DZIWNE RZECZY DZIEJĄ SIĘ W 'STRANGER THINGS' - RECENZJA 5. SEZONU
A
A
A
W drugiej dekadzie XXI wieku trudno o prawdziwy popkulturowy fenomen. Era streamingu dała widzom wybór tak szeroki, że trudno przebrnąć nawet przez własną listę „do obejrzenia”. W efekcie właściwie nie ma już kanonu filmów, które widzieli wszyscy. O największych produkcjach Netflixa mówi się głośno, ale kolejne tytuły przychodzą i odchodzą, bez echa.
A mimo to w 2016 roku „Stranger Things” wstrząsnęło światem. O tym serialu rzeczywiście mówili i słyszeli wszyscy – nie tylko w momencie premiery, ale również przez kolejną dekadę. Opowieść snuta przez Matta i Rossa Dufferów stała się nie tylko matką nowego fandomu, ale również jedną z mocniejszych sił napędowych retromanii.
Paradoksalnie, sam pomysł był dość prosty: grupka dzieciaków musi stawić czoła potworom, by odnaleźć zaginionego przyjaciela. Co więcej, twórcy serialu jawnie inspirowali się rozwiązaniami znanymi z filmów, na których sami się wychowali, np. produkcjami Stevena Spielberga, takimi jak „E.T”, czy powieściami Stephena Kinga. Całość została osadzona w latach 80., których klimat jest wyraźnie wyczuwalny… przynajmniej na początku. Między innymi to właśnie nostalgia sprawiła, że tak wielu widzów pokochało „Stranger Things”. Do tego doszła garstka świetnie zagranych bohaterów, kilka eleganckich plot twistów i voilà! To był przełom na miarę „Gry o Tron” czy „Breaking Bad”. Takie wydarzenia w branży filmowej – czy ogólnie w popkulturze – zapisują się w historii. Pytanie tylko: jak?
Nie trzeba być pisarzem ani scenarzystą, by wiedzieć, że wymyślenie dobrej historii to nie wszystko. Mówi się, że najtrudniej zacząć, ale prawda jest taka, że to zakończenia okazują się najbardziej wymagające. Wspomniana już „Gra o Tron” pokazała dobitnie, że źle napisany finał może w jednej chwili przekreślić sukces całości. Im większa produkcja – zarówno w kwestii długości serialu, jak i rozgłosu – tym zadanie staje się trudniejsze. Zadanie, któremu moim zdaniem, mimo pokładanych w nich nadziei i dużej dawki optymizmu, bracia Dufferowie nie podołali.
Na zakończenie „Stranger Things” fanom przyszło czekać naprawdę długo. Po czwartym sezonie, który miał premierę w maju 2022 roku, pierwsze odcinki sezonu piątego ukazały się w dopiero 26 listopada 2025, a finał – 31 grudnia (w Polsce 27 listopada i 1 stycznia 2026). Przez te lata wokół kontynuacji narosło mnóstwo teorii dotyczących dalszych losów bohaterów, nic więc dziwnego, że oczekiwania były… nie, nie były spore. Były kosmiczne. Tym bardziej że przecież ostatni odcinek czwartego sezonu obiecywał coś wielkiego – może Hawkins terroryzowane w biały dzień przez hordę demogorgonów, demopsów i demonietoperzy? Tymczasem sezon piąty zaczyna się od oszustwa: w tym samym i niemal tak samo spokojnym miasteczku, które doskonale znamy. Otwarcie skupione na audycji Robin (Maya Hawke) jest cudowne, ale poza tym pierwszy odcinek niczym specjalnym nie zaskakuje i w efekcie wypada po prostu poprawnie. Niestety, przy serialu tego formatu to za mało.
Pierwszą naprawdę mocną sceną jest atak demogorgonów na dom Wheelerów. Sekwencja trzyma w napięciu i pokazuje kilka świetnych chwytów, ale już tutaj objawia się jeden z największych problemów tego sezonu, a może nawet serialu jako całości – twórcy nie mają odwagi, by zabijać swoich bohaterów. W efekcie stawka maleje, a obsada rośnie, i trudno rzeczywiście wykorzystać potencjał wszystkich postaci, co miało tak duże znaczenie na początku historii. W teorii pozbyto się kilku twarzy i można powiedzieć, że fani niesłusznie wytykają nieobecność tak „niepotrzebnych” bohaterów jak Suzie (Gabriella Pizzolo), Enzo (Tom Wlaschiha) czy Argyle’a (Eduardo Franco) – ale przecież serial kompletnie zapomniał też o doktorze Owensie (Paul Reiser), którego rola jeszcze przed chwilą była tak istotna. Problemu nie stanowi jednak brak ich samych, a jakiegokolwiek wytłumaczenia tej absencji.
To właśnie ogrom wątków nie pozwolił mi w pełni cieszyć się genialnym zakończeniem czwartego odcinka, kiedy Will (Noah Shnapp) zyskuje dostęp do mocy Vecny (Jamie Campbell Bower). Sam moment był bardzo dobrze rozegrany i emocjonujący, ale cały czas czułam – i nadal tak uważam – że to powinno wydarzyć się najpóźniej jeden sezon temu. Tymczasem Will na wiele lat trafił do scenopisarskiej zamrażarki.
W drugiej połowie piątego sezonu poziom zaczyna niestety spadać. Wiemy już, że przez dwa lata, które upłynęły w Hawkins, właściwie nic się nie zmieniło. Istotną odmianę stanowi jedynie baza wojskowa stojąca w środku miasta, ale nie wydaje się, by obecność sił zbrojnych jakkolwiek przeszkadzała ekipie Jedenastki (Millie Bobby Brown) przemycać się na Drugą Stronę trzy razy w tygodniu. Ten element szczególnie mocno podkreśla, że serial stracił na realizmie w ramach świata przedstawionego. Amerykańscy żołnierze nie tylko nie stanowią wyzwania, ale nawet można do nich strzelać bez żadnych konsekwencji (jak w odcinku ósmym). Poza tym bohaterowie ze Steve’em na czele wycinają gigantyczną dziurę w salonie rodziny Dereka (Jake Connelly) i nikt nie zadaje pytań, a demogorogony znikają, kiedy są najbardziej potrzebne.
Samo wojsko i doktor Kay (Linda Hamilton) nie odgrywają zresztą właściwie żadnej znaczącej roli, jeśli nie liczyć sprowadzenia Ósemki (Linnea Berthelsen), której wątek sprzed lat był napisany tak fatalnie, że też został zamrożony i to po wyjęciu ze scenopisarskiego kosza. Pierwsze skrzypce, jeśli chodzi o zagrożenie, powinien jednak grać Vecna, dlatego w sprzyjających okolicznościach można by przymknąć oko na niedopracowanie antagonistów z niższej półki. Niestety – tutaj przechodzimy do tego, co moim zdaniem wykończyło klimat „prawdziwego” „Stranger Things”.
Rzecz jasna można się kłócić, w jakim stopniu bracia Dufferowie wiedzieli, co chcą pokazać w kolejnych sezonach, i czy Vecna – w tej czy innej formie – był w planach od początku, jednak osobiście wolałam wizję Upside Down jako „ciemnej strony Hawkins”, zawieszonej w czasie i pełnej potworów. Pojawienie się Vecny zmieniło tę narrację, próbowało nadać działaniom wszystkich stworów jakiś jeden konkretny, większy cel. Jaki?
Tego tak naprawdę nigdy się nie dowiedzieliśmy. Vecna jest antagonistą, który nie ma motywacji. Jego plan złączenia ze sobą światów, między którymi do tej pory wisiał tunel czasoprzestrzenny, nie ma żadnego uzasadnienia (bo w jaki sposób taki świat miałby być lepszy?), podobnie jak porwanie dwunastki dzieciaków, kolejne próby zabicia Max (Sadie Sink) czy uczynienie z Willa swojego szpiega. Na uznanie zasługuje fakt, że villan w „Stranger Things” jest kapitalnie zagrany. Niestety, żadna ilość świetnych aktorów nie może uratować słabego scenariusza.
Początkowo serial Netflixa był wierny gatunkowi science fiction. Ten pierwszy człon gdzieś się jednak zagubił – poszczególne puzzle przestały do siebie pasować, a brakujące części były dorzucane naprędce, przez co zniknęło wrażenie, że tajemnice Hawkins można rozwiązać. Bo jak to zrobić, kiedy kolejne elementy układanki nadpisują się w trakcie składania obrazka?
Słaby sezon piąty to nie jedyny gwóźdź do trumny. Obecnie, poza pięcioma sezonami, na platformie można znaleźć dwugodzinny materiał zza kulis: „Stranger Things: Ostatnia przygoda”. Dokument ten pozwolił mi o wiele bardziej docenić ogrom pracy, który włożono w produkcję. Wielu elementów niesamowitej scenografii nie wygenerowano z użyciem CGI, ale je zbudowano, wyrzeźbiono i pomalowano. W dobie królującego green- i bluescreena ta świadomość cieszy oczy i serce, a olbrzymi zespół zasługuje na głośne oklaski. Tutaj jednak działa ta sama zasada, co w przypadku fantastycznej gry aktorskiej: dokument w żaden sposób nie kamufluje nieporadności samych braci Dufferów. Brak scenariusza kolejnych odcinków w momencie startu zdjęć to problem nie tylko ekipy filmowej – to również problem widzów. Tylko czy po oparciu fabuły sezonu na broadwayowskim spektaklu, którego wielu nie miało najmniejszej szansy zobaczyć (a który pojawi się na Netflixie, ale dopiero za jakiś czas), ktoś jeszcze przejmuje się widzami?
Rodzeństwo scenarzystów wydaje się nie tyle tłumaczyć proces twórczy, ile usprawiedliwiać kolejne niedociągnięcia (kwestię wyjaśniania widzom znaczenia sceny między Nancy [Natalia Dyer] i Jonathanem [Charlie Heaton], która wielu osobom wydała się niezrozumiała, pozwolę sobie skomentować minutą ciszy… chociaż przerwę ją, by dodać, że osobiście uważam tę scenę za najlepszy moment sezonu). Dufferowie tłumaczą między innymi, dlaczego Jedenastka musiała odejść w finale. Jej obecność – zdaniem twórców – ma być synonimem trwającej zabawy. Aby pozostali bohaterowie mogli dorosnąć, zabawa musi się skończyć, tak samo, jak to miało miejsce w przypadku „Opowieści z Narnii”. Zastanawiam się tylko… Serio? W którym momencie to była zabawa? Kiedy Mike (Finn Wolfhard), Dustin (Gaten Matarazzo) i Lucas (Caleb MacLaughlin) próbowali odnaleźć zaginionego przyjaciela, a potem uczestniczyli w jego pogrzebie? Kiedy Will nareszcie zyskał kogoś na kształt ojca, a potem Boba (Sean Astin) rozerwały demogorgony? Kiedy Eddiego oskarżono o serię morderstw, a potem umarł w ramionach Dustina? Czy kiedy Max przez dwa lata leżała w śpiączce po tym, jak omal nie zginęła? A przecież to nie jedyne tragedie, które obserwowaliśmy przez pięć sezonów. Sam Dustin w swoim przemówieniu na rozdaniu dyplomów – które nieco podciąga ostatni odcinek – podkreśla, że jemu i jego przyjaciołom odebrano dzieciństwo. Dla nich to nie była zabawa.
A co ze śmiercią Jedenastki? Wszyscy wiemy, że to wokół tej postaci kręci się „Stranger Things” – historia zaczyna się, kiedy nikomu nieznane dziecko zostaje znalezione w lesie, a kończy, gdy to samo dziecko poświęca się, by ocalić swoich bliskich. Mimo to nawet jej wątek został poprowadzony fatalnie. Wydaje się, że Nastka nie ma już nic do powiedzenia ani swoim przyjaciołom, wśród których nauczyła się życia poza laboratorium, ani swojemu chłopakowi. Jedynie jej relacja z Hopperem (David Harbour) daje nam jeszcze namiastkę tego, co wcześniej było tak ważne.
A zagranie polegające na oddaniu władzy widzom, by sami wybrali, jaki los spotkał Jane? Podobnie jak wiele innych rzeczy, wydaje się dopisane na szybko, byle jakoś to zakończyć. Jedenastka mogła rozwinąć się w bardzo wielu kierunkach. Utknęła jednak w martwym punkcie. Ktoś mógłby powiedzieć, że to niemożliwe w przypadku głównej protagonistki, ale serial Dufferów poszedł o krok dalej – nie tylko Jedenastka stoi w cieniu. Mike’a, Lucasa i Willa spotkał dokładnie ten sam los, nawet jeśli ten ostatni miał w piątym sezonie swoje momenty. Jak to się stało?
Wydaje mi się, że „Stranger Things” pożarła własna popularność. Szukanie bezpiecznych rozwiązań dotarło także tutaj. Bo czego chcą widzowie? Wszyscy kochają Steve’a (Joe Keery), więc dajmy im więcej Steve’a. Maya Hawke jest świetna jako Robin, więc dajmy więcej Robin. Nancy jest kozacka jako Rambo, więc postawmy na Ram… znaczy na Nancy, postawmy na Nancy. W którymś momencie serial przestał opowiadać o dzieciakach, coraz większą i większą część czasu antenowego poświęcając bohaterom dorosłym i prawie dorosłym. Mimo że dzieci też zdążyły już dorosnąć… Jedynie Dustin i Max utrzymali się na powierzchni, jednak nie mogę oprzeć się nieprzyjemnemu wrażeniu, że postać Gatena Matarazza uratowała tylko rozgrzewająca serce dynamika z Joem Keerym – i to absolutnie nie jest jego wina. Po prostu znowu: wszyscy kochają Steve’a. A Steve musi mieć Dustina.
Wydaje się, że na każdym polu bracia Dufferowie postawili na bezpieczne rozwiązania. To, co popularne, wygrywało z tym, co istotne dla fabuły. W piątym sezonie nie pojawiło się tak naprawdę nic nowego, bo granie sprawdzonymi motywami wydawało się pewniejsze – i żadna z tych rzeczy nikomu nie wyszła na dobre.
Na piąty sezon – chociaż poprzednie sezony obejrzałam zaledwie pół roku wcześniej i mogłoby się wydawać, że główna fala zachwytu mnie ominęła – czekałam z zapartym tchem. Pierwszy odcinek „odpaliłam” najszybciej, jak tylko mogłam. Co więcej, dałam się wciągnąć w szał sponsorowany przez Kinder i kupiłam około sześćdziesięciu jajek, zanim zdobyłam całą kolekcję figurek. Nie żałuję! Żałuję natomiast, że na Netflixie nigdy nie pojawił się mistyczny dziewiąty odcinek, ukazujący „prawdziwe zakończenie”, co do którego fani snuli własne teorie. No bo przecież… to nie mogło się skończyć w taki sposób, prawda? Może jednak ten odcinek gdzieś jest? I believe.
A mimo to w 2016 roku „Stranger Things” wstrząsnęło światem. O tym serialu rzeczywiście mówili i słyszeli wszyscy – nie tylko w momencie premiery, ale również przez kolejną dekadę. Opowieść snuta przez Matta i Rossa Dufferów stała się nie tylko matką nowego fandomu, ale również jedną z mocniejszych sił napędowych retromanii.
Paradoksalnie, sam pomysł był dość prosty: grupka dzieciaków musi stawić czoła potworom, by odnaleźć zaginionego przyjaciela. Co więcej, twórcy serialu jawnie inspirowali się rozwiązaniami znanymi z filmów, na których sami się wychowali, np. produkcjami Stevena Spielberga, takimi jak „E.T”, czy powieściami Stephena Kinga. Całość została osadzona w latach 80., których klimat jest wyraźnie wyczuwalny… przynajmniej na początku. Między innymi to właśnie nostalgia sprawiła, że tak wielu widzów pokochało „Stranger Things”. Do tego doszła garstka świetnie zagranych bohaterów, kilka eleganckich plot twistów i voilà! To był przełom na miarę „Gry o Tron” czy „Breaking Bad”. Takie wydarzenia w branży filmowej – czy ogólnie w popkulturze – zapisują się w historii. Pytanie tylko: jak?
Nie trzeba być pisarzem ani scenarzystą, by wiedzieć, że wymyślenie dobrej historii to nie wszystko. Mówi się, że najtrudniej zacząć, ale prawda jest taka, że to zakończenia okazują się najbardziej wymagające. Wspomniana już „Gra o Tron” pokazała dobitnie, że źle napisany finał może w jednej chwili przekreślić sukces całości. Im większa produkcja – zarówno w kwestii długości serialu, jak i rozgłosu – tym zadanie staje się trudniejsze. Zadanie, któremu moim zdaniem, mimo pokładanych w nich nadziei i dużej dawki optymizmu, bracia Dufferowie nie podołali.
Na zakończenie „Stranger Things” fanom przyszło czekać naprawdę długo. Po czwartym sezonie, który miał premierę w maju 2022 roku, pierwsze odcinki sezonu piątego ukazały się w dopiero 26 listopada 2025, a finał – 31 grudnia (w Polsce 27 listopada i 1 stycznia 2026). Przez te lata wokół kontynuacji narosło mnóstwo teorii dotyczących dalszych losów bohaterów, nic więc dziwnego, że oczekiwania były… nie, nie były spore. Były kosmiczne. Tym bardziej że przecież ostatni odcinek czwartego sezonu obiecywał coś wielkiego – może Hawkins terroryzowane w biały dzień przez hordę demogorgonów, demopsów i demonietoperzy? Tymczasem sezon piąty zaczyna się od oszustwa: w tym samym i niemal tak samo spokojnym miasteczku, które doskonale znamy. Otwarcie skupione na audycji Robin (Maya Hawke) jest cudowne, ale poza tym pierwszy odcinek niczym specjalnym nie zaskakuje i w efekcie wypada po prostu poprawnie. Niestety, przy serialu tego formatu to za mało.
Pierwszą naprawdę mocną sceną jest atak demogorgonów na dom Wheelerów. Sekwencja trzyma w napięciu i pokazuje kilka świetnych chwytów, ale już tutaj objawia się jeden z największych problemów tego sezonu, a może nawet serialu jako całości – twórcy nie mają odwagi, by zabijać swoich bohaterów. W efekcie stawka maleje, a obsada rośnie, i trudno rzeczywiście wykorzystać potencjał wszystkich postaci, co miało tak duże znaczenie na początku historii. W teorii pozbyto się kilku twarzy i można powiedzieć, że fani niesłusznie wytykają nieobecność tak „niepotrzebnych” bohaterów jak Suzie (Gabriella Pizzolo), Enzo (Tom Wlaschiha) czy Argyle’a (Eduardo Franco) – ale przecież serial kompletnie zapomniał też o doktorze Owensie (Paul Reiser), którego rola jeszcze przed chwilą była tak istotna. Problemu nie stanowi jednak brak ich samych, a jakiegokolwiek wytłumaczenia tej absencji.
To właśnie ogrom wątków nie pozwolił mi w pełni cieszyć się genialnym zakończeniem czwartego odcinka, kiedy Will (Noah Shnapp) zyskuje dostęp do mocy Vecny (Jamie Campbell Bower). Sam moment był bardzo dobrze rozegrany i emocjonujący, ale cały czas czułam – i nadal tak uważam – że to powinno wydarzyć się najpóźniej jeden sezon temu. Tymczasem Will na wiele lat trafił do scenopisarskiej zamrażarki.
W drugiej połowie piątego sezonu poziom zaczyna niestety spadać. Wiemy już, że przez dwa lata, które upłynęły w Hawkins, właściwie nic się nie zmieniło. Istotną odmianę stanowi jedynie baza wojskowa stojąca w środku miasta, ale nie wydaje się, by obecność sił zbrojnych jakkolwiek przeszkadzała ekipie Jedenastki (Millie Bobby Brown) przemycać się na Drugą Stronę trzy razy w tygodniu. Ten element szczególnie mocno podkreśla, że serial stracił na realizmie w ramach świata przedstawionego. Amerykańscy żołnierze nie tylko nie stanowią wyzwania, ale nawet można do nich strzelać bez żadnych konsekwencji (jak w odcinku ósmym). Poza tym bohaterowie ze Steve’em na czele wycinają gigantyczną dziurę w salonie rodziny Dereka (Jake Connelly) i nikt nie zadaje pytań, a demogorogony znikają, kiedy są najbardziej potrzebne.
Samo wojsko i doktor Kay (Linda Hamilton) nie odgrywają zresztą właściwie żadnej znaczącej roli, jeśli nie liczyć sprowadzenia Ósemki (Linnea Berthelsen), której wątek sprzed lat był napisany tak fatalnie, że też został zamrożony i to po wyjęciu ze scenopisarskiego kosza. Pierwsze skrzypce, jeśli chodzi o zagrożenie, powinien jednak grać Vecna, dlatego w sprzyjających okolicznościach można by przymknąć oko na niedopracowanie antagonistów z niższej półki. Niestety – tutaj przechodzimy do tego, co moim zdaniem wykończyło klimat „prawdziwego” „Stranger Things”.
Rzecz jasna można się kłócić, w jakim stopniu bracia Dufferowie wiedzieli, co chcą pokazać w kolejnych sezonach, i czy Vecna – w tej czy innej formie – był w planach od początku, jednak osobiście wolałam wizję Upside Down jako „ciemnej strony Hawkins”, zawieszonej w czasie i pełnej potworów. Pojawienie się Vecny zmieniło tę narrację, próbowało nadać działaniom wszystkich stworów jakiś jeden konkretny, większy cel. Jaki?
Tego tak naprawdę nigdy się nie dowiedzieliśmy. Vecna jest antagonistą, który nie ma motywacji. Jego plan złączenia ze sobą światów, między którymi do tej pory wisiał tunel czasoprzestrzenny, nie ma żadnego uzasadnienia (bo w jaki sposób taki świat miałby być lepszy?), podobnie jak porwanie dwunastki dzieciaków, kolejne próby zabicia Max (Sadie Sink) czy uczynienie z Willa swojego szpiega. Na uznanie zasługuje fakt, że villan w „Stranger Things” jest kapitalnie zagrany. Niestety, żadna ilość świetnych aktorów nie może uratować słabego scenariusza.
Początkowo serial Netflixa był wierny gatunkowi science fiction. Ten pierwszy człon gdzieś się jednak zagubił – poszczególne puzzle przestały do siebie pasować, a brakujące części były dorzucane naprędce, przez co zniknęło wrażenie, że tajemnice Hawkins można rozwiązać. Bo jak to zrobić, kiedy kolejne elementy układanki nadpisują się w trakcie składania obrazka?
Słaby sezon piąty to nie jedyny gwóźdź do trumny. Obecnie, poza pięcioma sezonami, na platformie można znaleźć dwugodzinny materiał zza kulis: „Stranger Things: Ostatnia przygoda”. Dokument ten pozwolił mi o wiele bardziej docenić ogrom pracy, który włożono w produkcję. Wielu elementów niesamowitej scenografii nie wygenerowano z użyciem CGI, ale je zbudowano, wyrzeźbiono i pomalowano. W dobie królującego green- i bluescreena ta świadomość cieszy oczy i serce, a olbrzymi zespół zasługuje na głośne oklaski. Tutaj jednak działa ta sama zasada, co w przypadku fantastycznej gry aktorskiej: dokument w żaden sposób nie kamufluje nieporadności samych braci Dufferów. Brak scenariusza kolejnych odcinków w momencie startu zdjęć to problem nie tylko ekipy filmowej – to również problem widzów. Tylko czy po oparciu fabuły sezonu na broadwayowskim spektaklu, którego wielu nie miało najmniejszej szansy zobaczyć (a który pojawi się na Netflixie, ale dopiero za jakiś czas), ktoś jeszcze przejmuje się widzami?
Rodzeństwo scenarzystów wydaje się nie tyle tłumaczyć proces twórczy, ile usprawiedliwiać kolejne niedociągnięcia (kwestię wyjaśniania widzom znaczenia sceny między Nancy [Natalia Dyer] i Jonathanem [Charlie Heaton], która wielu osobom wydała się niezrozumiała, pozwolę sobie skomentować minutą ciszy… chociaż przerwę ją, by dodać, że osobiście uważam tę scenę za najlepszy moment sezonu). Dufferowie tłumaczą między innymi, dlaczego Jedenastka musiała odejść w finale. Jej obecność – zdaniem twórców – ma być synonimem trwającej zabawy. Aby pozostali bohaterowie mogli dorosnąć, zabawa musi się skończyć, tak samo, jak to miało miejsce w przypadku „Opowieści z Narnii”. Zastanawiam się tylko… Serio? W którym momencie to była zabawa? Kiedy Mike (Finn Wolfhard), Dustin (Gaten Matarazzo) i Lucas (Caleb MacLaughlin) próbowali odnaleźć zaginionego przyjaciela, a potem uczestniczyli w jego pogrzebie? Kiedy Will nareszcie zyskał kogoś na kształt ojca, a potem Boba (Sean Astin) rozerwały demogorgony? Kiedy Eddiego oskarżono o serię morderstw, a potem umarł w ramionach Dustina? Czy kiedy Max przez dwa lata leżała w śpiączce po tym, jak omal nie zginęła? A przecież to nie jedyne tragedie, które obserwowaliśmy przez pięć sezonów. Sam Dustin w swoim przemówieniu na rozdaniu dyplomów – które nieco podciąga ostatni odcinek – podkreśla, że jemu i jego przyjaciołom odebrano dzieciństwo. Dla nich to nie była zabawa.
A co ze śmiercią Jedenastki? Wszyscy wiemy, że to wokół tej postaci kręci się „Stranger Things” – historia zaczyna się, kiedy nikomu nieznane dziecko zostaje znalezione w lesie, a kończy, gdy to samo dziecko poświęca się, by ocalić swoich bliskich. Mimo to nawet jej wątek został poprowadzony fatalnie. Wydaje się, że Nastka nie ma już nic do powiedzenia ani swoim przyjaciołom, wśród których nauczyła się życia poza laboratorium, ani swojemu chłopakowi. Jedynie jej relacja z Hopperem (David Harbour) daje nam jeszcze namiastkę tego, co wcześniej było tak ważne.
A zagranie polegające na oddaniu władzy widzom, by sami wybrali, jaki los spotkał Jane? Podobnie jak wiele innych rzeczy, wydaje się dopisane na szybko, byle jakoś to zakończyć. Jedenastka mogła rozwinąć się w bardzo wielu kierunkach. Utknęła jednak w martwym punkcie. Ktoś mógłby powiedzieć, że to niemożliwe w przypadku głównej protagonistki, ale serial Dufferów poszedł o krok dalej – nie tylko Jedenastka stoi w cieniu. Mike’a, Lucasa i Willa spotkał dokładnie ten sam los, nawet jeśli ten ostatni miał w piątym sezonie swoje momenty. Jak to się stało?
Wydaje mi się, że „Stranger Things” pożarła własna popularność. Szukanie bezpiecznych rozwiązań dotarło także tutaj. Bo czego chcą widzowie? Wszyscy kochają Steve’a (Joe Keery), więc dajmy im więcej Steve’a. Maya Hawke jest świetna jako Robin, więc dajmy więcej Robin. Nancy jest kozacka jako Rambo, więc postawmy na Ram… znaczy na Nancy, postawmy na Nancy. W którymś momencie serial przestał opowiadać o dzieciakach, coraz większą i większą część czasu antenowego poświęcając bohaterom dorosłym i prawie dorosłym. Mimo że dzieci też zdążyły już dorosnąć… Jedynie Dustin i Max utrzymali się na powierzchni, jednak nie mogę oprzeć się nieprzyjemnemu wrażeniu, że postać Gatena Matarazza uratowała tylko rozgrzewająca serce dynamika z Joem Keerym – i to absolutnie nie jest jego wina. Po prostu znowu: wszyscy kochają Steve’a. A Steve musi mieć Dustina.
Wydaje się, że na każdym polu bracia Dufferowie postawili na bezpieczne rozwiązania. To, co popularne, wygrywało z tym, co istotne dla fabuły. W piątym sezonie nie pojawiło się tak naprawdę nic nowego, bo granie sprawdzonymi motywami wydawało się pewniejsze – i żadna z tych rzeczy nikomu nie wyszła na dobre.
Na piąty sezon – chociaż poprzednie sezony obejrzałam zaledwie pół roku wcześniej i mogłoby się wydawać, że główna fala zachwytu mnie ominęła – czekałam z zapartym tchem. Pierwszy odcinek „odpaliłam” najszybciej, jak tylko mogłam. Co więcej, dałam się wciągnąć w szał sponsorowany przez Kinder i kupiłam około sześćdziesięciu jajek, zanim zdobyłam całą kolekcję figurek. Nie żałuję! Żałuję natomiast, że na Netflixie nigdy nie pojawił się mistyczny dziewiąty odcinek, ukazujący „prawdziwe zakończenie”, co do którego fani snuli własne teorie. No bo przecież… to nie mogło się skończyć w taki sposób, prawda? Może jednak ten odcinek gdzieś jest? I believe.
„Stranger Things” – sezon 5. Reżyseria: Matt Duffer, Ross Duffer, Shawn Levy. Scenariusz: Matt Duffer, Ross Duffer. Obsada: Millie Bobby Brown, Finn Wolfhard, Noah Schnapp. Gatunek: science fiction, horror. Produkcja: USA 2025.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

