ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (84) / 2007

Magdalena Boczkowska,

PIĘKNY TRZYDZIESTOLETNI

A A A
Flauta – w terminologii żeglarskiej – oznacza przede wszystkim brak wiatru, pogodę całkowicie bezwietrzną, ciszę morską. Słowo pochodzi od niemieckiego flau oznaczającego tyle co „słaby, ospały”. Tytułując w ten sposób swoją pierwszą powieść, Adam Pluszka od razu zatem wyjaśnia czytelnikom stan, w jakim znajduje się jego bezimienny bohater.

„Flauta” jest monologiem trzydziestoletniego mężczyzny, stojącego przed lustrem. Monologiem specyficznym, gdyż pisanym w drugiej osobie liczby pojedynczej. Bohater cały czas zwraca się sam do siebie, patrzy na swoje odbicie i widząc obcą w gruncie rzeczy twarz, opowiada historię swojego życia. Przypomina sobie zdarzenia i osoby, które odcisnęły na nim piętno i doprowadziły do sytuacji, w jakiej się obecnie znajduje. Liczne dygresje, brak chronologii, zimny, pozbawiony emocji język – to wszystko sprawia, że opowieść jest bardziej autentyczna dla czytelników, na dłużej zapada w pamięć i wywołuje silniejsze odczucia. Tym bardziej, że dzięki takiemu rodzajowi narracji czytający ma wrażenie, iż mężczyzna zwraca się wprost do niego. Jednakże samemu bohaterowi rozpamiętywanie tego, co było, nie pomaga. Chce poznać samego siebie, ale nie jest mu to dane: „słuchaj uważnie, trochę to zajmie, zanim zrozumiesz, że teraz jest inaczej. Że już się nie starasz. Unosić też już się nie potrafisz. Albo ci się nie chce. Kiedyś tak, oczywiście, stawałeś w obronie swoich racji. Tylko że ta pewność nie płynęła z intensywności, ale raczej z oczekiwania na konsekwencje. Wszystko zależy od wagi przywiązywanej do prawdziwości lub fałszywości zajmowanego stanowiska. Powiem, o co mi chodzi, o wszystkim opowiem. Będzie tak, jakbyś mi czytał przez ramię”.

Czego dowiadujemy się o głównym bohaterze? Tyle tylko, ile sam chce o sobie powiedzieć. Urodził się w 1976 roku, jest wykształcony, bardzo przystojny, w miarę bogaty (spadek po ojcu), rozwodnik. Mieszka z psem o imieniu Papuć. Ma małą córeczkę, która jest jego oczkiem w głowie, a którą widuje tylko raz w tygodniu. Miłość do córki wynika u niego przede wszystkim z traumatycznego strachu, który pojawił się już we wczesnym dzieciństwie. Będąc dzieckiem, dowiedział się, że jego matka była wcześniej w ciąży pozamacicznej, potem dziecko straciła też jego dziewczyna. Od tej pory obsesyjnie bał się podobnych sytuacji. Miewał nawet sny, w których sam – jako zapłodniona komórka – był poddawany aborcji: „śniło ci się, że jesteś jajeczkiem twojej matki (...) delikatnie złapany przez rzęski jajowodu, znalazłeś się w ciemnoczerwonym tunelu, gdzie nastąpiło nagłe szarpnięcie i niesamowite przyspieszenie, jak w Odysei kosmicznej. Mknąłeś ku macicy. Po drodze wbił się w ciebie, jak nóż, plemnik. Obraz się zatrzymał. Było uroczo, miękkie kolory i sielska muzyka. Niespodziewanie wszystko zaczęło się osuwać i trząść (...) Z głośnym sykiem spłynąłeś z macicy. Nastała cisza i ciemność”. To jedyna trauma, jaką potrafi sobie przypomnieć. O ciężarną żonę dba prawie obłąkańczo, ale po urodzeniu dziecka liczy się już tylko ono. Nigdy niekochaną żonę odsuwa na dalszy plan. Jednakże nawet córka nie potrafi zmienić jego sposobu życia. Egoista pozostanie egoistą.

W historii naszego bohatera najważniejszą rolę odgrywają jednak kobiety. W nich szuka ukojenia skołatanego ego. W miarę wcześnie odkryty seks ma nadawać sens jego egzystencji, w kolejnych byłych/niebyłych kochankach próbuje odnaleźć prawdę o sobie. Nieistotne, czy będzie to dłuższy związek, czy tylko następna partnerka na – by tak rzec – jeden orgazm. Nie potrafi być wierny, nie potrafi się zaangażować. Kolejne erotyczne podboje przynoszą zaspokojenie własnej próżności. Póki wierzy, że może mieć każdą, wierzy w siebie, w sens życia, jakie prowadzi, i w to, że zawsze ma jeszcze czas, by się zmienić. Coraz to nowe kochanki traktuje przy tym dość przedmiotowo: „chciałeś penetrować te bezwolne i tylko tobie oddane ciała bez lęku, że któraś mogłaby odmówić”. Ot, po prostu mają zaspakajać żądzę i dawać poczucie własnej wartości. Nie kolekcjonuje ich jednakże po to, by się nimi chwalić, każda następna „zdobycz” to gwarancja własnej egzystencji. Pieprzę więc jestem –chciałoby się sparafrazować filozofa. Ciągle zdradza zatem żonę, co w końcu prowadzi do rozwodu. Nawet kobieta, z którą związek traktuje dosyć poważnie, jedyna, która zaczyna coś dla niego znaczyć, z czasem go nudzi – seks powszednieje i nie chce mu się już starać. I to jest zapewne jego największy problem, zawsze przychodzi moment, w którym przestaje mu się chcieć dalej starać. Próbuje winą za taki stan rzeczy obarczyć na początku rodziców, potem kolejne kobiety, w końcu siebie, ale nie potrafi odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego jest właśnie taki? Wolny wybór? Fatalizm przeznaczenia? Winnych nie ma. Spowiedź wygłaszana do własnego odbicia w lustrze nie przynosi zadowalających rezultatów. To jak picie do lustra, łatwo zacząć, ale trudniej znaleźć moment, w którym powinno się zakończyć. Bohater „Flauty” tkwi więc bez ruchu, nie wiedząc, jak wydostać się z tego impasu, w który wpadł.

Autor „Łapu Capu” nie daje recepty na wyrwanie się z tej apatii. I nie wiadomo nawet, co jest gorsze. Tkwić w bezruchu i nie móc nic z tym zrobić? Czy może raczej sama niewiedza, czemu w owym bezruchu się tkwi? Bohaterowi nie pomaga nawet autoterapia. Nie dochodzi do żadnej wiedzy o sobie, na końcu swojej swoistej spowiedzi znajduje się dokładnie w tym samym miejscu, w którym znajdował się, zaczynając monolog. Pluszka nie pozwala mu się ruszyć sprzed lustra: „jeśli na czymś ci teraz zależy, to na tym, żeby tobie było wygodnie, żeby nie musieć się szarpać. Ani ze sobą, ani z nikim. Nie mówiąc o emocjach, które dawno są poza zasięgiem”. Cynizm receptą na spokojne życie? Chyba nie, skoro bohater „Flauty” w ogóle próbuje zrozumieć swoje postępowanie. Nie chciałby tego, gdyby było mu z sobą dobrze. Ale przyszedł moment, w którym, po przebudzeniu, obok w łóżku nikogo nie było, a pies stał się jedynym pretekstem do wyjścia z domu. Nic nie sprawia już radości, wszystko zaczyna być tak samo obojętne. Czy jest jakieś wyjście?

Najnowsza książka autora „French love” stanowi ciekawą i bardzo wciągającą opowieść o człowieku zobojętniałym na otaczającą rzeczywistość. Snując swój monolog, nasz bezimienny bohater, „Nikt” i „Każdy” zarazem, analizuje tylko własne odczucia, nie myśli o innych, o tych, których skrzywdził. Stracił nie tylko poczucie empatii, ale i pewną ludzką cechę, polegającą na rozpoznawaniu i nazywaniu własnych uczuć. Pluszka nie kończy swojej powieści jednoznacznie. Ostatnie pytanie pozostaje bez odpowiedzi. A żeby tę odpowiedź poznać, należałoby się ruszyć sprzed lustra, znaleźć cel i znów poczuć wiatr w żaglach, a na to czasem po prostu brakuje już sił. Prawda?
Adam Pluszka: „Flauta”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2007.