bierze się z obecności pierwszej. Zawdzięcza jej po prostu wejście w macierzyńską rolę, ale też specyficzną zmianę w sposobie pisania. Mówiąc jeszcze inaczej – dzięki Rudej rodzi się inna Kącka-pisarka i, choć zawsze łatwo przychodziło jej działanie w słowach, to dotknięcie inności i innością córki musiało wprowadzić korektę. Skądinąd znam style Kąckiej: naukowczyni, autorki nasłuchów z rzeczywistości, felietonów. Mogłabym napisać – i nie byłoby to nadużycie – że Kąckiej z narracji „Wczoraj byłaś zła na zielono” najbliżej do narratorki „Elizji” (2017) i „Po drugiej stronie siebie” (2019): fabuł baśniowych i onirycznych, dziwnych, krnąbrnych, wymykających się logice, opartych na swobodnych grach wyobraźnią, odsłaniających to, co ukryte i ciemne. To Kącka wpadająca co rusz „do króliczej nory” (s. 218). Tak rozumiem znaczenie i pisarskie konsekwencje nauki pobranej przez Kącką u Rudej: „To ona (…) pozwoliła mi uwierzyć w sprawczość wyobraźni, w jej moc ustawiania świata po swojemu. Wcześniej bałam się baśniowej pedagogiki, nie podzielałam fascynacji historiami bez żądła i kantów. (…) Jej sposób myślenia dał mi dowód istnienia innego świata. Niejednorodnego, żywego, nicującego nasze kategorie. Baśń może być do niego wehikułem. (…) Do świata wyzwalającego słowa, pojęcia i rzeczy z reguł oswojonej grawitacji” (s. 217–218).
Kącka pokazuje jednak jeszcze inną stylistyczną twarz, bo musi zdać w języku swej narracji relację z kolejnej, jak sądzę trudniejszej dla niej, lekcji – (nie)wiary w słowa. W świecie doświadczonym podwójną innością słowa wszak muszą okazać się odmienne, skoro Ruda „Waży słowo jak przedmiot. Nie boi się powtórzeń, jakby inwencja była niższym szczeblem gry. Liczy się precyzja w obracaniu w palcach bryły zdania, w szlifowaniu jej za każdym obrotem. To nie fetysz, to szacunek rzeźbiarki dla materiału – i zależność od niego. Wcześniej mogłam najwyżej dukać coś akademicko o słowie, ale nie wiedziałam nic o innej gęstości istnienia. Tej, w której odbija się jej stosunek do mowy. W naszym świecie nie uprawia się pojęciowej żonglerki. A każde pojęcie, ciężkie jak piłka, może podbić nam oko. Lepiej nie nadużywać słów” (s. 234). Czy dla kogoś poruszającego się w świecie słów w tak świadomy i wyrafinowany sposób jak Kącka nie musiał to być przewrót? Przyznam, że zderzenie znanej mi wirtuozerii i potoczystości języka Kąckiej (w każdym narracyjnym wariancie) z wyobcowaniem z tego świata, jakiego doświadcza w narracji Ruda, jest dla mnie jednym z i ciekawszych, i bardziej bolesnych miejsc w opowieści. Pozostając bowiem pod nieustannym wrażeniem stylu i kompozycji „Wczoraj byłaś zła na zielono”, rozumiem ból narratorki, kiedy musi reagować na córczaną „skargę na mowę”. „Czuję się sztywno, gdy mówię” (s. 263) – wyznaje Ruda. Co ma odpowiedzieć biegła w technikach mowy i pisma matka? „Brak mi już zaufania do mowy. Zrobiła nam wielką przykrość” (s. 263).
Przejmujące są fragmenty opowiadające o powolnym, odbywającym się zawsze na prawach Rudej, wejściu w świat mowy. Kiedy uczymy dziecko wtajemniczenia w świat, to słowa przychodzą zaraz za lub równo z dotykiem, by za chwilę właściwie przejąć pełnię władzy i stopniowo doprowadzić do porozumienia i partnerstwa w dialogu z rodzicem. Tutaj jednak słowa Rudej są jak „gesty wykonywane z odwróconą twarzą, spuszczonymi oczami” (s. 33). Nie stanowią przepustki do komunikacji, niczego nie ułatwiają, ale wymuszają na matce zrozumienie mowy niejako zaszyfrowanej i uchwycenie czegoś, co jest tylko intuicyjne, przedsłowne. Kącka zatem – z akademickim sznytem, a przecież i z bezradnością – szuka klucza, mnożąc pytania i nie bojąc się odsłonić własnej niewiedzy: „Może w jej głowie samotnieją lub rozpychają się słowa? Słowa-obiekty, słowa-rzeczy. Może to ich kolizje, tarcia, ich brzmienie wprowadzają ją w taki nastrój? Może ona widzi, co ja tylko dekoduję, by wyobrażać to sobie po swojemu? Może słowo ma kolor i stroszy jakieś kłaki?” (s. 44). Równocześnie skrajnie nieuczciwe byłoby nazwanie tych zmagań z mową impasem. Z trudem rozwijająca się mowa Rudej jest tyleż macierzyńskim wyzwaniem, ile pokojem pełnym tajemnic, w którym znajdują się zdania zagadki (jak tytułowe „Wczoraj byłaś zła na zielono”) czy sentencje i abstrakcje („Ślady żyją osobno” [s. 217]), towarzyszące zdaniom zwyczajnym i codziennym. To wreszcie wypracowany wspólnie słownik, oczywista dla obu „mapa terenu” (s. 229), rozpoznawalne pseudonimy, ciąg czytelnych tylko dla nich skojarzeń, w których i tak matka wciąż więcej się domyśla, niż wie.
Wie jednak, jak ważne jest zastanawianie się „nad inną postacią mowy. Albo uczuć. A ściślej jednego i drugiego. (…) Chodzi o inny sposób myślenia” (s. 227). Kącka szuka zatem alternatywnych słowników i sposobów, by się „włamać” do świata Rudej odmienną drogą. Najważniejszym kanałem okazuje się dotyk – masowanie jako sposób na złagodzenie napięć, które często zamienia się w walkę, przypomina spektakl: „Rzut na tapczan i taniec nóżek. Dzikie skoki, wierzgania, mostki, łuki, małe lewitacje, ucieczki na ścianę” (s. 176). Kto by się domyślił, że w tej gonitwie chodzi o pozornie błahe oswobodzenie stóp z butów i skarpetek? Z odsieczą przychodzi także las. Kącka rozpisuje przepiękny fragment dowodzący podwójnej unii z lasem – jej samej i Rudej, którą las zaczadza, usypia, pęta „narkozą leczniczą” (s. 88).
Przyznaję, że książkę Kąckiej trudno się czyta, bo wywołuje emocje, fragmentami wręcz chwyta za gardło, jest dojmująca i magnetyczna zarazem, więc odkłada się ją, by odetchnąć i zaraz wrócić. Trzyma się kciuki tak samo za Rudą, bo widać, ile kosztuje ją bycie nawet w najżyczliwszym dla niej wariancie świata, co za Kącką – matkę i osobę, widzianą właśnie tym podwojeniu. Wydaje się, że pierwsza powinna być matka, w naszej kulturze to przecież oczywiste, co wypada skonstatować ze szczególną ironią, gdy czyta się rozsiane po narracji fragmenty zatytułowane „Rzeczy, które usłyszałam jako matka”. Bolesne, dotkliwe, zjadliwe, nieprawdziwe etc. Można by na podstawie „Wczoraj byłaś zła na zielono” sporządzać wypisy rytualnych opinii, stereotypów, kolekcjonować razy dochodzące do obu bohaterek, liczyć nieczułe i oceniające spojrzenia – jest ich bez liku.
Moją uwagę jednak bardziej przyciąga Kącka jako matka żyjąca w nieustannym napięciu: „Ciągle na czujce, z obrotowym okiem siedziałam jak ochroniarz bez uniformu” (s. 108), która walcząc o córkę, musi też walczyć o siebie. Oczywiste? Niestety, nie. Kącka opisuje moment w życiu Rudej, kiedy dziewczynka odwróciła się od świata. Czas regresu i zejścia w półmrok (dosłowny – z zasłoniętym oknami) objął także matkę: „Unieważniła moje życie na pół roku. Przestałam odbierać telefony, które nie dotyczyły naszego więzienia. Zwątpiłam w sens ustawiania się w kolejce do życia. Zawiesiłam aktywności” (s. 148). Anonimowa osoba z Olsztyna na tę pełną bólu skargę zareagowałaby z pewnością tak: „Wie pani, trudno, przepadło, studia studiami, trzeba zająć się dzieckiem” (s. 79). Kącka nie zaprzecza temu, że podstawowy będzie zawsze lęk o dziecko, ale słusznie martwi się też o siebie: „W czasie wielkiego zamknięcia usłyszałam mnóstwo pouczeń. Wiele z nich empatyzowało z matką, zakładając, że Eliza już nie istnieje. Wiesz, jesteś matką. Większość zakłada, że matka to taki gatunek dzielności, który zjada osobowość, wygładza kanty, gasi ostrość sądu. Biegasz na czterech łapach macierzyńskiego instynktu, tu masz miskę. Szanujemy cię, ale wiemy lepiej. Nie wiecie” (s. 153).
W projekcie macierzyńskim realizowanym przez Kącką jest miejsce na wszystkie doświadczenia: kruchości, czułości, więzi, niepokoju, odmienności, niezrozumienia, komitywy, radości, bólu; tyle że wszystkie wydają się zmaksymalizowane, by osiągnąć nieosiągalne – uchwycić „ja” Rudej, które jak cwany lis (kluczowy dla tej opowieści) wciąż wymyka się tej, która wie o niej najwięcej. Kącka zdaje się przekonana, że to nie biologia jest decydująca; wejście w rolę matki i dezercja z własnej, osobnej drogi nie zmniejsza przecież balastu ciążącego na Rudej. Pozwala oczywiście lepiej rozumieć i adekwatnie reagować, ale istota rzeczy tkwi w stopniu człowieczej wrażliwości. Pomaga z pewnością także elementarne rozumienie inności, zaczynające się od odczucia własnej. W takie czułki wyposażona jest Kącka, która sumując swoją i Rudej odmienność, wnikliwie czyta wyzwania rzucane przez córkę. W tym sensie rozumiem gest autorki, by wyrwać się spod „władzy diagnoz” (s. 16). Jeśli ktoś szuka poradnika, w którym znalazłby ścieżkę prowadzącą od konkretnego orzeczenia do sposobów „radzenia” sobie z nim, to zdecydowanie nie ta książka. „Diagnoza to zasieki ochronne i klincz, poduszka i kaganiec” (s. 16) – pisze Kącka, choć wie, że ów papier w teczce działa też jak rodzaj nawigacji między biurokratycznymi przeszkodami. Jednak zamiana świadomości, że jest „nie tak” (s. 164), na diagnozę kojarzy się jej z rytualnym zakolczykowaniem (zob. s. 168).
W stwierdzeniu Kąckiej: „Ja tam zawsze wiszę nad przepaścią” (s. 229) słyszę wiele tonów budujących tę świetną narrację: lęk, wyzwanie, przygodę, niepewność, ciekawość. Ruda przecież ma na imię Ciekawość (zob. s. 277). Sądzę, że po matce. Tylko bowiem bezgraniczna ciekawość niedostępnego świata córki może stać za tym życiowo-literackim projektem. Widzę Kącką gotową, by nad przepaścią bujać się na huśtawce w rytm odmienności.
„Gdybym musiała napisać najkrótsze opowiadanie o nas…” (s. 11) – czytamy w pierwszym fragmencie. Nie będzie jednak krótko, będzie gęsto i esencjonalnie, ale robię ten wypis ze względu na obecną w cytacie liczbę mnogą. Trudno bowiem oddzielić opowieść o Rudej od opowieści o Kąckiej, bo ta druga bierze się z obecności pierwszej. Zawdzięcza jej po prostu wejście w macierzyńską rolę, ale też specyficzną zmianę w sposobie pisania. Mówiąc jeszcze inaczej – dzięki Rudej rodzi się inna Kącka-pisarka i, choć zawsze łatwo przychodziło jej działanie w słowach, to dotknięcie inności i innością córki musiało wprowadzić korektę. Skądinąd znam style Kąckiej: naukowczyni, autorki nasłuchów z rzeczywistości, felietonów. Mogłabym napisać – i nie byłoby to nadużycie – że Kąckiej z narracji „Wczoraj byłaś zła na zielono” najbliżej do narratorki „Elizji” (2017) i „Po drugiej stronie siebie” (2019): fabuł baśniowych i onirycznych, dziwnych, krnąbrnych, wymykających się logice, opartych na swobodnych grach wyobraźnią, odsłaniających to, co ukryte i ciemne. To Kącka wpadająca co rusz „do króliczej nory” (s. 218). Tak rozumiem znaczenie i pisarskie konsekwencje nauki pobranej przez Kącką u Rudej: „To ona (…) pozwoliła mi uwierzyć w sprawczość wyobraźni, w jej moc ustawiania świata po swojemu. Wcześniej bałam się baśniowej pedagogiki, nie podzielałam fascynacji historiami bez żądła i kantów. (…) Jej sposób myślenia dał mi dowód istnienia innego świata. Niejednorodnego, żywego, nicującego nasze kategorie. Baśń może być do niego wehikułem. (…) Do świata wyzwalającego słowa, pojęcia i rzeczy z reguł oswojonej grawitacji” (s. 217–218).
Kącka pokazuje jednak jeszcze inną stylistyczną twarz, bo musi zdać w języku swej narracji relację z kolejnej, jak sądzę trudniejszej dla niej, lekcji – (nie)wiary w słowa. W świecie doświadczonym podwójną innością słowa wszak muszą okazać się odmienne, skoro Ruda „Waży słowo jak przedmiot. Nie boi się powtórzeń, jakby inwencja była niższym szczeblem gry. Liczy się precyzja w obracaniu w palcach bryły zdania, w szlifowaniu jej za każdym obrotem. To nie fetysz, to szacunek rzeźbiarki dla materiału – i zależność od niego. Wcześniej mogłam najwyżej dukać coś akademicko o słowie, ale nie wiedziałam nic o innej gęstości istnienia. Tej, w której odbija się jej stosunek do mowy. W naszym świecie nie uprawia się pojęciowej żonglerki. A każde pojęcie, ciężkie jak piłka, może podbić nam oko. Lepiej nie nadużywać słów” (s. 234). Czy dla kogoś poruszającego się w świecie słów w tak świadomy i wyrafinowany sposób jak Kącka nie musiał to być przewrót? Przyznam, że zderzenie znanej mi wirtuozerii i potoczystości języka Kąckiej (w każdym narracyjnym wariancie) z wyobcowaniem z tego świata, jakiego doświadcza w narracji Ruda, jest dla mnie jednym z i ciekawszych, i bardziej bolesnych miejsc w opowieści. Pozostając bowiem pod nieustannym wrażeniem stylu i kompozycji „Wczoraj byłaś zła na zielono”, rozumiem ból narratorki, kiedy musi reagować na córczaną „skargę na mowę”. „Czuję się sztywno, gdy mówię” (s. 263) – wyznaje Ruda. Co ma odpowiedzieć biegła w technikach mowy i pisma matka? „Brak mi już zaufania do mowy. Zrobiła nam wielką przykrość” (s. 263).
Przejmujące są fragmenty opowiadające o powolnym, odbywającym się zawsze na prawach Rudej, wejściu w świat mowy. Kiedy uczymy dziecko wtajemniczenia w świat, to słowa przychodzą zaraz za lub równo z dotykiem, by za chwilę właściwie przejąć pełnię władzy i stopniowo doprowadzić do porozumienia i partnerstwa w dialogu z rodzicem. Tutaj jednak słowa Rudej są jak „gesty wykonywane z odwróconą twarzą, spuszczonymi oczami” (s. 33). Nie stanowią przepustki do komunikacji, niczego nie ułatwiają, ale wymuszają na matce zrozumienie mowy niejako zaszyfrowanej i uchwycenie czegoś, co jest tylko intuicyjne, przedsłowne. Kącka zatem – z akademickim sznytem, a przecież i z bezradnością – szuka klucza, mnożąc pytania i nie bojąc się odsłonić własnej niewiedzy: „Może w jej głowie samotnieją lub rozpychają się słowa? Słowa-obiekty, słowa-rzeczy. Może to ich kolizje, tarcia, ich brzmienie wprowadzają ją w taki nastrój? Może ona widzi, co ja tylko dekoduję, by wyobrażać to sobie po swojemu? Może słowo ma kolor i stroszy jakieś kłaki?” (s. 44). Równocześnie skrajnie nieuczciwe byłoby nazwanie tych zmagań z mową impasem. Z trudem rozwijająca się mowa Rudej jest tyleż macierzyńskim wyzwaniem, ile pokojem pełnym tajemnic, w którym znajdują się zdania zagadki (jak tytułowe „Wczoraj byłaś zła na zielono”) czy sentencje i abstrakcje („Ślady żyją osobno” [s. 217]), towarzyszące zdaniom zwyczajnym i codziennym. To wreszcie wypracowany wspólnie słownik, oczywista dla obu „mapa terenu” (s. 229), rozpoznawalne pseudonimy, ciąg czytelnych tylko dla nich skojarzeń, w których i tak matka wciąż więcej się domyśla, niż wie.
Wie jednak, jak ważne jest zastanawianie się „nad inną postacią mowy. Albo uczuć. A ściślej jednego i drugiego. (…) Chodzi o inny sposób myślenia” (s. 227). Kącka szuka zatem alternatywnych słowników i sposobów, by się „włamać” do świata Rudej odmienną drogą. Najważniejszym kanałem okazuje się dotyk – masowanie jako sposób na złagodzenie napięć, które często zamienia się w walkę, przypomina spektakl: „Rzut na tapczan i taniec nóżek. Dzikie skoki, wierzgania, mostki, łuki, małe lewitacje, ucieczki na ścianę” (s. 176). Kto by się domyślił, że w tej gonitwie chodzi o pozornie błahe oswobodzenie stóp z butów i skarpetek? Z odsieczą przychodzi także las. Kącka rozpisuje przepiękny fragment dowodzący podwójnej unii z lasem – jej samej i Rudej, którą las zaczadza, usypia, pęta „narkozą leczniczą” (s. 88).
Przyznaję, że książkę Kąckiej trudno się czyta, bo wywołuje emocje, fragmentami wręcz chwyta za gardło, jest dojmująca i magnetyczna zarazem, więc odkłada się ją, by odetchnąć i zaraz wrócić. Trzyma się kciuki tak samo za Rudą, bo widać, ile kosztuje ją bycie nawet w najżyczliwszym dla niej wariancie świata, co za Kącką – matkę i osobę, widzianą właśnie tym podwojeniu. Wydaje się, że pierwsza powinna być matka, w naszej kulturze to przecież oczywiste, co wypada skonstatować ze szczególną ironią, gdy czyta się rozsiane po narracji fragmenty zatytułowane „Rzeczy, które usłyszałam jako matka”. Bolesne, dotkliwe, zjadliwe, nieprawdziwe etc. Można by na podstawie „Wczoraj byłaś zła na zielono” sporządzać wypisy rytualnych opinii, stereotypów, kolekcjonować razy dochodzące do obu bohaterek, liczyć nieczułe i oceniające spojrzenia – jest ich bez liku.
Moją uwagę jednak bardziej przyciąga Kącka jako matka żyjąca w nieustannym napięciu: „Ciągle na czujce, z obrotowym okiem siedziałam jak ochroniarz bez uniformu” (s. 108), która walcząc o córkę, musi też walczyć o siebie. Oczywiste? Niestety, nie. Kącka opisuje moment w życiu Rudej, kiedy dziewczynka odwróciła się od świata. Czas regresu i zejścia w półmrok (dosłowny – z zasłoniętym oknami) objął także matkę: „Unieważniła moje życie na pół roku. Przestałam odbierać telefony, które nie dotyczyły naszego więzienia. Zwątpiłam w sens ustawiania się w kolejce do życia. Zawiesiłam aktywności” (s. 148). Anonimowa osoba z Olsztyna na tę pełną bólu skargę zareagowałaby z pewnością tak: „Wie pani, trudno, przepadło, studia studiami, trzeba zająć się dzieckiem” (s. 79). Kącka nie zaprzecza temu, że podstawowy będzie zawsze lęk o dziecko, ale słusznie martwi się też o siebie: „W czasie wielkiego zamknięcia usłyszałam mnóstwo pouczeń. Wiele z nich empatyzowało z matką, zakładając, że Eliza już nie istnieje. Wiesz, jesteś matką. Większość zakłada, że matka to taki gatunek dzielności, który zjada osobowość, wygładza kanty, gasi ostrość sądu. Biegasz na czterech łapach macierzyńskiego instynktu, tu masz miskę. Szanujemy cię, ale wiemy lepiej. Nie wiecie” (s. 153).
W projekcie macierzyńskim realizowanym przez Kącką jest miejsce na wszystkie doświadczenia: kruchości, czułości, więzi, niepokoju, odmienności, niezrozumienia, komitywy, radości, bólu; tyle że wszystkie wydają się zmaksymalizowane, by osiągnąć nieosiągalne – uchwycić „ja” Rudej, które jak cwany lis (kluczowy dla tej opowieści) wciąż wymyka się tej, która wie o niej najwięcej. Kącka zdaje się przekonana, że to nie biologia jest decydująca; wejście w rolę matki i dezercja z własnej, osobnej drogi nie zmniejsza przecież balastu ciążącego na Rudej. Pozwala oczywiście lepiej rozumieć i adekwatnie reagować, ale istota rzeczy tkwi w stopniu człowieczej wrażliwości. Pomaga z pewnością także elementarne rozumienie inności, zaczynające się od odczucia własnej. W takie czułki wyposażona jest Kącka, która sumując swoją i Rudej odmienność, wnikliwie czyta wyzwania rzucane przez córkę. W tym sensie rozumiem gest autorki, by wyrwać się spod „władzy diagnoz” (s. 16). Jeśli ktoś szuka poradnika, w którym znalazłby ścieżkę prowadzącą od konkretnego orzeczenia do sposobów „radzenia” sobie z nim, to zdecydowanie nie ta książka. „Diagnoza to zasieki ochronne i klincz, poduszka i kaganiec” (s. 16) – pisze Kącka, choć wie, że ów papier w teczce działa też jak rodzaj nawigacji między biurokratycznymi przeszkodami. Jednak zamiana świadomości, że jest „nie tak” (s. 164), na diagnozę kojarzy się jej z rytualnym zakolczykowaniem (zob. s. 168).
W stwierdzeniu Kąckiej: „Ja tam zawsze wiszę nad przepaścią” (s. 229) słyszę wiele tonów budujących tę świetną narrację: lęk, wyzwanie, przygodę, niepewność, ciekawość. Ruda przecież ma na imię Ciekawość (zob. s. 277). Sądzę, że po matce. Tylko bowiem bezgraniczna ciekawość niedostępnego świata córki może stać za tym życiowo-literackim projektem. Widzę Kącką gotową, by nad przepaścią bujać się na huśtawce w rytm odmienności.
Eliza Kącka: „Wczoraj byłaś zła na zielono”. Wydawnictwo Karakter. Kraków 2024.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

