ISSN 2658-1086

1 marca 5 (533) / 2026

Mirella Siedlaczek-Mikoda,

ILE JEST OLGI W IRENIE? (JENNIFER CROFT: 'WYMIERANIE IRENY REY')

A A A
Nie odkryję Ameryki, jeśli na wstępie zaznaczę, że w Polsce ukazuje się zbyt wiele książek, by ktoś (w domyśle – krytyk nie-instagramowy, bo ci są w stanie omówić książkę przed jej premierą, przeczytać ich dziesiątki miesięcznie i co dwa tygodnie ogłosić którąś książką roku) był w stanie wyrobić sobie zdanie na temat większości uznanych autorów. Dla ułatwienia uznajmy, że w większości powieści chodzi o tajemnicę – czasem odkrycie, kto zabił, a czasem po prostu – kto i dlaczego solidnie namieszał w życiu swoim i innych. Czekałam na ukazanie się polskiego wydania „Wymierania Ireny Rey” Jennifer Croft z nadzieją na powieść z kluczem.

Pewnie i tak większość z nas, czytelników powieści Olgi Tokarczuk, zada sobie to pytanie – ile z Olgi jest w Irenie? Pozornie postać Tokarczuk jest znana, przynajmniej w kręgach czytających lub interesujących się polityką. Odbiorca mediów kojarzy fryzurę, twarz i emploi z bardzo obszernymi „Księgami Jakubowymi” lub powieścią zekranizowaną przez Agnieszkę Holland pod tytułem „Pokot”. Ale prywatnie niewiele o niej wiemy, w oficjalnym życiorysie mowa o mężu i dorosłym synu. Lecz Grzegorza Zygadłę znają jedynie nieliczni (i niech tak pozostanie). Jednak w głębi naszej natury skłonnej przecież do gromadzenia różnych informacji, nawet pod chwalebnymi pozorami, czai się ciekawość – czy prywatne oblicze Noblistki jest tożsame z oficjalnym, czy ma poczucie humoru, czy bliscy zwracają się do niej po imieniu, a może zdrobnieniem? Jednym słowem – fajnie byłoby wiedzieć coś więcej. A co by było, gdyby Olga była podobna do powieściowej Ireny? To byłoby po prostu straszne i ani sobie, ani wam tego nie życzę. Zatem gdy przetrawiłam w sobie miałkie i niskie pobudki i oderwałam powieściową Olgę od Ireny, mocniej skupiłam się na treści.

Sytuacja czytelników dorobku Ireny Rey nie jest prosta: otóż w wyniku niesprecyzowanej katastrofy klimatycznej dysponujemy wielce szczupłymi dowodami piśmienniczymi geniuszu Ireny Rey. Jedno z nielicznych źródeł stanowi angielski przekład wspomnień hiszpańskojęzycznej tłumaczki. A anglojęzyczna tłumaczka – Alexis Archer, jest jedną z bohaterek opisywanych wydarzeń. To zapętlenie to nie jedyny węzeł, sami bohaterowie będą rozplątywać nici, którymi omotała się ich pracodawczyni. W tym miejscu dodam, że dla narratorki – istota otaczana kultem. Strącą ją z piedestału, odkrywając nie tylko zwyczajne słabostki, ale i mistyfikacje, którymi otaczała się przez lata.

Powieściowa Irena przez lata budowała swój artystyczny wizerunek, którego elementem były zjazdy tłumaczy najważniejszych jej zdaniem języków, którzy w jednym czasie poznawali nowe dzieło autorki i wspólnie pracowali nad tłumaczeniem, co skutkowało ukazaniem się przekładów w jednym czasie. Izolacja tłumaczy od życia codziennego miała zapobiegać przeciekom i tym ściślej wiązać ich z autorką. „W przeszłości wiedzieliśmy tylko to, co sama Irena zdecydowała się nam przekazać. Miało to dla mnie sens, w końcu była autorytetem w dziedzinie swoich książek i najlepiej orientowała się w tym, co nam potrzebne, byśmy mogli wykonywać swoją pracę zgodnie z jej oczekiwaniami. Czy gdybyśmy wiedzieli więcej niż to, co niezbędne, nasze tłumaczenia stałyby się lepsze? A może tylko by je to pogorszyło?” (s. 104).

Niestety, wciąż jeszcze nazwisk tłumaczy się nie zna, często ignoruje. Być może to pokłosie pirackich wydań początku lat 90. ubiegłego wieku, gdy pomniejsze wydawnictwa zaniedbywały rzetelne informowanie czytelnika o autorstwie przekładu. Choć trudno w to uwierzyć, to wszakże jeden z najstarszych zawodów świata (pomyślcie o świętym Hieronimie) traktowany po macoszemu na płaszczyźnie ekonomicznej i w sferze prestiżu. Przypomnijmy, że dopiero od kilkunastu lat wydawnictwa zamieszczają nazwiska tłumaczy na okładkach. Sama zresztą wybieram kolejne książki do lektury, kierując się między innymi nazwiskiem tłumacza (kłaniam się w tym miejscu nisko i Annie Przedpełskiej- Trzeciakowskiej, i Adze Zano). Jesteśmy skłonni narzekać na marne tłumaczenie (tutaj sama uderzam się w pierś), lecz dopóki nie spróbujemy podjąć się tego zadania, nie zdajemy sobie sprawy, że tłumaczenie to balansowanie między głosem autora a własnym, zapewne z nieodłączną pokusą, by czasem tego autora poprawić. Jennifer Croft przekroczyła Rubikon i dołączyła do grona autorek-pisarek, należy dodać, że z bardzo dobrym skutkiem. Istotnym jest miejsce akcji, czyli Puszcza Białowieska w krytycznym momencie, w którym polityczne racje przeważały nad argumentami ekologów i pasjonatów historii. Ten moment polscy czytelnicy mają wciąż na świeżo w pamięci, wprawdzie za niecałe trzy lata przykryje je pandemia, a po kolejnych kilkunastu miesiącach wojna tocząca się blisko granic Polski, ale nie mam wątpliwości, że konflikt może rozgorzeć na nowo. Perspektywa katastrofy naturalnej łączy się ze zniknięciem Ireny, ale akcja robi woltę i wypływa na bardziej międzynarodowe wody.

Wypada wreszcie przejść do zwięzłej oceny – jak to się dobrze czyta. Powiecie: nic dziwnego – autorka z takim doświadczeniem w słowach, znająca od podszewki to rzemiosło, które przecież wymaga wyobraźni i wrażliwości na słowo, nie mogła podsunąć czytelnikowi zgniłego jaja sztucznie nadmuchanej prozy, której główną ozdobą jest nazwisko znanej tłumaczki. Podsunęła nam szaleńczą przygodę, trochę oniryczną, trochę hippisowską.

Podsumowując, „Wymieranie Ireny Rey” to trochę kryminał, trochę powieść katastroficzna, satyra. Muszę przyznać się do freudowskiej pomyłki: przekręcam tytuł na „Wymazywanie” – po pierwsze, być może czkawką odbija się lektura Thomasa Bernharda, lecz bardziej prawdopodobnie to przejęzyczenie ujawnia interpretację – bliższe od wymiaru ekologicznego jest dla mnie wymazywanie i nadpisywanie, którego dopuścili się tłumacze. Oj, drodzy autorzy – pora się bać zemsty pomijanych tłumaczy i wielbicieli, którym podkradliście historie, podsłuchaliście rozmowy. Nie wiem, czy pisarze ubawią się setnie, ale czytelnicy – na pewno tak.
Jennifer Croft: „Wymieranie Ireny Rey”. Przeł. Kaja Gucio. Wydawnictwo Pauza. Warszawa 2026.