ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lutego 3 (459) / 2023

Monika Ładoń,

MEDYCYNA JEST SZTUKĄ PRZETRWANIA (JAKUB SIECZKO: 'POGO')

A A A
Lektura reportażu Jakuba Sieczki „Pogo” współgrała we mnie z dawno przeczytanymi „Zapiskami z nocnych dyżurów” Jacka Baczaka. Zaskakujące porównanie? Być może, chociaż sądzę, że tylko pozornie. Może najtrafniej byłoby zobaczyć te dwie narracje jako opowieści w wielu miejscach przecinające się ze sobą, w innych pokazujące biegunowe doświadczenia medyczne, w tym sensie zatem przypominające awers i rewers choroby oraz zaangażowania obecnego przy pacjentach lekarza/ratownika/pielęgniarza. Zaczynają się zaskakująco podobnie. „Wszystkie historie opowiedziane w tej książce są oparte na prawdziwych wydarzeniach. Jednak niektóre szczegóły zostały zmienione, żeby zapewnić anonimowość opisywanym osobom” – wyjaśnia Sieczko, publikujący wszak swoją książkę w serii reporterskiej wydawnictwa Dowody na Istnienie (to zobowiązanie i gwarancja wiarygodności). W słowie otwierającym pierwsze wydanie „Zapisków z nocnych dyżurów” (1995) Baczak zaznaczał: „Niniejsze notatki i rysunki powstały dosłownie w czasie nocnych dyżurów. Zostały oparte na faktach. Zmienione są tylko imiona opisanych postaci. Dedykuję je całemu personelowi, z którym pracowałem przez trzy lata”. Snując opowieści o słabości, chorobie, samotności, bólu, brudzie, bywa, że bezwzględności i brutalności, narratorzy chronią swych bohaterów, unikając ich upokarzania. Wchodzimy wraz z nimi w przestrzeń skrajnie intymną, w której chorzy odsłaniają swoją cielesność, mięsność, a może jeszcze mocniej obnażają kruchość duchową z wszelkimi afektami pacjentów i osób im towarzyszących.

Takt, umiar, ironia, celna i komiczna pointa bywają niezwykle skutecznymi środkami przeciwko pokusie patosu z jednej strony i znużenia z drugiej. Dodałabym jeszcze empatię, mimo że Sieczko upomniałby mnie od razu, że nie mieści się ona w „planie minimum chłodnego profesjonalizmu”: „Nie udawać entuzjazmu, ciepła, którego nie ma, ani empatii, której zasoby już dawno się skończyły” (s. 48). Trudno jednak nie ocenić jej znaczenia jako siły obecnej w spojrzeniu na pacjentów, w katalogowaniu różnorodnych opowieści na ich temat. Są oni tyleż szczególnymi, co nieszczególnymi przypadkami medycznymi. Trudno się wszak dziwić, że setne zatrzymanie moczu znaczy dla książkowego opisu mniej niż spektakularna akcja: „Jeden raz przygoda, sto razy rutyna – taka jest to praca. Przede wszystkim nuda, powtarzalność, ci sami ludzie, te same trasy, narzekanie na to samo. Te same leki na zaostrzenia tych samych przewlekłych chorób” (s. 17-18). Powtarzalność banalnych przypadków (rzecz jasna, banał ten widoczny jest tylko z perspektywy lekarza; dla pacjenta błaha przypadłość rzadko taką bywa) pozwala docenić wyjazdy niecodzienne, spektakularne wypadki (jakkolwiek nieludzko to brzmi), podczas których następuje „jakaś nuta odurzenia” (s. 24): „Gdy zespół ratownictwa medycznego, którego jestem kierownikiem, przyjeżdża na miejsce takiego wypadku, wtedy bandaż się rozwija, czyli świat zmienia swoje reguły. Rzeczywistość się wyostrza. Liczy się tylko kilkadziesiąt metrów kwadratowych, gdzie doszło do wypadku. Nie jestem wtedy pewny, czy istnieje cokolwiek poza tym wykrojonym kawałkiem ziemi” (s. 24). Ten rodzaj skupienia i spokoju, pozwalający całkowicie wyłączyć się z codzienności, stanowi w narracji Sieczki coś w rodzaju z rzadka otrzymywanej „nagrody”. Takie wartościowanie nie jest ani zaskakujące, ani oburzające. Czy nie na to właśnie liczymy – że w sytuacji granicznej, skrajnie dramatycznej, zajmie się nami ekipa całkowicie skoncentrowana na udzieleniu pomocy, profesjonalna, przygotowana, by „o coś się bić. Ryzykować. Wygrywać. Przegrywać. Żyć” (s. 24)? Sieczko jednak unika bieguna bohaterstwa, bo ono stanowi jedno z dwóch zakazanych słów (drugie to misja). Można by tę książkę napisać przecież inaczej, utkać ją z opisów spektakularnych akcji, wręcz cudów, kiedy odpowiedź organizmu na wysiłki przedsiębrane przez ekipę karetki zaskakuje samych ratowników. Kilka takich historii w „Pogo” rzecz jasna znajdziemy – kończą się one nie przewidywanym zgonem, a cudownym ozdrowieniem. Sieczko jednak unika wzniosłości, woli zatem opowiedzieć (zupełnie bez kokieterii), że niezręcznie czuje się, gdy uratowana pacjentka przychodzi z podziękowaniami. Ważniejsze niż wdzięczność jest poczucie sensu pracy, nieco więcej cierpliwości dla innych pacjentów, satysfakcja, napęd do kolejnych, rutynowych wyjazdów. „Bo w pracy mającej polegać na ratowaniu życia – konstatuje Sieczko – tego ratowania zdarza się mikroskopijnie mało. Więcej jest łatania dziur systemu, konfrontowania się z bezradnością, towarzyszenia ludziom w cierpieniu i umieraniu, zmagania się z nieprzewidywalnym miastem” (s. 32).

Ten cytat dotyka właśnie tego, co w „Pogo” jest według mnie najważniejsze. Sieczko zadaje bowiem kłam tkwiącym w nas serialowym obrazom ratownictwa medycznego: pełnym spektakularnych akcji, przypominającym „atak aliantów na Normandię – niekończący się D-day. [...] Wygląda to wszystko jak koniec świat powstrzymywany jedynie bohaterskimi siłami dwóch ratowników medycznych i lekarza” (s. 19). Tymczasem obserwowane końce światów nie mają w sobie nic z fajerwerków dla masowej widowni. Nie tylko statystyka przemawia przeciwko ekipie krążącej po Warszawie („skuteczność resuscytacji w »Ostrym dyżurze« wynosi sześćdziesiąt osiem procent, w »Szpitalu Dobrej Nadziei« sześćdziesiąt cztery, w Chirurgach czterdzieści osiem. W rzeczywistości to dwanaście procent”, s. 43), przede wszystkim – ciążenie samej narracji, w której ważniejsze okazuje się oko dokumentujące z reporterską uważnością, ale i widoczną czułością to, co kryje się w następującym zdaniu „Ludzie, setki ludzi, twarze, twarze, twarze” (s. 19).

To jeden z punktów stycznych z narracją Baczaka. W opisie starości i umierania w domu pomocy społecznej narrator stawiał na milczenie, lapidarność, dobrze pojęte współczucie. Przejmujące opisy praktyk pielęgnacyjnych, w których wyrażała się troska o te niezwykle kruche i cierpiące ciała, powracają do mnie echem, gdy składam w całość epizody zebrane przez Sieczkę. Wiem, że tam, gdzie Baczak mógł wybrać nocne, ciche i toczące się w swoim rytmie dyżury, ratownikom w ekipy warszawskiej pozostaje tylko marzenie o spokojnym przebiegu własnych. Skupione i kontemplacyjne towarzyszenie umieraniu ma na drugim biegunie pęd karetki, walkę o życie, bywa, że przegraną, poczucie klęski albo co najmniej zniechęcenia. Ale uważna lektura „Pogo” sprawia, że kolekcja „twarzy” niepokojąco zbliża się do szkiców Baczaka: oddających w gruncie rzeczy samotność i ból. Wynika to chyba z dwuwartościowej postawy reportera. Z jednej strony nie ukrywa dobijającej rutyny, zmęczenia, bycia wręcz „przemielonym przez system” i ze złością oraz niemocą opisuje własną i innych kolegów ścieżkę odejścia z ekipy. Z drugiej jednak chroni w sobie poczucie przynależności do tego samego porządku rzeczy, jakiegoś współuczestnictwa w śmiertelności: „Będziemy tacy sami. Ta praca przypomina mi, że umrę (na pewno), ale wcześniej będę stary (prawdopodobnie)” (s. 61).

W opisach starości udaje się Sieczce zachować reporterską bezwzględność (np. gdy lustrującym okiem prześwietla mieszkania starych mężczyzn), ale zniuansować ją nieoceniającym, a rozumiejącym milczeniem, czy gestem udzielenia najprostszej pomocy („Zdarzało mi się przesuwać lodówkę”, s. 67) czy mówiąc jeszcze inaczej – sztuką ukrycia profesjonalnej irytacji. Bezdusznie brzmiące „zdanie wytrych: »Czego oczekuje pani od zespołu ratownictwa medycznego?«” (s. 65) zostaje w tej narracji rozbrojone i zamienione na czułe, lecz nie czułostkowe obrazy wymuszonych interakcji i konfrontacji ze starością.

Sieczko wchodzi w podwójną rolę: fachowca medycyny ratunkowej i słuchacza opowieści, zamieniając czy tasując jednostki chorobowe na przemian z samotnością i śmiercią. Zdają się one działać właśnie jak skuteczny środek przeciwdziałający znużeniu. Narrator „Pogo” zachowuje się jak lekarz i pisarz w jednej osobie, który łączy medyczną widzę z intuicją podpowiadającą mu, że za każdą z przeciętnych twarzy stoi potencjał historii: „W mieście drzemią tysiące opowieści – prawdziwych i prawdziwie zmyślonych, ekstrakty z dziesiątek lat poupychane w starych głowach. Tylko czasu i osób, które tych historii mogłyby wysłuchać, brakuje. Historie są jednak zdeterminowane i bezczelne, nieproszone pchają się na pierwszy plan. Nie lubią naszego zdania: czego pan/pani oczekuje od zespołu ratownictwa medycznego” (s. 67). „Pogo” staje się zatem przestrzenią, w której opowieści (o) słabych i zmarginalizowanych mogą wybrzmieć, nawet jeśli przybrać muszą najbrzydszą twarz.

To najbrzydsze oblicze jest zarazem jednym z fragmentów najlepiej literacko przedstawionym, a konkurencja jest w tym przypadku w literaturze najnowszej spora. To twarz Warszawy. Opowieść Sieczki to opowieść miejska, przerażająco piękna ballada o stolicy, zaczynająca się słowami „Grochów, trzecia siedemnaście” (s. 9). Nocne peregrynacje znów i zbliżają, i różnią „Pogo” od zapisków Baczaka. Łączy ich pora, wybicie ze zwykłego rytmu życia, oddala – charakter aktywności. Tam gdzie spojrzenie Baczaka może skoncentrować się na konkretnej osobie, jej znikającej osobowości, wreszcie zastygającym ciele zmarłego, z którym jest się do końca, Sieczko kreśli poruszającą panoramę trzewi miasta, w którym dość często musi otwierać i zamykać „drzwi do mieszkania ze śmiercią w środku” (s. 14). Kołowrót pacjentów z powtarzalnymi dolegliwościami zamienia przemierzany Grochów w szachownicę wypełnioną tylko starymi kobietami i pijanymi mężczyznami.

Na to uproszczenie składa się jednak powielane doświadczenie śmierci o różnych obliczach, których litanijny ciąg pojawia się w jednym z fragmentów. Brzmi jak wykaz „sto sposobów na śmierć w Warszawie”, ale rzecz nie w prześmiewczym przedstawieniu. Ważniejsza jest kondycja narratora i jego ekipy, poczucie, że dostaje się „tym umieraniem między oczy kilka razy w tygodniu” (s. 41), by ostatecznie mieć poczucie „nasiąknięcia śmiercią” (s. 42). W migawkach warszawskich poza śmiercią domową i przypadkową jest też morze śmierci najciemniejszej, jakby sekretnej, podziemnej. „Jest w Warszawie równoległy świat – pisze Sieczko – wstydliwie podziemny, ukrywany przed tymi, którzy z torów życia nie wypadli. Czasem ten buzujący świat kogoś wypluje” (s. 50). Ekipa ratownicza najczęściej w takich przypadkach, wbrew nazwie i umiejętnościom, nikogo nie ratuje, jedynie wpisuje rozpoznanie „Zgon – przyczyna nieznana”. Przepustka do tej mrocznej, ukrytej przed okiem zwykłego mieszkańca i turysty Warszawy pozwala Sieczce zdemitologizować popkulturowy obraz kloszarda: „Podobno bywa on posiadaczem ukrytej, głębokiej mądrości życiowej i niezawodnym dostarczycielem bon motów, dykteryjek, facebookowych anegdot” (s. 49), pisze z ironią. Doświadczenie zdobyte w nocnym ratownictwie dowodzi jednak, że jest to zejście w „ostatni krąg piekła polskiego pijaństwa”, „najsmutniejszy świat [...] pełen przemocy, pogardy, brudu, chłodu, poruszania się od afektu do afektu, bezbronności, głupich wyborów, brodzenia w alkoholowo-głodowej malignie, a nade wszystkim – bez wyjątku – świat samodestrukcji” (s. 51). Upiorna przestrzeń warszawska staje się miastem pozornie uśpionym, cichym, chwilowo pozbawionym korków, ale rozświetlanym co jakiś czas sygnałami karetek czy policji. Marzeniem staje się zatem nieprzerwany sen, nieważne w gruncie rzeczy czyj – ratowników czy potencjalnych pacjentów. Warto jeszcze dodać, że opowieść o mieście świetnie przełamuje reporterskość „Pogo”, bo właśnie w nich narrator nieoczekiwanie zmienia rytm, zwalnia tempo i kieruje swą wypowiedź bezpośrednie do „ty” frazą „Znamy cię, miasto sobotniej nocy” (s. 95). Podobnie zresztą brzmi, gdy układa kołysankę dla swego praskiego pacjenta: „Śpij pacjencie, snem głębokim i spokojnym. [...] Śpij dobrze. Bądź spokojny. Śnij” (s. 75). Te dwie składowe pracy i opowieści – twarze pacjentów i miasto – są tyleż jej mięsem i napędem, co ostatecznie przekleństwem.

Dochodzimy zatem wraz z Sieczką do frazy niemocy i wyczerpania: „Nie mogę przyjąć pani bólu. Jestem tekturową figurą [...]. Przesuwają mnie w tych służbowych ciuchach z jednego mieszkania do drugiego. Stawiają w progach albo sadzają przy kuchennych stołach i każą słuchać o nieszczęściach. Nieszczęścia przez całe dnie i noce defilują mi przed oczami jak kolejne reprezentacje podczas otwarcia olimpiady – dopiero co jedno minęło, a już pcha się następne” (s. 85). Znika entuzjazm, zaangażowanie, przychodzi „overbooking nieszczęść”, sytuacja przesytu i braku miejsca i możliwości na przyjęcie kolejnej porcji czyjegoś bólu. Książka Sieczki przynosi portret zbiorowy polskich ratowników, grupy permanentnie niedofinansowanej, niedostatecznie nieszanowanej, „przemielonej” (w tym przypadku przez Warszawę), ulegającej nałogom i depresji, wypalonej, z „wydrenowanymi mózgami i sercami” (s. 111). Obraz okaże się szczególnie bolesny, kiedy spróbujemy się zobaczyć w ramach opisanych interakcji. Raz jeden zdarzyło mi się jechać karetką z ekipą ratowników, a z odmętów stresu pamiętam przede wszystkim słowa jednego z nich, kiedy po przeczytaniu wyników moich badań powiedział: „Eee, nie ma Pani takich złych”. Podczas jazdy na sygnale obracałam w głowie jego słowa jak dobry znak. Okazało się, że miał rację.

Jacek Baczak tak mówił o swojej książce: „Czytam ten tekst po latach i nadal pamiętam tamtego młodego człowieka – jego myśli i zachwyty, jego strach i niedowierzenie, że nasze życie jest tak kruche i tak delikatne. Tamto uświadomienie sobie, jak niewiele znaczymy i bardzo często żyjemy złudzeniami – zostało już we mnie. Czasem czuję, że jest we wszystkim, co robię i myślę”. Jakub Sieczko pisze podobnie: „ta Praga-Południe – dwadzieścia dwa kilometry kwadratowe – zawsze już będzie miejscem mojej lekarskiej inicjacji i zostanie ze mną jako wspomnienie, z biegiem lat nie bledsze, a coraz bardziej przejaskrawione, obudowane legendami, ciekawsze, niż było naprawdę, mądrzejsze” (s. 118).

Aby docenić własną wydolność krążeniowo-oddechową – jak czyni to autor w ostatnim zdaniu „Pogo” – nie musimy (i pewnie nie będziemy) pracować w pogotowiu, ale warto przynajmniej wejść w gęsty i duszny świat tego tekstu, by docenić sztukę medycyny, sztuczki literatury i sztukę przetrwania: ratownika i pacjenta.

LITERATURA:

Jacek Baczak: „Zapiski z nocnych dyżurów”. Kraków 1995.
Jakub Sieczko: „Pogo”. Dowody na Istnienie. Warszawa 2022.