ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (468) / 2023

Wiktoria Reczko,

WARTOŚĆ RÓŻY (REBECCA SOLNIT: 'RÓŻE ORWELLA')

A A A
Twórczość George'a Orwella stanowi nieustanne źródło inspiracji i refleksji – wystarczy wspomnieć tu o poprzedniej dekadzie i panującej w niej modzie na motywy dystopijne zarówno w kinie, jak i w literaturze. Obecnie obserwujemy tendencję do sięgania po orwellowskie wizje systemów totalitarnych i traktowania ich jako punkt odniesienia dla analiz przemian zachodzących we współczesnym świecie. Ważne wydaje się jednak podkreślenie, że takie analogie często są dokonywane bez pełnego zrozumienia faktycznego przekazu zawartego w twórczości Orwella. Niemniej jednak ta tendencja przyczynia się do kształtowania wizerunku brytyjskiego publicysty jako „proroka”, którego głównym zajęciem było demaskowanie narzędzi stosowanych przez totalitarne reżimy. Z pewnością dyskusjom na temat Orwella sprzyja fakt, że jego dzieła w 2021 roku trafiły do domeny publicznej, co skutkowało publikacją nowych wydań prac pisarza. Już w materiałach promocyjnych zwracano uwagę na inspiracje historyczne, a także na fakt, że antyutopijne motywy wybrzmiewają mocniej i bardziej doniośle niż kiedykolwiek wcześniej.

Wbrew powszechnie utartym schematom, które skupiają się przede wszystkim na wspominanym profetycznym wymiarze utworów Orwella, Rebecca Solnit nie osadza swojej opowieści na osi „Roku 1984”, lecz na roku 1936, kiedy to pisarz sadzi w swoim ogrodzie róże.

„Róże Orwella” nie są publikacją o ambicjach biograficznych – co autorka podkreśla już na samym początku książki (zob. s.23). To raczej zbiór esejów, „intelektualnych wędrówek” o szerokim zakresie tematycznym, które (w sposób mniej lub bardziej bezpośredni) zawsze łączą się z tytułowymi bohaterami. Solnit bowiem nie skupia się jedynie na samym Orwellu, eksponuje także róże, nadaje im autonomię, na skutek czego stają się czymś więcej niż elementem krajobrazu; są inicjatorkami całej opowieści.

Na takie podejście pozwala wskazane w pierwszym rozdziale słowo ‘saeculum’, wywodzące się z języka etruskiego i określające to, co „wydarzyło się za ludzkiej pamięci” (s. 11). Rośliny zasadzone przez Orwella są tym samym ogniwem, które bezpośrednio łączy i wiąże ze sobą pisarkę i pisarza, ale nie tylko ich. Cykliczność i odwieczność natury, roślin, wszechobecna i złożona symbolika róż pozwalają na szersze refleksje, z których Solnit konstruuje rozbudowane dygresyjne rozdziały, mające na celu ukazanie podobieństw i powiązań niewidocznych na pierwszy rzut oka, zachodzących pomiędzy pozornie niezwiązanymi kwestiami, rozgrywającymi się setki, a nawet tysiące lat przed przyjazdem Orwella do Wellington i lata po jego śmierci. Można uznać taką konstrukcję za zaletę, ale jednocześnie wadę książki – z pewnością ktoś, kto sięgał po książkę, licząc na ponad trzysta stron ogrodniczych anegdotek, będzie zawiedziony. Osobiście postrzegam dygresyjność i pewnego rodzaju odrębność każdej historii, przy jednoczesnym zachowaniu ścisłej zależności między poszczególnymi rozdziałami, jako precyzyjnie zaplanowane i gruntownie przemyślane działanie, które pozwoliło na pełne oddanie zamysłu autorki.

Chcąc jak najbardziej uprościć myśl zawartą w książce, musielibyśmy stwierdzić, że przede wszystkim porusza ona problemy epistemologiczne. Już we wcześniejszych pracach Solnit dała świadectwo swojej empatii i szczególnego zainteresowania losami ludzi najbardziej wykluczonych i ignorowanych, nie powinno być więc zaskoczeniem, że w ten sam sposób pochyla się nad postacią wielkiego pisarza, starając się odnaleźć w jego twórczości ignorowaną wrażliwość. Przy tym praca interpretacyjna nie kończy się tu na nowych propozycjach (czy też raczej dokładniejszych, uważniejszych) odczytań utworów Orwella na stałe wchodzących w kanon literatury światowej. Solnit decyduje się na wzbogacenie opisu nie tylko o mniej znane i niedocenione teksty Orwella, ale również zadaje pytania o jego doświadczenia lektur innych autorów (także o jej własną świadomość czytelniczą, wynikającą z kilkukrotnych spotkań z konkretnymi tytułami na przestrzeni lat) i o to, jakie mogły mieć one wpływ na późniejszą twórczość pisarza, a także na przyczyny powstania samego ogrodu w Wellington. W tej kwestii uzyskujemy bardzo jasną odpowiedź – z jednej strony prowadzenie ogrodu nie było formą eskapizmu, lecz przejawem silnej wiary pisarza w prawo każdej jednostki do prywatności i własnego życia z dala od politycznych zawirowań; z drugiej strony Solnit porusza niezwykle ważne zagadnienie polityczności natury (dokładnie omówione w kontekście „Róż Orwella” przez Julię Fiedorczuk i Grzegorza Czmiela w szóstym odcinku „Podkastu Dwutygodnika. Magazynu o Kulturze” [zob. dwutygodnik.com]), a także klasowego uprzywilejowania pisarza.

Ta perspektywa pozwala na zupełnie inne spojrzenie na całą jego twórczość, ale przede wszystkim na pozornie niewinny gest, jakim jest zasadzenie różanego krzewu, które już stanowi działanie mające na celu „okiełznanie natury” i zagarnięcie ziemi na własność. Warto tu zaznaczyć, że sposób, w jaki przedstawiona jest sylwetka pisarza, należy do głównych zalet wywodu autorki. Nie podchodzi ona do Orwella bezkrytycznie, nie stara się na siłę wpisać go w ramy ekologa XXI wieku, zarzuca mu na przykład wymazywanie kobiet ze swoich narracji. Pod tym względem szczególnie interesującym okazuje się wątek Eileen, pierwszej żony pisarza (w opowieści funkcjonuje ona wyłącznie pod imieniem, gdyż, jak podkreśla Solnit, „jedynie ono przez całe życie rzeczywiście należało do niej” [s. 57]) i sprzeczności, jaka wynika z zestawienia szeregu faktów z biografii Orwella, opisujących szczęście małżonków, i listów młodej, nieszczęśliwej kobiety z początkowego etapu ich małżeństwa. Warto jednak zauważyć, że nie odnajdujemy w tekście informacji dotyczących tego, iż George Orwell w 1946 roku sporządził listę osób podejrzewanych o sympatyzowanie z komunizmem oraz ZSRR i donosił na swoich kolegów i koleżanki.

Solnit szuka piękna nawet w najbardziej brutalnych, opowiadających o tragedii wojny tekstach twórcy „Folwarku zwierzęcego”, pokazuje momenty, w których natura go zachwyca. Przy czym autorka decyduje się na demaskację nieestetycznej (a przede wszystkim nieetycznej, opartej na wyzysku) produkcji różanych bukietów. Obie perspektywy – szukania piękna w antyutopijnych obrazach świata wykreowanych w „Roku 1984” i brzydoty w korzystającym z urokliwego symbolizmu róż kapitalizmie – przedstawione obok siebie i wzbogacone dodatkowo refleksją o kryzysie klimatycznym i bezrefleksyjnym nadużywaniu dóbr naturalnych czy też opowieścią o wczesnych etapach rozwoju górnictwa w Wielkiej Brytanii aż do jego gwałtownej likwidacji zmuszają do namysłu nad stanem naszej własnej świadomości i otaczającego nas świata. „Róże Orwella” mogą zostać potraktowane jako zachęta do kwestionowania wiedzy uznanej za pewną, do poszukiwania innych dróg i do wykazania się w tych poszukiwaniach empatią i szczególną uważnością.

Ta „seria intelektualnych wędrówek” z pewnością nie jest pozycją, którą można potraktować jako zapoznanie się z twórczością zarówno Orwella, jak i Solnit. Polecałabym ją osobom, którym nazwisko pisarza jest dość dobrze znane i które docenią erudycyjne próby ukazania jego twórczości w nowych kontekstach. Jednocześnie warto zaznaczyć, że przy całej widocznej pasji i zamiłowaniu autorki do twórczości Orwella, dłużej w pamięci zostają fragmenty, w których narracja skupia się na innych postaciach – chociażby w rozdziale „Chleba i róż”, gdzie bohaterką zostaje Tina Modetti – włoska fotografka i socjalistka zaangażowana w rewolucję komunistyczną w Meksyku. Pojawia się również analiza samego tytułu rozdziału, będącego hasłem ruchu feministycznego na początku XX wieku. Chleb symbolizować miał absolutną podstawę egzystencji – tym samym kobiety domagały się dostępu do podstawowych dóbr, zaś róże rozumiane były jako wytwór kultury, piękno i przyjemność, która także okazuje się niezbędna. Twierdzenie to można by uznać za główną tezę, za którą opowiada się Solnit; pokazuje ona nierozerwalność człowieka i natury, zgodnie z duchem ekofeminizmu, ale jednocześnie podkreśla, że nawet róża została pozbawiona swojej „naturalnej” niewinności na rzecz wejścia w obręb kultury.

I w tym wszystkim postać Orwella, który w 1936 roku zasadził róże, ma niejako służyć za kluczowy argument, skoro nawet on, jeden z najważniejszych, najbardziej uznanych pisarzy XX wieku, cenił ulotne piękno róż, poszukiwał go i opisywał w swoich tekstach – to czy my także nie powinniśmy iść w ślad za tą wrażliwością?

LITERATURA:                         

„Podkast Dwutygodnika (6): Orwell”. Barbara Klicka rozmawia z Julią Fiedorczuk i Grzegorzem Czemielem. https://www.dwutygodnik.com/artykul/10728-podkast-dwutygodnika-6-orwell.html.
Rebecca Solnit: „Róże Orwella”. Przeł. Dawid Czech. Wydawnictwo Karakter. Kraków 2023.