ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 marca 5 (437) / 2022

Antoni M. Kosobucki,

W POSZUKIWANIU BLISKOŚCI ('C'MON C'MON')

A A A
Każdy z nas potrzebuje bliskości. Rzadko bywa tak, by ktoś nie miał potrzeby utrzymywania zażyłych kontaktów z inną osobą. Budowanie relacji nie jest zadaniem łatwym, podobnie jak dbanie o nie. Obraz relacji międzyludzkich jest zupełnie inny w świecie dzieci oraz w świecie dorosłych, jeżeli więc przedstawiciele obydwu światów mieliby je nawiązać, mogłoby to być utrudnione. Nie oznacza to jednak, że nie warto. „C’mon C’mon” Mike’a Millsa, znanego chociażby z takich filmów, jak „Rodzinka” czy „Debiutanci”, zapewnia nas o tym.

Film opowiada historię dziennikarza radiowego, Johnny’ego, który jeździ po kraju, przeprowadzając wywiady z dziećmi na temat tego, jak postrzegają otaczający ich świat, co myślą o przyszłości itd. Pewnego dnia, po zakończonej pracy, dzwoni do swojej siostry, Viv, z którą od kilku miesięcy nie miał kontaktu. Podczas rozmowy dowiaduje się, że dziewięcioletni syn Viv, Jesse, nie rozpoznał jego głosu w radiu, co stanowi dla Johnny’ego pretekst, by odwiedzić swoją rodzinę. Podczas wizyty okazuje się, że mający chorobę psychiczną mąż Viv potrzebuje jej pomocy. Siostra dziennikarza prosi go więc, by przez jakiś czas zaopiekował się jej synem, a Johnny się zgadza. Nie wie, że będzie to dla niego wyjątkowe przeżycie.

Jesse jest chłopakiem ekscentrycznym; z tego powodu jego wujek nie ma z nim lekkiego życia, nie może jednak narzekać na brak wrażeń. Pomimo pewnych trudności, związanych ze specyficznym zachowaniem chłopca oraz początkową nieumiejętnością Johhny’ego poradzenia sobie z nim, między tą dwójką wytwarza się niezwykła, mocna oraz piękna więź, której rozwój odbiorca może podziwiać przez cały czas trwania filmu.

„C’mon C’mon” jest intrygującą opowieścią filozoficzną, poświęconą poszukiwaniu bliskości oraz uwrażliwieniu na drugiego człowieka (podobną tematykę reżyser podjął m.in. w „Debiutantach”). Podróż głównych bohaterów pozwala się im lepiej zrozumieć, zwłaszcza jeżeli chodzi o dziennikarza poznającego swojego siostrzeńca. Johnny podczas rozmów z Jesse’em nie tylko zbliża się do niego, ale też odbywa w swoisty sposób terapię. Chłopiec może swoim osobliwym sposobem bycia męczyć wujka, ale też wywołuje w nim refleksje na temat jego własnego życia, pytając go na przykład o to, dlaczego nie jest żonaty albo dlaczego nie utrzymuje ze swoją siostrą typowych dla rodzeństwa kontaktów. Dzięki dziecięcej, rozbrajającej otwartości jest w stanie uświadomić wujka na temat jego problemów życiowych. Sam też otrzymuje od niego pomoc – jako młoda osoba, do tego ze specyficzną osobowością, nie rozumie w stu procentach otaczającego go świata, ma problemy z wyrażaniem swoich emocji, obawy związane z przyszłością. Johnny nie zostawia go z tym samego, stara się uspokajać siostrzeńca i rozwiać jego lęki, okazując mu tyle zrozumienia i czułości, na ile go stać.

Wcześniej wspomniane uwrażliwienie na drugiego człowieka to nie tylko otwarcie się głównych bohaterów na siebie, ale też wywiady z innymi dzieciakami, które Johnny przeprowadza jako dziennikarz, a które są też ważnym elementem narracji. Obrazują głos młodego pokolenia, z jego problemami, obawami i nadziejami na przyszłość. Mills oddaje w „C’mon C’mon” możliwość wypowiedzenia własnego zdania tym dzieciom, pokazuje, że one też mają prawo wyrażać własne opinie, a my, dorośli, powinniśmy ich wysłuchiwać. To sposób na okazanie im szacunku, w końcu dzieci i młodzież to też ludzie.

Należy pochwalić grę aktorską Joaquina Phoenixa oraz Woody’ego Normana, zwłaszcza tego drugiego. To dzięki ich staraniom wykreowane postacie są takie żywe i zapadające w pamięć. Młody aktor poradził sobie po prostu mistrzowsko z rolą nietypowego Jesse’ego, przez cały seans byłem oczarowany umiejętnościami Woody’ego i niemalże nie potrafiłem oderwać od niego wzroku. Młodzieniec wykazywał się niebywałą energią oraz ekspresywnością, kiedy Jesse był szczęśliwy, albo apatią i przygnębieniem, kiedy mały ekscentryk był smutny. Można było odnieść wrażenie, że Woody nie tyle gra i utożsamia się ze swoją postacią, tylko po prostu jest Jesse’em. Niejeden aktor w jego wieku mógłby mu pozazdrościć. Co się zaś tyczy Joaquina Phoenixa, powiem krótko – wybornie zagrał. Śmiem podejrzewać, że postać Johnny’ego nie byłaby tak wyrazista, gdyby inna osoba wcieliła się w jego rolę. Interakcje tej dwójki na ekranie to po prostu uczta dla osób ceniących sobie kunszt aktorski oraz doskonałe historie.

Na doskonałej opowieści i wybitnej grze aktorskiej możemy się skupić dzięki dobranej kolorystyce; film jest czarno-biały. Podkreśla to wagę opowiedzianej historii, nie pozwalając widzowi rozproszyć uwagi. Gdy oglądałem ten film, miałem wrażenie, jakbym oglądał czyiś sen, a odnosiłem takie wrażenie między innymi właśnie dzięki temu, że to film czarno-biały. Nie jestem pewien, czy o taki efekt chodziło reżyserowi, ale sądzę, że nie tylko ja jeden tak myślałem. Całość dopełnia delikatna, nastrojowa, ale nienachalna muzyka, oddająca klimat każdej sceny idealnie.

„C’mon C’mon” jest dziełem, które mogę z czystym sumieniem polecić każdemu, kto oczekuje nietuzinkowego doświadczenia filmowego. Nie wiem, czy potrafiłbym wskazać coś, co mi się w tym filmie nie podobało. Każda scena została nakręcona z dbałością i należytą starannością. Szczerze wątpię, by ktokolwiek uznał swój czas spędzony na seansie tego dzieła za zmarnowany.
„C’mon C’mon”. Scenariusz i reżyseria: Mike Mills. Obsada: Joaquin Phoenix, Woody Norman, Gaby Hoffman, Scoot McNairy, Molly Webster, Jaboukie Young-White. USA 2021, 110 min.