MIEĆ CZY BYĆ? ('BĘDZIE LEPIEJ')
A
A
A
2 września 2022 roku pięciu aktywistów grupy Extinction Rebellion rozrzuca w Opactwie Westminsterskim ulotki wzywające społeczeństwo do wzięcia odpowiedzialności za zmiany klimatyczne. Następne przyklejają się do podłogi w sali obrad brytyjskiej Izby Gmin, tuż obok fotela spikera. 17 września 2023 roku dwóch niemieckich działaczy organizacji Letzte Generation spryskuje pomarańczową i żółtą farbą Bramę Brandenburską. Chcieli w ten sposób wymusić na rządzie federalnym szybsze odejście od paliw kopalnych. Za uszkodzenie „pomnika narodowego” zostali skazani na osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu. 28 stycznia 2024 roku w paryskim Luwrze dwie aktywistki klimatyczne oblały zupą „Monę Lisę” da Vinciego. Mają na sobie koszulki z napisem KONTRATAK ŻYWNOŚCIOWY. Po oblaniu zupą obrazu krzyczą do zwiedzających „Co jest ważniejsze? Sztuka czy prawo do zdrowej i zrównoważonej żywności”?
O podobnych akcjach słyszymy od dawna. Ktoś przykleja się do obrazu, do lotniska, do drogi, by zaprotestować przeciwko nie dość mocnym (lub żadnym) krokom mającym zapobiec nadchodzącej katastrofie klimatycznej. Prowokacyjne zachowania mają wzbudzić zainteresowanie mediów, a przez to nagłośnić problem w społeczeństwie. Nie zamierzam tutaj oceniać skuteczności strategii obranej przez XR czy Ostatnie Pokolenie. Każdy niech sam uzna, czy pomazanie farbą Stonehenge sprawi, że masy sprawdzą w internecie, jak zwiększanie się globalnej temperatury wpłynie na Golfsztrom. Nie sposób jednak zauważyć, że w pewnych kręgach (z reguły twarzami takich akcji są młodzi ludzie) radykalizm związany z ochroną klimatu narasta. Dotyczy to zarówno postulatów, jak i działań. Spotykamy się z nim na samym początku filmu „Będzie lepiej”, kiedy aktywiści ekologiczni blokują dostęp do sklepu podczas Black Friday, w ramach protestu przeciwko rozbuchanej konsumpcji francuskiego społeczeństwa. Jeden z klientów, Albert (Pio Marmaï), wdaje się w awanturę z protestującymi, a blokadę musi rozbić policja.
Albert jest jednym z głównych bohaterów filmu. Pracuje jako bagażowy na lotnisku de Gaulle’a, które służy mu też za sypialnię. Ze względu na swoje kompulsywne kupowanie ma gigantyczne zadłużenie, w tym u swojej rodziny. Poprzez telewizor, który zakupił podczas wyprzedaży i chciał sprzedać w internecie, spotyka Bruna (Jonathan Cohen), który ma podobne problemy finansowe i z tego powodu prawie popełnił samobójstwo. Bruno daje Albertowi kontakt do stowarzyszenia wspierającego nadmiernie zadłużonych, kierowanego przez Henriego (Mathieu Amalric), byłego hazardzistę, wciąż walczącego z chęcią rzucenia kością w kasynie. Od niego Albert dowiaduje się, że jego przypadek jest tak beznadziejny, że jego długi może anulować tylko Bank Francji.
W międzyczasie Albert i Bruno przypadkowo wiążą się z grupą lewicowych aktywistów, zaangażowanych na rzecz ochrony środowiska i walki z konsumpcjonizmem. Rzecz jasna, głównych bohaterów nie przyciąga idea, tylko obiecane darmowe jedzenie na spotkaniu (nawet jeśli to przeterminowane chipsy z rzepy). Aktywiści żyją bardzo ascetycznie, w kontrze do krytykowanego przez nich społeczeństwa konsumpcyjnego. Jedzą wyrzucone jedzenie, które ich zdaniem jeszcze nadaje się do spożycia, starają się mieć jak najmniej prywatnej własności etc. Pomagają też w rozładowywaniu mieszkań z niepotrzebnych rzeczy. Z czasem Albert i Bruno, bardziej siłą inercji niż z przekonania, coraz mocniej angażują się w działania grupy, uczestniczą w odważnych happeningach, aż postanawiają wykorzystać organizację, by spróbować anulować długi na własną rękę po tym, jak Bank Francji odmówił oddłużenia.
Im dłużej myślę o tym filmie, tym mocniej uświadamiam sobie, jak bardzo może on być dla nas hermetycznym kulturowo. Nakache i Toledano pokazują tu Francję opętaną kapitalistycznym pożądaniem rzeczy (co w Polsce będzie czytelne, wszak Black Friday spopularyzował się i u nas), ale też nakreślają jego antykapitalistyczny rewers, odzwierciedlony poprzez grupę Objectif Terre, do której dołączają na gapę Albert i Bruno. Grupa ta, kierowana przez aktywistkę o pseudonimie Kaktus (Noémie Merlant), to oblicze Francji radykalnej, rewolucyjnej, dla której każdy powód jest dobry, by strajkować i stawiać na ulicach barykady. Obawiam się, że dla Polaków to oblicze może być egzotyczne. Nie tylko dlatego, że aktywiści ekologiczni w Polsce są regularnie chłostani śmiechem, ale również dlatego, że sam aktywizm uliczny jest u nas ekscentryzmem, gdy we Francji jest wraz z azotem i tlenem częścią powietrza.
Obraz w miarę działa jako krytyka społeczeństwa owładniętego potrzebą posiadania. Niczym w adaptacji „Podziemnego kręgu” konsumpcjonizm zostaje pokazany nie poprzez samo posiadanie, ale stosunek do rzeczy. W przypadku Alberta i Bruna rzeczy przejmują nad nimi kontrolę i doprowadzają do ruiny. Zarówno finansowej, jak i społecznej. Objectif Terre, grupa idealistów i radykałów dobrowolnie wyłączających się z logiki konsumpcjonizmu, jest całkowitym przeciwieństwem Alberta i Bruna. Widać to zresztą po wspomnianej pierwszej scenie, gdy Albert poluje na okazje w supermarkecie, a Kaktus z przyjaciółmi chce powstrzymać Francuzów przed wpadnięciem w szał zakupów.
Nie zmienia to faktu, że sam film okazuje się do bólu przeciętny. Krzywdzącym byłoby nazwanie go słabym, ponieważ, gdy ująć go całościowo, jest sympatyczną i momentami zabawną komedią obyczajową. Bohaterów da się lubić, wiele gagów śmieszy, epizody z Amalriciem usiłującym wślizgnąć się do kasyna bawią (choć bardziej zapychają taśmę, niż popychają akcję do przodu). Ale co z tego, skoro produkcja ta nie potrafi w swojej przyzwoitości czymkolwiek zaskoczyć? Film twórców „Nietykalnych” jest bardzo bezpieczny, zarówno w przekazie, jak i w konstrukcji. Powiedziałbym wręcz, że zbyt bezpieczny. Czasami wysila się na odwagę, gdy Kaktus zbywa podrywającego ją Alberta, mówiąc mu, że nie jest gotowa na związek ze względu na depresję klimatyczną. To nie brzmiało, jakby za chwilę miał się pojawić śmiech z puszki, niczym w sitcomie zza Atlantyku. Ale takich odważnych momentów jest w filmie mało.
Odnoszę wrażenie, że brak odwagi, na której ze swej natury żeruje komedia, to główna choroba „Będzie lepiej”. Choć Nakache i Toledano podejmują temat bardzo ryzykowny, i patrzą na niego z życzliwym przymrużeniem oka, to brakuje mu iskry, jaką mają sami demonstranci. Radykalizm postulatów i działań aktywistów (widzimy np. rozlewanie na schodach sztucznej krwi czy publiczne obnażanie się – działania charakterystyczne odpowiednio dla aktywistów prozwierzęcych i feministycznych) jest odwrotnie proporcjonalny do radykalizmu samego scenariusza. Pojawiają się elementy satyry śmiejące się zarówno z Alberta, powielającego „chłopskorozumizm” w myśleniu o zmianach klimatycznych, jak i z aktywistów – gdy Kaktus rozpaczliwie zastanawia się, czego się pozbyć, by przyjąć prezent od Alberta bez wyrzutów sumienia, że ma za dużo rzeczy na własność. To jednak punktowa satyra. Urozmaica film, ale też pokazuje, czym on mógłby być, gdyby nie zbytnia zachowawczość duetu Nakache–Toledano. Kontrast, jaki sami skonstruowali, nie został w pełni wykorzystany. Może podczas kolejnego ich projektu będzie lepiej.
O podobnych akcjach słyszymy od dawna. Ktoś przykleja się do obrazu, do lotniska, do drogi, by zaprotestować przeciwko nie dość mocnym (lub żadnym) krokom mającym zapobiec nadchodzącej katastrofie klimatycznej. Prowokacyjne zachowania mają wzbudzić zainteresowanie mediów, a przez to nagłośnić problem w społeczeństwie. Nie zamierzam tutaj oceniać skuteczności strategii obranej przez XR czy Ostatnie Pokolenie. Każdy niech sam uzna, czy pomazanie farbą Stonehenge sprawi, że masy sprawdzą w internecie, jak zwiększanie się globalnej temperatury wpłynie na Golfsztrom. Nie sposób jednak zauważyć, że w pewnych kręgach (z reguły twarzami takich akcji są młodzi ludzie) radykalizm związany z ochroną klimatu narasta. Dotyczy to zarówno postulatów, jak i działań. Spotykamy się z nim na samym początku filmu „Będzie lepiej”, kiedy aktywiści ekologiczni blokują dostęp do sklepu podczas Black Friday, w ramach protestu przeciwko rozbuchanej konsumpcji francuskiego społeczeństwa. Jeden z klientów, Albert (Pio Marmaï), wdaje się w awanturę z protestującymi, a blokadę musi rozbić policja.
Albert jest jednym z głównych bohaterów filmu. Pracuje jako bagażowy na lotnisku de Gaulle’a, które służy mu też za sypialnię. Ze względu na swoje kompulsywne kupowanie ma gigantyczne zadłużenie, w tym u swojej rodziny. Poprzez telewizor, który zakupił podczas wyprzedaży i chciał sprzedać w internecie, spotyka Bruna (Jonathan Cohen), który ma podobne problemy finansowe i z tego powodu prawie popełnił samobójstwo. Bruno daje Albertowi kontakt do stowarzyszenia wspierającego nadmiernie zadłużonych, kierowanego przez Henriego (Mathieu Amalric), byłego hazardzistę, wciąż walczącego z chęcią rzucenia kością w kasynie. Od niego Albert dowiaduje się, że jego przypadek jest tak beznadziejny, że jego długi może anulować tylko Bank Francji.
W międzyczasie Albert i Bruno przypadkowo wiążą się z grupą lewicowych aktywistów, zaangażowanych na rzecz ochrony środowiska i walki z konsumpcjonizmem. Rzecz jasna, głównych bohaterów nie przyciąga idea, tylko obiecane darmowe jedzenie na spotkaniu (nawet jeśli to przeterminowane chipsy z rzepy). Aktywiści żyją bardzo ascetycznie, w kontrze do krytykowanego przez nich społeczeństwa konsumpcyjnego. Jedzą wyrzucone jedzenie, które ich zdaniem jeszcze nadaje się do spożycia, starają się mieć jak najmniej prywatnej własności etc. Pomagają też w rozładowywaniu mieszkań z niepotrzebnych rzeczy. Z czasem Albert i Bruno, bardziej siłą inercji niż z przekonania, coraz mocniej angażują się w działania grupy, uczestniczą w odważnych happeningach, aż postanawiają wykorzystać organizację, by spróbować anulować długi na własną rękę po tym, jak Bank Francji odmówił oddłużenia.
Im dłużej myślę o tym filmie, tym mocniej uświadamiam sobie, jak bardzo może on być dla nas hermetycznym kulturowo. Nakache i Toledano pokazują tu Francję opętaną kapitalistycznym pożądaniem rzeczy (co w Polsce będzie czytelne, wszak Black Friday spopularyzował się i u nas), ale też nakreślają jego antykapitalistyczny rewers, odzwierciedlony poprzez grupę Objectif Terre, do której dołączają na gapę Albert i Bruno. Grupa ta, kierowana przez aktywistkę o pseudonimie Kaktus (Noémie Merlant), to oblicze Francji radykalnej, rewolucyjnej, dla której każdy powód jest dobry, by strajkować i stawiać na ulicach barykady. Obawiam się, że dla Polaków to oblicze może być egzotyczne. Nie tylko dlatego, że aktywiści ekologiczni w Polsce są regularnie chłostani śmiechem, ale również dlatego, że sam aktywizm uliczny jest u nas ekscentryzmem, gdy we Francji jest wraz z azotem i tlenem częścią powietrza.
Obraz w miarę działa jako krytyka społeczeństwa owładniętego potrzebą posiadania. Niczym w adaptacji „Podziemnego kręgu” konsumpcjonizm zostaje pokazany nie poprzez samo posiadanie, ale stosunek do rzeczy. W przypadku Alberta i Bruna rzeczy przejmują nad nimi kontrolę i doprowadzają do ruiny. Zarówno finansowej, jak i społecznej. Objectif Terre, grupa idealistów i radykałów dobrowolnie wyłączających się z logiki konsumpcjonizmu, jest całkowitym przeciwieństwem Alberta i Bruna. Widać to zresztą po wspomnianej pierwszej scenie, gdy Albert poluje na okazje w supermarkecie, a Kaktus z przyjaciółmi chce powstrzymać Francuzów przed wpadnięciem w szał zakupów.
Nie zmienia to faktu, że sam film okazuje się do bólu przeciętny. Krzywdzącym byłoby nazwanie go słabym, ponieważ, gdy ująć go całościowo, jest sympatyczną i momentami zabawną komedią obyczajową. Bohaterów da się lubić, wiele gagów śmieszy, epizody z Amalriciem usiłującym wślizgnąć się do kasyna bawią (choć bardziej zapychają taśmę, niż popychają akcję do przodu). Ale co z tego, skoro produkcja ta nie potrafi w swojej przyzwoitości czymkolwiek zaskoczyć? Film twórców „Nietykalnych” jest bardzo bezpieczny, zarówno w przekazie, jak i w konstrukcji. Powiedziałbym wręcz, że zbyt bezpieczny. Czasami wysila się na odwagę, gdy Kaktus zbywa podrywającego ją Alberta, mówiąc mu, że nie jest gotowa na związek ze względu na depresję klimatyczną. To nie brzmiało, jakby za chwilę miał się pojawić śmiech z puszki, niczym w sitcomie zza Atlantyku. Ale takich odważnych momentów jest w filmie mało.
Odnoszę wrażenie, że brak odwagi, na której ze swej natury żeruje komedia, to główna choroba „Będzie lepiej”. Choć Nakache i Toledano podejmują temat bardzo ryzykowny, i patrzą na niego z życzliwym przymrużeniem oka, to brakuje mu iskry, jaką mają sami demonstranci. Radykalizm postulatów i działań aktywistów (widzimy np. rozlewanie na schodach sztucznej krwi czy publiczne obnażanie się – działania charakterystyczne odpowiednio dla aktywistów prozwierzęcych i feministycznych) jest odwrotnie proporcjonalny do radykalizmu samego scenariusza. Pojawiają się elementy satyry śmiejące się zarówno z Alberta, powielającego „chłopskorozumizm” w myśleniu o zmianach klimatycznych, jak i z aktywistów – gdy Kaktus rozpaczliwie zastanawia się, czego się pozbyć, by przyjąć prezent od Alberta bez wyrzutów sumienia, że ma za dużo rzeczy na własność. To jednak punktowa satyra. Urozmaica film, ale też pokazuje, czym on mógłby być, gdyby nie zbytnia zachowawczość duetu Nakache–Toledano. Kontrast, jaki sami skonstruowali, nie został w pełni wykorzystany. Może podczas kolejnego ich projektu będzie lepiej.
„Będzie lepiej” („Une année difficile”). Scenariusz i reżyseria: Olivier Nakache, Éric Toledano. Obsada: Pio Marmaï, Jonathan Cohen, Noémie Merlant. Zdjęcia: Mélodie Preel. Francja 2023, 118 min.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

