ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lutego 3 (435) / 2022

Andrzej Ciszewski,

WSZYSTKIE OBLICZA RZEZI (CARNAGE. CZERŃ, BIEL I KREW)

A A A
„Carnage. Czerń, biel i krew” to, podporządkowany trzem tytułowym dominantom, zbiór dwunastu historii z udziałem najbardziej krwiożerczego symbionta i jego nosicieli, ze szczególnym uwzględnieniem Cletusa Kasady’ego.

Na początek wysłuchajmy „Historii miłosnej”: napisanej przez Tini Howard („Assassinistas”) opowieści, w ramach której Carnage opowiada Cloakowi o antycznym wojaku Lucjuszu Mariuszu, który – podobnie jak tytułowy łotr – poznał na własnej skórze siłę przewrotnej, nihilistycznej miłości. Ów epizod, fabularnie osadzony w realiach znanej polskiemu czytelnikowi serii „Maximum Carnage”, z werwą zilustrował Ken Lashley („Venom: Lethal Protector”), zaś Juan Fernandez („X-Men: Gold”) skropił całość obowiązkową porcją soczystej czerwieni. Chwilę potem docieramy na „Koniec szlaku”, ściślej: na rubieże stanu Kolorado, gdzie pełniący obowiązki narratora szeryf Seth Strode rusza tropem socjopatycznego mordercy, którego nie imają się kule. Scenariusz Benjamina Percy’ego („Wolverine”) oraz klimatyczne ilustracje Sary Pichelli („The Amazing Spider-Man”), którą wspiera włoski kolorysta Mattia Iacono („Radiant Black”), to artystyczne komponenty tej nowelki czytelnie wykazującej, że kroniki Dzikiego Zachodu zostały spisane krwią.

Wspomniany Włoch powraca z następnej historii, współtworzonej razem z brytyjskim scenarzystą Alem Ewingiem („Immortal Hulk”) oraz pochodzącym z Belfastu rysownikiem Johnem McCrea („Hitman”). Ujęty w formę gry paragrafowej „Carnage to Ty” to popis czarnego humoru ukazujący, że nawet krwistoczerwony symbiont w dobrych rękach (i w wyniku dobrych decyzji podejmowanych przez jego gospodarza) zdolny jest do czynów heroicznych. Natomiast kreatywne trio w osobach scenarzysty Donny’ego Catesa („Venom”), grafika Kyle’a Hotza („Man-Thing”) oraz kolorystki Rachelle Rosenberg („Captain Marvel”) zabiera nas… pod wodę, gdzie – zgodnie z tytułem – stajemy oko w oko z królem drapieżników, czyli „Rekinem Carnage’a”.

Dobrą passę kontynuują bardzo solidne „Moje czerwone dłonie”: studium domowej przemocy, desperacji i poniżenia. Chip Zdarsky („Daredevil”), wraz z odpowiedzialnym także za krwiste akcenty rysownikiem Marco Checchetto („Morbius: Preludes and Nightmares”), przedstawia historię młodego Brandona, zmuszonego do stawienia czoła zarówno opresyjnemu, brutalnemu ojczymowi, jak i tajemnicy, którą skrywają mroki stodoły. W ramach komiksowej prezentacji „Nazywam się Carnage” twórczy duet Ram V („Dziki Ląd”)/Javier Fernandez („Nightwing”) zabiera nas na naukową ekspedycję, w ramach której nie zabraknie śnieżnych pustkowi oraz morderczego kosmity polującego na idealnego gospodarza. Ot, smakowita wariacja na temat „Rzeczy” (1982) w reżyserii Johna Carpentera.

Kiedy już wrócimy ze wspomnianej wyprawy, scenarzysta Dan Slott („Amazing Spider-Man”), wraz z autorem oprawy wizualnej Gregiem Smallwoodem („The Human Target”), powiadomi nas, że „Nikt nie ocalał”. Opowieść o masakrze w „Magpie Club”, gdzie Kasady zamordował członków heavymetalowego zespołu Brain Flyer – przypadkowo pozostawiając przy życiu inżyniera dźwięku, Blake’a Bellmana – to wartki, bezkompromisowy epizod udowadniający, że Carnage to także synonime szaleństwa, paranoi i zła będącego celem samym w sobie. Kolejną odsłoną jest „Morze krwi” według scenariusza Karli Pacheco („Spider-Woman”), czyli utrzymana w konwencji szanty opowieść o złowieszczym piracie, kapitanie Kasadym, ściganym przez nieprzejednanego admirała Brocka. Sugestywne rysunki Chrisa Mooneyhama („Scream: Curse of Carnage”) podrasowane czerwienią (ponowny ukłon w stronę pana Iacono) z powodzeniem dopełniają tę – na swój sposób – dowcipną historię.

Po powrocie z dalekich wojaży warto zajrzeć na „Konwent” zorganizowany przez Alyssę Wong („Future Fight Firsts”) ze współudziałem Gerardo Sandovala („Wolverine: Trzy miesiące do śmierci”), inkera Victora Navy („King In Black: Planet of the Symbiotes”) oraz speca od krwistej dominanty Ericka Arciniegi („Miles Morales: Spider-Man”). Jeśli chcecie wiedzieć, co może pójść nie tak na Comic Conie, na którym pojawią się psychofani Carnage’a – polecam! Z kolei stali czytelnicy przygód Venoma, współtworzonych przez Ryana Stegmana, w pełni docenią napisane przez niego „Dziedzictwo Carnage’a” (tutaj Iacono wprowadza nastrojową czerwień do prac Joe Bennetta znanego chociażby z „Immortal Hulk”).

O wiele przystępniejszy dla nieco szerszego grona odbiorców jest za to epizod „Pod skórą”: psychodeliczna podróż przez nowojorską dżunglę widzianą oczami Kasady’ego. Intrygujący scenariusz Irlandczyka Declana Shalveya („Moon Knight: Z martwych”) zyskał klimatyczną oprawę za sprawą prac Stephena Mooneya („The Web of Black Widow”). Recenzowany album wieńczy „Koniec ludzkości” opisany przez Eda Brissona („X-terminacja”) i w mroczny sposób zilustrowany przez Scotta Hepburna („Deadpool”) w asyście Andresa Mossy („Wolverine: Czerń, biel i krew”). Mówiąc krótko: postapokaliptyczna, pierwszoosobowa narracja z punktu widzenia ocalałego, który w ruinach natrafia na ampułkę z czerwoną substancją (zgadnijcie jaką).

Ukazujący się pod szyldem Muchy album prezentujący różne oblicza tytułowego adwersarza Venoma jest zbiorem w miarę równym na poziomie dramaturgicznym, przyzwoicie zilustrowanym, gwarantującym soczystą porcję pokręconej rozrywki. Lub jak kto woli – iście krwawą ucztę.
„Carnage. Czerń, biel i krew” („Carnage: Black, White & Blood”). Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz. Mucha Comics. Warszawa 2021.