ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (59) / 2006

Ryszard Chłopek,

KSIĘGA NIEUDACZNIKÓW

A A A
Łukasz Orbitowski ma pecha. Mimo niewątpliwego talentu oraz rzetelnego warsztatu cały czas pozostaje gdzieś na obrzeżach obiegu literackiego i to zarówno w tak zwanym „głównym nurcie”, jak i w środowisku miłośników fantastyki. Wygląda na to, że jest to pech ciężko zapracowany. Zagubił się Orbitowski na polskim rynku wydawniczym i dopiero teraz się odnajduje.

Oto historia błądzenia. Pierwszą książkę („Złe wybrzeża”, Kraków 1999) autor wydał w Związku Literatów Polskich – instytucji, po której publikacje chyba nikt nie sięga poza samymi zrzeszonymi, a i to wątpliwe. Na pewno książka ta nie dotarła, bo dotrzeć nie mogła, do miłośników horrorów – tej części literackiej publiczności, u której Orbitowski ma największe szanse powodzenia. Może zresztą dobrze się stało, bo rzecz była słaba.

Potem ukazał się „Szeroki, głęboki, wymalować wszystko” (Kraków 2001) wydany w krakowskim Ha!arcie, zupełnie zacny zbiór opowiadań. Odźwięk też był nieco szerszy, notkę o Orbitowskim zamieszczono nawet w „Tekstyliach. O rocznikach siedemdziesiątych”, które pomijały takich tuzów polskiej fantastyki (spełniających kryteria matrykalne), jak Jacek Komuda, Andrzej Pilipiuk czy Anna Brzezińska. Ale znów książka trafiła nie tam, gdzie by ją czytano. Krytycy związani z nową literaturą przeszli obok niej niemal obojętnie. O czytelnikach nie wspomnę. Miłośnicy fantastyki pewnie nawet nie wiedzą o istnieniu wydawnictwa Ha!art...

To ważne, gdzie się wydaje. Wydawnictwa są jak aktorzy, mają swoje emploi. Czytelnicy wiedzą o tym, rozpoznają i reagują. Jak sądzę, dość często w przypadku debiutów i autorów mniej znanych o zakupie decyduje właśnie wydawnictwo. Nie tylko jego renoma, ale też profil lub seria wydawnicza.

Oto historia odnajdywania się. Powolnego niestety. Najnowszą książkę Łukasza Orbitowskiego – „Wigilijne psy” – wydało Editio, gałąź gliwickiego Helionu, „najlepszego wydawnictwa na rynku informatycznym”. Samo Editio specjalizuje się w szeroko rozumianym marketingu, zarządzaniu i handlu – od psychologii, przez prawo, po księgowość. Żeby na stronie internetowej wydawnictwa znaleźć książkę Orbitowskiego, trzeba wiedzieć, że została tam wydana i wpisać ją w wyszukiwarce. Innej możliwości nie ma. Autor nie ma nawet swojej ikonki. Pecha ma...

Na czym więc polega wspomniane odnajdywanie się, skoro w księgarniach zbiór opowiadań Orbitowskiego też trudno spotkać? Patronami medialnymi „Wigilinych psów” są: miesięcznik „Nowa Fantastyka” oraz witryny internetowe „Carpe Noctem” i „Książki w sieci”, zaś na ostatniej stronie okładki znajduje się rekomendacja Jacka Dukaja. Ponadto od pewnego czasu autor regularnie publikuje swoje utwory w czołowych pismach zajmujących się fantastyką. To już są kroki – wyraźne i dobrze skierowane.

Na „Wigilijne psy” składa się dziewięć opowiadań utrzymanych w konwencji grozy. Orbitowski umiejętnie łączy w nich dwie tradycje prozy amerykańskiej – Edgara Alana Poego i Charlesa Bukowskiego. Od autora „Opowieści niesamowitych” czerpie niezwykłą umiejętność wplatania cudowności (strasznej, wynaturzonej cudowności) w zwyczajność. Czytelnik jest oprowadzany po Polsce przełomu XX i XXI wieku, ze szczególnym uwzględnieniem Krakowa i okolic. Po nieznanej Polsce. Polsce strachów, upiorów oraz innych nadnaturalnych zjawisk, które – jak się okazuje – można znaleźć w starych pociągach, taksówkach, nielegalnie zamieszkałych pustostanach, spalonych wieżowcach, lombardach, opuszczonych wioskach, telefonii komórkowej, ale też na podmiejskich polach, czy – co ma szczególny urok – przy wigilijnym stole.

Tę granicę między rzeczywistością i nierzeczywistością, między światem i zaświatem Orbitowski rysuje bardzo delikatnie, bez patosu czy naiwności, ale też bez uciekania w oniryzym lub eksperymenty narracyjne. To fantastyka w pełnym tego słowa znaczeniu, a jednak jego opowieści są proste i wiarygodne. Jego język jest prosty i wiarygodny.

W sposobie prowadzenia narracji, ale też w charakterystykach bohaterów można dostrzec wpływy drugiego mistrza zza oceanu – Charlesa Bukowskiego. Orbitowski unika wielokrotnie złożonych konstrukcji oraz przeciąganych ponad miarę opisów. Opowiada, jakby siedział z kumplem przy piwie i snuł opowieść nie przywiązując większej wagi do jej formy. Taka lekkość. A jednak w wysmakowany sposób balansuje na biegunach humoru i grozy, liryzmu i wulgarności, akcji i zadumy, nostalgii i ironii. Jakże to piękny kocioł.

Postacie pojawiające się w poszczególnych opowiadaniach „Wigilinych psów” są również dalszymi lub bliższymi krewnymi tych z prozy Bukowskiego. Ze szczególnym uwzględnieniem tekstu tytułowego, gdzie narrator-bohater, to wypisz wymaluj Henry Chinaski, tyle że rodem z PRL-u – rozwiedziony, żyjący samotnie, zdegenerowany pisarz-alkoholik, który swoją karierę literacką rozpoczął przez przypadek, dzięki działaczom PZPR, i równie niespodziewanie ją zakończył razem ze zmianą ustroju. Ludzie, których opisuje Orbitowski, to nie tylko autsajderzy sami siebie wypychający poza społeczeństwo, ale też osoby w jakiś sposób przegrane.

Przegrane i straszne. Bo autor zachowuje pewną przewrotną równowagę w sianiu grozy. Przerażająca jest jego fikcja – żyjący pociąg, duch pasażera taksówki, ożywiony pustostan na obrzeżach Krakowa czy pojawiający się gdzieniegdzie szatan. Ale jeszcze bardziej straszy rzeczywistość – psychopatyczny rewizor Płatek („Serce kolei”), żałosna relacja marzeń i perspektyw czwórki maturzystów z prowincji („Autostrada”), obojętność świadków („Opowieść taksówkarska”), słynne męskie przyjaźnie, które czasem opierają się na manipulacji („Kacper Kłapacz”), zmarnowane życia („Wigilijne psy”), osiedla, gdzie nawet policja nie zapuszcza się po zmroku („Angelus®”), ludzkie wiarołomstwo („Lombard”), mściwość („Objawienia”), a w końcu naiwność („Zmierzch Rycerzy Światła”). To jednak nie są moralitety, ale smutny opis.

Bywa, że bohaterowie mają wyraźny rys biograficzny, jak choćby Tymon z „Lombardu”, który oprócz tego, że handluje Biblią i alkoholem, jest młodym pisarzem, autorem zbioru opowiadań „Dobry brzeg”. Wszak Łukasz Orbitowski debiutował w 1999 roku książką „Złe wybrzeża”. Jakby mówił – „te mętne, niejednoznaczne postacie, to również ja”. No a jeżeli „ja” jest mętne, to mętne jest również „ty”. Przy czym „ja” i „ty” to „my”, którzy straszymy w pociągach, mordujemy, kradniemy, pozostajemy obojętni, palimy wieżowce, popisujemy pakty z diabłem, których potem zresztą nie chcemy dotrzymać, zdradzamy, manipulujemy. Żyjemy. Orbitowski mówi nam tę prawdę delikatnie i taktownie – że upiór jest w każdym z nas.
Łukasz Orbitowski: „Wigilijne psy”. Editio, Gliwice 2006.