SZEKSPIR, DEATH METAL ORAZ SAMO DEATH (MAŁGORZATA I MICHAŁ KUŹMIŃSCY: 'RUINY')
A
A
A
Małgorzata i Michał Kuźmińscy w posłowiu do „Ruin” (zob. s. 415) zachęcają osoby nieznające poprzedniej serii do sięgnięcia po nią i poznania wcześniejszych losów Sylwii Nowak, głównej bohaterki właśnie rozpoczętego cyklu. I faktycznie, można dopiero po „Ruinach” przeczytać czterotomowe przygody Anny Serafin i Sebastiana Strzygonia (tu pojawiających się epizodycznie), mam jednak wrażenie, że lepiej byłoby się zapoznać przynajmniej z wydarzeniami dotyczącymi Sylwii jeszcze przed lekturą najnowszej powieści. Da się bez tego za „Ruinami” nadążyć, ale zrozumienie motywacji Sylwii okaże się łatwiejsze, gdy czytało się „Kamień” (2017).
Wcześniejszy cykl zdobył liczne grono czytelników i czytelniczek, a ostatnio głośno o nim z powodu kręconej dla platformy SkyShowtime serialowej ekranizacji tomu pierwszego („Śleboda”, 2015). Etnokryminały, w których Kuźmińscy osnuwali kryminalne fabuły na międzykulturowych napięciach i trudnej przeszłości, opowiadały o antropolożce i dziennikarzu szukających prawdy o zbrodniach, a przy okazji mierzących się z góralskimi, śląskimi, romskimi i żydowskimi traumami oraz polskimi stereotypami na temat mniejszości. Jednak od ostatniej części („Mara”, 2019) minęło już pięć lat – przy czym warto odnotować, że Kuźmińscy wydali w tym czasie zbiór rozmów „Opowiem ci o zbrodni” (2022) – więc spragnieni nowej powieści fani i fanki z nadzieją spoglądali w stronę „Ruin”. Z chłodnych ocen na portalu Lubimyczytać.pl wynikałoby jednak, że sporo osób spodziewało się czegoś innego.
Jako że ja po lekturze zamierzam „Ruiny” zdecydowanie pochwalić, zaintrygowana zerknęłam, czego dotyczą zarzuty. Pomijając pojedyncze narzekania na niechęć do feminatywów (tak, Sylwia Nowak jest detektywką, co mnie akurat cieszy) czy zniechęcenie do książek o ludziach nieszczęśliwych (faktycznie nie jest co cosy crime, ale przecież nikt nie twierdził inaczej), dostrzec można narzekania na brak dynamiki, nadmierne podobieństwo między Sylwią a byłą policjantką, Magdą, oraz sprzeczny (?) z oczekiwaniami wobec kryminalnego gatunku nadmiar kwestii obyczajowych i wątku teatralnego. Zapoznanie się z krytycznymi uwagami pomogło mi zrozumieć, czemu ja z taką przyjemnością tę książkę przeczytałam. To, co wspomniane powyżej, dla mnie jest w większości zaletą, nie wadą powieści. Zwłaszcza że – poza Anną Kańtoch – prawie nie mam już polskich autorów i autorek piszących właśnie takie kryminały: stosunkowo powolne, skupione na detalu i kontekstach, niepędzące za akcją i nadmiarem dialogów.
Przy czym „Ruiny” to przecież nadal kryminał, a nawet dwa zazębiające się kryminały w jednym. Sylwia chce rozwiązać zagadkę śmierci przyjaciółki z krakowskiego domu dziecka, Marzeny. Magda nie potrafi pozbyć się poczucia winy, że nie rozwiązała sprawy śmierci swojej przyjaciółki licealnej, Kaliny, zamordowanej w miasteczku tuż przed tym, jak miała wyjechać na studia do Anglii. Później mąż Magdy nie mógł znieść tego, że rodzina wciąż przegrywa ze śledztwem i przekonał żonę, by porzuciła ryzykowny zawód. W 2023 roku szukająca informacji Sylwia Nowak zastaje więc sfrustrowaną Magdę za sklepową ladą – a była policjantka wykorzystuje okazję, by wrócić do tamtej sprawy przy okazji badania śmierci Marzeny. I owszem, między samymi bohaterkami oraz między parami dawnych przyjaciółek są analogie, ale Kuźmińscy na tyle ciekawie zarysowują różnice sytuacji i charakterów, że takie przeglądanie się kobiet w sobie nawzajem okazuje się według mnie właśnie udanym aspektem powieści. Na dodatek poznajemy postaci, poprzez retrospekcje, w innych momentach życia, co pozwala przekonująco uzasadnić, czemu dla nich obu sprawa związana z miejscowymi ruinami jest tak ważna i czemu ich biografie potoczyły się tak, że Sylwia „[z] wojowniczki broniącej bezpieczeństwa swojego kraju została grabarzem cudzych małżeństw” (s. 25), a Magda rozmyśla: „To miała być naprawdę inna historia. Opowieść o dzieciakach z małego miasteczka, które dzięki determinacji, ciężkiej pracy i przyjaźni pokonują przeciwności losu i mimo skromnych środków odnoszą życiowy sukces na miarę nowej Polski. A nie kryminał o zamordowanej nastolatce, jakieś pieprzone »Miasteczko Twin Peaks« na miarę naszych możliwości” (s. 148-149).
Intryga kryminalna mnie przekonuje. Mała społeczność – miejscowi plus przyjezdna trupa teatralna – pełna podejrzanych z licznymi sekretami. Dochodzenie do prawdy rozgrywa się na podstawie materialnych dowodów, zapisków, interakcji, wspomnień, emocji, a do tego pojawia się parę interesujących szczegółów kryminalistycznych (na przykład różne modele przesłuchań). Rozumiem, że niektórym osobom czytającym „Ruiny” może brakować przewodniego etnomotywu (chociaż dotykające Sylwię jako Romkę uprzedzenia jak najbardziej dochodzą tu do głosu, nie wyparowały nagle z polskiej atmosfery). Jednak pomysł zastąpienia tego klucza teatralnym uważam za ciekawy. Może mam wątpliwości, czy trzeba tu było tego Szekspira aż tyle, jednak przymykam oko na kilka zbyt długich scen z prób przedstawienia, bo podoba mi się udowadnianie, że postaci z szekspirowskich sztuk mogą służyć wyjaśnieniu zachowań ludzi XXI wieku oraz dynamiki interakcji między poszczególnymi typami osobowości. I nie zawsze jest to tak oczywiste jak w, gorzkiej dla mówiącej to Olgi, ale przy tym dość zabawnie brzmiącej, analogii: „Szukałam u niego wsparcia, ale powiedział mi »wracaj do żabki«, jakby mówił »idź do klasztoru«” (s. 218). Poza tym eksperymentalna grupa teatralna to dla Kuźmińskich świetne pole do pokazywania nadużyć, jakie nieść może sztuka – manipulacja, mobbing, przemoc ukrywać się mogą za wzniosłymi deklaracjami o odświeżaniu szekspirowskiego kanonu. Przewodząca zespołowi Lilianna umie wykorzystywać cudze słabe punkty, a pewien „scancelowany” aktor się nie przejmuje, bo zna realia: „(…) w końcu nikogo nie zmacałem. Zaraz się okaże, że ta sierota, co dostała ode mnie w ryj, macała, i wtedy znowu to ja będę tym dobrym. W tej branży tylko jednego nie da się wybaczyć. Braku talentu” (s. 182).
Teatralne aspekty „Ruin” dowodzą czegoś, co wydaje mi się – obok kryminalnych zagadek – najważniejsze w tej powieści. Kuźmińscy pokazują, że większość rzeczy i zjawisk nie jest ani dobra, ani zła sama w sobie. Wszystko zależy od tego, kto i jak postanowi czegoś „użyć”. Eksperymentalny Szekspir może być kluczem do osobowości i społeczeństwa, ale może służyć władzy nad innymi i nieuczciwym zyskom. Podobnie metalowa muzyka czy „Dungeons & Dragons”, czyli inne ważne elementy fabuły, a równocześnie obiekty nagonki przełomu wieków. Mogą budować tożsamość i poczucie wspólnoty, ale mogą też stać się groźnym narzędziem z złych rękach. I nie chodzi tu o uleganie zbiorowej histerii, że każdy, kto słucha metalu, to do razu „szatanista” (kto przeżył sesje RPG i/lub krzywe spojrzenia „bliźnich” na czarne koszulki, temu ta warstwa „Ruin” będzie bliska). A obok powrotów do lat 90. Kuźmińscy nie unikają dyskusji bieżących – także ChatGPT w książce wystąpi, pokazując, co już umie, a do czego się (jeszcze?) nie nadaje.
Sprawdza się też interesujące miejsce akcji, poniemiecki Lubomierz, czyli „polskie miasteczko z niemiecką starówką wciśniętą między radzieckie bloki, zachodnią galerię handlową i piastowskie wzgórze” (s. 183). Palimpsest wieków i narodów, a na jego tle przekonująco odmalowane dorastanie w latach 90., z maturalnymi powtórkami z „Cogito” i rzucaniem wielościenną kostką. Daleko jednak tej wizji do idealizowania ówczesnej nastoletniości. Magda co chwilę odkrywa własną naiwność w podejściu do tamtych wydarzeń i swoich bliskich z młodości, a diagnozy okazują się gorzkie: „Nie byliśmy strasznie grzeczni, pomyślała, byliśmy zastraszeni” (s. 316). Czy właśnie okoliczności dorastania tam i wtedy doprowadziły do morderstwa Kaliny nierozwikłanego ćwierć wieku później? Czy dlatego inny członek paczki, Rafał, popełnił samobójstwo? Jaką rolę odegrali w tym wszystkim pozostali – Tymoteusz i Marcin? A sama Magda?
Wobec wszystkiego, co się w „Ruinach” udaje, drobne mankamenty nie wpływają na moją całościową wysoką ocenę, nawet jeśli niektóre partie teatralne bym skróciła, zdecydowanie mogłabym żyć bez wprowadzania motywu narkotykowego transu (zwłaszcza że jedno z jego „zaskoczeń” jest aż zbyt przewidywalne), a nieraz autorski duet zbyt usilnie chce zakończyć podrozdział jakąś mocną pointą… Ogólnie czuję się do nowej serii przekonana, bo powieść Kuźmińskich o Sylwii Nowak to porządny kryminał z rozbudowanym tłem społeczno-obyczajowym (i dodatkowo jeszcze teatralnym). Mocna psychologicznie i śledczo opowieść o tym, „że nie trzeba wojny, przesiedleń i osiemdziesięciu lat chudych, żeby zostawić po sobie gruzy. Wystarczy jedna śmierć. Jedna” (s. 229). W „Ruinach” akurat dwie – ale przez to atmosfera jest tym gęstsza, a gruzy okazują się tym trudniejsze do dźwignięcia.
Wcześniejszy cykl zdobył liczne grono czytelników i czytelniczek, a ostatnio głośno o nim z powodu kręconej dla platformy SkyShowtime serialowej ekranizacji tomu pierwszego („Śleboda”, 2015). Etnokryminały, w których Kuźmińscy osnuwali kryminalne fabuły na międzykulturowych napięciach i trudnej przeszłości, opowiadały o antropolożce i dziennikarzu szukających prawdy o zbrodniach, a przy okazji mierzących się z góralskimi, śląskimi, romskimi i żydowskimi traumami oraz polskimi stereotypami na temat mniejszości. Jednak od ostatniej części („Mara”, 2019) minęło już pięć lat – przy czym warto odnotować, że Kuźmińscy wydali w tym czasie zbiór rozmów „Opowiem ci o zbrodni” (2022) – więc spragnieni nowej powieści fani i fanki z nadzieją spoglądali w stronę „Ruin”. Z chłodnych ocen na portalu Lubimyczytać.pl wynikałoby jednak, że sporo osób spodziewało się czegoś innego.
Jako że ja po lekturze zamierzam „Ruiny” zdecydowanie pochwalić, zaintrygowana zerknęłam, czego dotyczą zarzuty. Pomijając pojedyncze narzekania na niechęć do feminatywów (tak, Sylwia Nowak jest detektywką, co mnie akurat cieszy) czy zniechęcenie do książek o ludziach nieszczęśliwych (faktycznie nie jest co cosy crime, ale przecież nikt nie twierdził inaczej), dostrzec można narzekania na brak dynamiki, nadmierne podobieństwo między Sylwią a byłą policjantką, Magdą, oraz sprzeczny (?) z oczekiwaniami wobec kryminalnego gatunku nadmiar kwestii obyczajowych i wątku teatralnego. Zapoznanie się z krytycznymi uwagami pomogło mi zrozumieć, czemu ja z taką przyjemnością tę książkę przeczytałam. To, co wspomniane powyżej, dla mnie jest w większości zaletą, nie wadą powieści. Zwłaszcza że – poza Anną Kańtoch – prawie nie mam już polskich autorów i autorek piszących właśnie takie kryminały: stosunkowo powolne, skupione na detalu i kontekstach, niepędzące za akcją i nadmiarem dialogów.
Przy czym „Ruiny” to przecież nadal kryminał, a nawet dwa zazębiające się kryminały w jednym. Sylwia chce rozwiązać zagadkę śmierci przyjaciółki z krakowskiego domu dziecka, Marzeny. Magda nie potrafi pozbyć się poczucia winy, że nie rozwiązała sprawy śmierci swojej przyjaciółki licealnej, Kaliny, zamordowanej w miasteczku tuż przed tym, jak miała wyjechać na studia do Anglii. Później mąż Magdy nie mógł znieść tego, że rodzina wciąż przegrywa ze śledztwem i przekonał żonę, by porzuciła ryzykowny zawód. W 2023 roku szukająca informacji Sylwia Nowak zastaje więc sfrustrowaną Magdę za sklepową ladą – a była policjantka wykorzystuje okazję, by wrócić do tamtej sprawy przy okazji badania śmierci Marzeny. I owszem, między samymi bohaterkami oraz między parami dawnych przyjaciółek są analogie, ale Kuźmińscy na tyle ciekawie zarysowują różnice sytuacji i charakterów, że takie przeglądanie się kobiet w sobie nawzajem okazuje się według mnie właśnie udanym aspektem powieści. Na dodatek poznajemy postaci, poprzez retrospekcje, w innych momentach życia, co pozwala przekonująco uzasadnić, czemu dla nich obu sprawa związana z miejscowymi ruinami jest tak ważna i czemu ich biografie potoczyły się tak, że Sylwia „[z] wojowniczki broniącej bezpieczeństwa swojego kraju została grabarzem cudzych małżeństw” (s. 25), a Magda rozmyśla: „To miała być naprawdę inna historia. Opowieść o dzieciakach z małego miasteczka, które dzięki determinacji, ciężkiej pracy i przyjaźni pokonują przeciwności losu i mimo skromnych środków odnoszą życiowy sukces na miarę nowej Polski. A nie kryminał o zamordowanej nastolatce, jakieś pieprzone »Miasteczko Twin Peaks« na miarę naszych możliwości” (s. 148-149).
Intryga kryminalna mnie przekonuje. Mała społeczność – miejscowi plus przyjezdna trupa teatralna – pełna podejrzanych z licznymi sekretami. Dochodzenie do prawdy rozgrywa się na podstawie materialnych dowodów, zapisków, interakcji, wspomnień, emocji, a do tego pojawia się parę interesujących szczegółów kryminalistycznych (na przykład różne modele przesłuchań). Rozumiem, że niektórym osobom czytającym „Ruiny” może brakować przewodniego etnomotywu (chociaż dotykające Sylwię jako Romkę uprzedzenia jak najbardziej dochodzą tu do głosu, nie wyparowały nagle z polskiej atmosfery). Jednak pomysł zastąpienia tego klucza teatralnym uważam za ciekawy. Może mam wątpliwości, czy trzeba tu było tego Szekspira aż tyle, jednak przymykam oko na kilka zbyt długich scen z prób przedstawienia, bo podoba mi się udowadnianie, że postaci z szekspirowskich sztuk mogą służyć wyjaśnieniu zachowań ludzi XXI wieku oraz dynamiki interakcji między poszczególnymi typami osobowości. I nie zawsze jest to tak oczywiste jak w, gorzkiej dla mówiącej to Olgi, ale przy tym dość zabawnie brzmiącej, analogii: „Szukałam u niego wsparcia, ale powiedział mi »wracaj do żabki«, jakby mówił »idź do klasztoru«” (s. 218). Poza tym eksperymentalna grupa teatralna to dla Kuźmińskich świetne pole do pokazywania nadużyć, jakie nieść może sztuka – manipulacja, mobbing, przemoc ukrywać się mogą za wzniosłymi deklaracjami o odświeżaniu szekspirowskiego kanonu. Przewodząca zespołowi Lilianna umie wykorzystywać cudze słabe punkty, a pewien „scancelowany” aktor się nie przejmuje, bo zna realia: „(…) w końcu nikogo nie zmacałem. Zaraz się okaże, że ta sierota, co dostała ode mnie w ryj, macała, i wtedy znowu to ja będę tym dobrym. W tej branży tylko jednego nie da się wybaczyć. Braku talentu” (s. 182).
Teatralne aspekty „Ruin” dowodzą czegoś, co wydaje mi się – obok kryminalnych zagadek – najważniejsze w tej powieści. Kuźmińscy pokazują, że większość rzeczy i zjawisk nie jest ani dobra, ani zła sama w sobie. Wszystko zależy od tego, kto i jak postanowi czegoś „użyć”. Eksperymentalny Szekspir może być kluczem do osobowości i społeczeństwa, ale może służyć władzy nad innymi i nieuczciwym zyskom. Podobnie metalowa muzyka czy „Dungeons & Dragons”, czyli inne ważne elementy fabuły, a równocześnie obiekty nagonki przełomu wieków. Mogą budować tożsamość i poczucie wspólnoty, ale mogą też stać się groźnym narzędziem z złych rękach. I nie chodzi tu o uleganie zbiorowej histerii, że każdy, kto słucha metalu, to do razu „szatanista” (kto przeżył sesje RPG i/lub krzywe spojrzenia „bliźnich” na czarne koszulki, temu ta warstwa „Ruin” będzie bliska). A obok powrotów do lat 90. Kuźmińscy nie unikają dyskusji bieżących – także ChatGPT w książce wystąpi, pokazując, co już umie, a do czego się (jeszcze?) nie nadaje.
Sprawdza się też interesujące miejsce akcji, poniemiecki Lubomierz, czyli „polskie miasteczko z niemiecką starówką wciśniętą między radzieckie bloki, zachodnią galerię handlową i piastowskie wzgórze” (s. 183). Palimpsest wieków i narodów, a na jego tle przekonująco odmalowane dorastanie w latach 90., z maturalnymi powtórkami z „Cogito” i rzucaniem wielościenną kostką. Daleko jednak tej wizji do idealizowania ówczesnej nastoletniości. Magda co chwilę odkrywa własną naiwność w podejściu do tamtych wydarzeń i swoich bliskich z młodości, a diagnozy okazują się gorzkie: „Nie byliśmy strasznie grzeczni, pomyślała, byliśmy zastraszeni” (s. 316). Czy właśnie okoliczności dorastania tam i wtedy doprowadziły do morderstwa Kaliny nierozwikłanego ćwierć wieku później? Czy dlatego inny członek paczki, Rafał, popełnił samobójstwo? Jaką rolę odegrali w tym wszystkim pozostali – Tymoteusz i Marcin? A sama Magda?
Wobec wszystkiego, co się w „Ruinach” udaje, drobne mankamenty nie wpływają na moją całościową wysoką ocenę, nawet jeśli niektóre partie teatralne bym skróciła, zdecydowanie mogłabym żyć bez wprowadzania motywu narkotykowego transu (zwłaszcza że jedno z jego „zaskoczeń” jest aż zbyt przewidywalne), a nieraz autorski duet zbyt usilnie chce zakończyć podrozdział jakąś mocną pointą… Ogólnie czuję się do nowej serii przekonana, bo powieść Kuźmińskich o Sylwii Nowak to porządny kryminał z rozbudowanym tłem społeczno-obyczajowym (i dodatkowo jeszcze teatralnym). Mocna psychologicznie i śledczo opowieść o tym, „że nie trzeba wojny, przesiedleń i osiemdziesięciu lat chudych, żeby zostawić po sobie gruzy. Wystarczy jedna śmierć. Jedna” (s. 229). W „Ruinach” akurat dwie – ale przez to atmosfera jest tym gęstsza, a gruzy okazują się tym trudniejsze do dźwignięcia.
Małgorzata i Michał Kuźmińscy: „Ruiny”. Wydawnictwo Dolnośląskie. Wrocław 2024 [seria: Ślady zbrodni].
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

