ZAKŁAD JANKOWICZA (GRZEGORZ JANKOWICZ: 'OD-TWORZENIE. ESEJE O POTENCJALNOŚCI')
A
A
A
Czytając literaturę piękną w kontekstach biograficznych, zakładamy chyba w sposób intuicyjny i niejako naturalny, zgodny z powszechnym doświadczeniem czasu i następstwa przyczynowo-skutkowego, że tekst jest reakcją na wcześniejsze doświadczenie autorów i autorek. Dlatego szukamy w powieści czy wierszu śladów tego, co wcześniej stało się udziałem piszących, a czego tekst jest odbiciem, przetworzeniem lub przewrotnym zatarciem. Tymczasem Grzegorz Jankowicz w swojej najnowszej książce „Od-tworzenie. Eseje o potencjalności” dokonuje zaskakującego odwrócenia – interesuje go literatura jako narzędzie ustanawiania nowego życia, kształtowania tego, co dopiero ma nastąpić po napisaniu lub w trakcie pisania tekstu (choć oczywiście także w oparciu o przeszłość). Skoro tekst ma być „początkiem”, a nie końcem pewnego procesu doświadczenia, to warto również przemyśleć strukturę eseistycznej opowieści o takiej filozofii literatury. Dlatego Jankowicz otwiera swoją książkę „fragmentem zamykającym”, a zamyka – dwoma „fragmentami otwierającymi”, tym samym i własny dyskurs podporządkowuje tytułowej formule „od-tworzenia”.
Autor krąży w pomieszczonych w książce esejach wokół kilku kluczowych pojęć: tytułowej potencjalności, re-kreacji, możności; „opowiadam o kilku postaciach – pisze Jankowicz – które (…) próbowały za pośrednictwem sztuki albo zniknąć, albo zacząć wszystko od początku. Tym, co interesuje mnie najbardziej, jest powrót do stanu możności, w którym zwykłe rzeczy okazują się wystarczające, a ich (nie)zwykłość wymyka się sądom i opiera wszelkim wyrokom” (s. 10-11). Fraza „krążenie wokół pojęć” może być tu oczywiście rozumiana dosłownie, Jankowicz przyzwyczaił nas już do konsekwentnego trzymania się ram gatunkowych klasycznego eseju, więc w istocie „Od-tworzenie” nie przynosi czytelnych konkluzji i dowodów postawionych tez, raczej ciąg błyskotliwych i erudycyjnych zbliżeń do tytułowej idei obecnej w dziełach literackich, filozoficznych, malarskich i biografiach ich autorów i autorek.
Warto czytać „Od-tworzenie” na tle wcześniejszych pozycji autora, dostrzeżemy wówczas, że w kolejnych esejach Jankowicz wraca niemal obsesyjnie do pewnych dzieł i problemów. Tym razem jednak jego myśl wydaje się kierować – inaczej niż na przykład w „Bliznach” z 2019 roku – ku jaśniejszemu widzeniu relacji między sztuką i życiem. Dzieła czytane tu jako „momenty” biograficzne, są zapisem egzystencjalnej metanoi, czasem wręcz same stają się chwilą „epifanii nowego” (nie w sensie religijnym, lecz życiowym), jakby bios i logos splatały się w całość. Jankowicz płynnie przekracza granice między dziełem i życiem, nie wytycza sztucznej granicy między tymi obszarami, na równi traktując prozę fikcjonalną (lub poezję), biografię i pamiętniki czy listy. Te ostatnie są szczególnie ważne. Ramę książki tworzą dziennikowe zapisy Franza Kafki z tego samego dnia – 19 stycznia 1911 roku, w których wybrzmiewa takie właśnie marzenie o ścisłym połączeniu słowa i życia. Jankowicz cytuje zdanie autora „Procesu” o szukaniu formuły, która „kolejnymi słowami wiązałaby się z moim życiem, którą mógłbym przyciągnąć do swej piersi i która wyrwałaby mnie z mego miejsca” (s. 188). I dodaje (a jest to ostatnie zdanie książki): „Mimo upływu czasu, a może właśnie z jego powodu, zadanie to wciąż jest do podjęcia” (tamże). I brzmi to fenomenalnie w swoim optymizmie – jakby wszystkie pomieszczone tu zapisy lektur były tylko preludium do czegoś, co ma nastąpić „teraz”, po zamknięciu „Od-tworzenia”, w życiu autora i każdej osoby czytającej ten niewielki, acz gęsty i treściwy tom. W tym sensie książka Jankowicza nie jest tylko sztukmistrzowskim pokazem erudycji (choć to – jakby mogło być inaczej – tom naprawdę erudycyjny), czy popisem błyskotliwej refleksji o literaturze i filozofii (a eseje te rzeczywiście olśniewają), lecz wydaje się niemal „mądrościowym poradnikiem”, u kogo i w jaki sposób szukać inspiracji do głębokiej życiowej przemiany, procesu fundamentalnej re-kreacji własnego doświadczenia, których stawką jest mocne, dojrzałe osadzenie się w świecie. Drogą ku temu, najlepszą drogą, okazuje się oczywiście literatura: „Powieść to skrzydła gołębicy, które pozwalają nam wyrwać się z logiki własnego losu. Cała sztuka polega na tym, by na tę właściwą trafić nie w chwili śmierci, ale długo, długo przed nią” (s. 122).
Inspiracji tych szuka Jankowicz oczywiście u Kafki. Autor przyzwyczaił już do tego, że każdy kolejny tom esejów jest pogłębieniem egzegezy prozy Prażanina i za każdym razem zadziwia mnie, jak wiele jeszcze można wyczytać z tak skromnego ilościowo dorobku pisarskiego. Fenomenalnie wypada chociażby mikrologiczna interpretacja jednego ze zdań otwierających „Proces”, wtrącona jakby mimochodem scena szukania przez Józefa K. jakiegoś dokumentu, który mógłby przedstawić śledczym. Dlaczego K. wyciąga kartę rowerową? Dlaczego akt urodzenia? To prawda, szukając istotnego powodu aresztowania, pomijamy ten szczegół, tymczasem Jankowicz widzi tu klucz do rozwiązania zagadki, czym zawinił bohater powieści. I wstęp do ważnego w „Procesie” problemu: co wyznacza godność człowieka i jest gwarancją jego wolności, fakt istnienia czy zależność od instytucji państwa. Sporo także w „Od-tworzeniu” intrygujących interpretacji „Zaginionego”, Jankowicz cały czas wraca do Kafki (to jakby kolejna książka o Kafce, na którego tle pojawiają się inni autorzy, inne autorki), chciałbym jednak zwrócić uwagę na jeden z ostatnich fragmentów tomu, „Nieco inaczej”.
Jankowicz pochyla się tu nad bohaterem „Zamku”, odczytując jego status geometry na tle tradycji judaistycznej, ale też etymologii języka niemieckiego. W zaproponowanym ujęciu K. byłby geometrą-mesjaszem, który walcząc w wszechwładzą zamku, mógłby celowo ułomnie wytyczyć obszary rzeczywistości (jak mashoah linię graniczną w czasie uroczystości szabatowych), by w tym drobnym przemieszczeniu, drobnej pomyłce, ustanowić nową rzeczywistość otwartą na nowy sens. Niekoniecznie chodzi tu o świat radykalnie odmienny, jak w chrześcijańskim (choć w istocie platońskim) wyobrażeniu innego, duchowego obszaru, lecz o biblijną, obecną i w Starym (co przywołuje Jankowicz, cytując żydowskich gigantów myśli z przełomu XIX i XX wieku), i Nowym Testamencie (chociażby u św. Pawła), koncepcję świata, w którym „Wszystko będzie tak, ja teraz, tylko nieco inaczej” (słowa Giorgia Agambena cytowane na s. 139). K. swoją upartą obecnością próbuje nie wytyczyć, a naruszyć granice, by dzięki temu dokonała się metamorfoza i by świat został zalany światłem. Jankowicz posługuje się w tych fragmentach metaforyką religijną, ale odnosi się ona raczej do doświadczenia egzystencjalnego, a nie metafizycznego. Przekonuje nas jednak, w swoistym „zakładzie Jankowicza”, że choć tego „nowego” nie udało się osiągnąć nawet takim geniuszom myśli jak Kafka czy Weil, to jest ono jednak możliwe. Może stać się i naszym doświadczeniem.
Kto poza Kafką staje się przewodnikiem lub przewodniczką w drodze ku owemu „od-tworzeniu”? Max Blecher, Caravaggio (świetny esej o malarstwie, Rzymie i drodze w życiu barokowego mistrza), Jarosław Iwaszkiewicz jako autor „Powrotu Prozerpiny”, Jorge Luis Borges (Jankowicz interpretuje wiersz „Nieznana ulica”), Simone Weil, Georges Perec (kolejny bardzo ważny dla Jankowicza prozaik), Sokrates i… Wisława Szymborska z wierszem „Jacyś ludzie”. Każdy z esejów pomieszczonych w książce domagałby się osobnego opisu, tak wiele w nich intrygujących zdań i inspirujących interpretacji.
Zamiast tego chciałbym jednak zapytać – może prowokacyjnie – gdzie w tym wszystkim Grzegorz Jankowicz z własnym doświadczeniem biograficznym? Skoro jedną z ważniejszych tez książki jest ta głosząca przyległość tekstu i życia, to aż kusi, by zapytać, w jaki sposób do doświadczenia autora przenikają omawiane tu dzieła. Podczas niedawnego spotkania autorskiego w Katowicach Jankowicz został zapytany o najważniejsze książki, które wstrząsnęły nim, zmieniły ogląd świata, były ważnymi granicami ewolucji intelektualnej. Autor „Uchodźców z Ziemi Ulro” wymknął się temu pytaniu, nie podał żadnego tytułu, wskazując, że to dla niego doświadczenie tak ważne i intymne, że nigdy nie zostanie opowiedziane, tak jak wiele innych spraw życia prywatnego (np. rodzinnych). I rzeczywiście, omawiane tu eseje Jankowicza są pod tym względem nad wyraz dyskretne. Raptem dwie historie: jedna o podróży do Sanktuarium św. Łucji w Syrakuzach, jedna o trwającej kilkadziesiąt godzin rozmowie z PIO Kalińskim o „Życiu. Instrukcji obsługi” Pereca w latach młodości.
Intryguje mnie, że eseje autora tak mocno akcentują związek sztuki i życia, na przykład w zakresie zdolności tej pierwszej to zmieniania tego drugiego, wyraźnie dystansują się od formalistycznych czy czysto tekstowych (np. postmodernistycznych) szkół interpretacji, a przy tym tak niewiele dowiadujemy się z nich o kimś, kto nazywa się Grzegorz Jankowicz. Owszem, poznajemy tytana myśli, wyjątkowego eseistę, genialnego interpretatora. Czasem jednak w tej idealnej formie (wyobrażam sobie eseje Jankowicza jako bardzo precyzyjnie wypolerowaną szklaną kulę) chciałoby się zobaczyć jakąś rysę, szczelinę, przez którą przesączy się prawda biograficzna. Mam nadzieję, że autor nie potraktuje tych uwag jako zarzutu, jak najbardziej szanuję dyskrecję jego dyskursu, doceniam ją zwłaszcza w odniesieniu do emocjonalnego narcyzmu wielu dzieł nowej polskiej prozy czy eseistyki. To po prostu moje oczekiwanie, by poznać nieco bliżej autora jako człowieka, czy może krytycznoliteracka prowokacja, trudno wszak mówić tu o wadach pisarstwa Jankowicza. Bo czy może być wadą tak wysmakowana forma?
Autor krąży w pomieszczonych w książce esejach wokół kilku kluczowych pojęć: tytułowej potencjalności, re-kreacji, możności; „opowiadam o kilku postaciach – pisze Jankowicz – które (…) próbowały za pośrednictwem sztuki albo zniknąć, albo zacząć wszystko od początku. Tym, co interesuje mnie najbardziej, jest powrót do stanu możności, w którym zwykłe rzeczy okazują się wystarczające, a ich (nie)zwykłość wymyka się sądom i opiera wszelkim wyrokom” (s. 10-11). Fraza „krążenie wokół pojęć” może być tu oczywiście rozumiana dosłownie, Jankowicz przyzwyczaił nas już do konsekwentnego trzymania się ram gatunkowych klasycznego eseju, więc w istocie „Od-tworzenie” nie przynosi czytelnych konkluzji i dowodów postawionych tez, raczej ciąg błyskotliwych i erudycyjnych zbliżeń do tytułowej idei obecnej w dziełach literackich, filozoficznych, malarskich i biografiach ich autorów i autorek.
Warto czytać „Od-tworzenie” na tle wcześniejszych pozycji autora, dostrzeżemy wówczas, że w kolejnych esejach Jankowicz wraca niemal obsesyjnie do pewnych dzieł i problemów. Tym razem jednak jego myśl wydaje się kierować – inaczej niż na przykład w „Bliznach” z 2019 roku – ku jaśniejszemu widzeniu relacji między sztuką i życiem. Dzieła czytane tu jako „momenty” biograficzne, są zapisem egzystencjalnej metanoi, czasem wręcz same stają się chwilą „epifanii nowego” (nie w sensie religijnym, lecz życiowym), jakby bios i logos splatały się w całość. Jankowicz płynnie przekracza granice między dziełem i życiem, nie wytycza sztucznej granicy między tymi obszarami, na równi traktując prozę fikcjonalną (lub poezję), biografię i pamiętniki czy listy. Te ostatnie są szczególnie ważne. Ramę książki tworzą dziennikowe zapisy Franza Kafki z tego samego dnia – 19 stycznia 1911 roku, w których wybrzmiewa takie właśnie marzenie o ścisłym połączeniu słowa i życia. Jankowicz cytuje zdanie autora „Procesu” o szukaniu formuły, która „kolejnymi słowami wiązałaby się z moim życiem, którą mógłbym przyciągnąć do swej piersi i która wyrwałaby mnie z mego miejsca” (s. 188). I dodaje (a jest to ostatnie zdanie książki): „Mimo upływu czasu, a może właśnie z jego powodu, zadanie to wciąż jest do podjęcia” (tamże). I brzmi to fenomenalnie w swoim optymizmie – jakby wszystkie pomieszczone tu zapisy lektur były tylko preludium do czegoś, co ma nastąpić „teraz”, po zamknięciu „Od-tworzenia”, w życiu autora i każdej osoby czytającej ten niewielki, acz gęsty i treściwy tom. W tym sensie książka Jankowicza nie jest tylko sztukmistrzowskim pokazem erudycji (choć to – jakby mogło być inaczej – tom naprawdę erudycyjny), czy popisem błyskotliwej refleksji o literaturze i filozofii (a eseje te rzeczywiście olśniewają), lecz wydaje się niemal „mądrościowym poradnikiem”, u kogo i w jaki sposób szukać inspiracji do głębokiej życiowej przemiany, procesu fundamentalnej re-kreacji własnego doświadczenia, których stawką jest mocne, dojrzałe osadzenie się w świecie. Drogą ku temu, najlepszą drogą, okazuje się oczywiście literatura: „Powieść to skrzydła gołębicy, które pozwalają nam wyrwać się z logiki własnego losu. Cała sztuka polega na tym, by na tę właściwą trafić nie w chwili śmierci, ale długo, długo przed nią” (s. 122).
Inspiracji tych szuka Jankowicz oczywiście u Kafki. Autor przyzwyczaił już do tego, że każdy kolejny tom esejów jest pogłębieniem egzegezy prozy Prażanina i za każdym razem zadziwia mnie, jak wiele jeszcze można wyczytać z tak skromnego ilościowo dorobku pisarskiego. Fenomenalnie wypada chociażby mikrologiczna interpretacja jednego ze zdań otwierających „Proces”, wtrącona jakby mimochodem scena szukania przez Józefa K. jakiegoś dokumentu, który mógłby przedstawić śledczym. Dlaczego K. wyciąga kartę rowerową? Dlaczego akt urodzenia? To prawda, szukając istotnego powodu aresztowania, pomijamy ten szczegół, tymczasem Jankowicz widzi tu klucz do rozwiązania zagadki, czym zawinił bohater powieści. I wstęp do ważnego w „Procesie” problemu: co wyznacza godność człowieka i jest gwarancją jego wolności, fakt istnienia czy zależność od instytucji państwa. Sporo także w „Od-tworzeniu” intrygujących interpretacji „Zaginionego”, Jankowicz cały czas wraca do Kafki (to jakby kolejna książka o Kafce, na którego tle pojawiają się inni autorzy, inne autorki), chciałbym jednak zwrócić uwagę na jeden z ostatnich fragmentów tomu, „Nieco inaczej”.
Jankowicz pochyla się tu nad bohaterem „Zamku”, odczytując jego status geometry na tle tradycji judaistycznej, ale też etymologii języka niemieckiego. W zaproponowanym ujęciu K. byłby geometrą-mesjaszem, który walcząc w wszechwładzą zamku, mógłby celowo ułomnie wytyczyć obszary rzeczywistości (jak mashoah linię graniczną w czasie uroczystości szabatowych), by w tym drobnym przemieszczeniu, drobnej pomyłce, ustanowić nową rzeczywistość otwartą na nowy sens. Niekoniecznie chodzi tu o świat radykalnie odmienny, jak w chrześcijańskim (choć w istocie platońskim) wyobrażeniu innego, duchowego obszaru, lecz o biblijną, obecną i w Starym (co przywołuje Jankowicz, cytując żydowskich gigantów myśli z przełomu XIX i XX wieku), i Nowym Testamencie (chociażby u św. Pawła), koncepcję świata, w którym „Wszystko będzie tak, ja teraz, tylko nieco inaczej” (słowa Giorgia Agambena cytowane na s. 139). K. swoją upartą obecnością próbuje nie wytyczyć, a naruszyć granice, by dzięki temu dokonała się metamorfoza i by świat został zalany światłem. Jankowicz posługuje się w tych fragmentach metaforyką religijną, ale odnosi się ona raczej do doświadczenia egzystencjalnego, a nie metafizycznego. Przekonuje nas jednak, w swoistym „zakładzie Jankowicza”, że choć tego „nowego” nie udało się osiągnąć nawet takim geniuszom myśli jak Kafka czy Weil, to jest ono jednak możliwe. Może stać się i naszym doświadczeniem.
Kto poza Kafką staje się przewodnikiem lub przewodniczką w drodze ku owemu „od-tworzeniu”? Max Blecher, Caravaggio (świetny esej o malarstwie, Rzymie i drodze w życiu barokowego mistrza), Jarosław Iwaszkiewicz jako autor „Powrotu Prozerpiny”, Jorge Luis Borges (Jankowicz interpretuje wiersz „Nieznana ulica”), Simone Weil, Georges Perec (kolejny bardzo ważny dla Jankowicza prozaik), Sokrates i… Wisława Szymborska z wierszem „Jacyś ludzie”. Każdy z esejów pomieszczonych w książce domagałby się osobnego opisu, tak wiele w nich intrygujących zdań i inspirujących interpretacji.
Zamiast tego chciałbym jednak zapytać – może prowokacyjnie – gdzie w tym wszystkim Grzegorz Jankowicz z własnym doświadczeniem biograficznym? Skoro jedną z ważniejszych tez książki jest ta głosząca przyległość tekstu i życia, to aż kusi, by zapytać, w jaki sposób do doświadczenia autora przenikają omawiane tu dzieła. Podczas niedawnego spotkania autorskiego w Katowicach Jankowicz został zapytany o najważniejsze książki, które wstrząsnęły nim, zmieniły ogląd świata, były ważnymi granicami ewolucji intelektualnej. Autor „Uchodźców z Ziemi Ulro” wymknął się temu pytaniu, nie podał żadnego tytułu, wskazując, że to dla niego doświadczenie tak ważne i intymne, że nigdy nie zostanie opowiedziane, tak jak wiele innych spraw życia prywatnego (np. rodzinnych). I rzeczywiście, omawiane tu eseje Jankowicza są pod tym względem nad wyraz dyskretne. Raptem dwie historie: jedna o podróży do Sanktuarium św. Łucji w Syrakuzach, jedna o trwającej kilkadziesiąt godzin rozmowie z PIO Kalińskim o „Życiu. Instrukcji obsługi” Pereca w latach młodości.
Intryguje mnie, że eseje autora tak mocno akcentują związek sztuki i życia, na przykład w zakresie zdolności tej pierwszej to zmieniania tego drugiego, wyraźnie dystansują się od formalistycznych czy czysto tekstowych (np. postmodernistycznych) szkół interpretacji, a przy tym tak niewiele dowiadujemy się z nich o kimś, kto nazywa się Grzegorz Jankowicz. Owszem, poznajemy tytana myśli, wyjątkowego eseistę, genialnego interpretatora. Czasem jednak w tej idealnej formie (wyobrażam sobie eseje Jankowicza jako bardzo precyzyjnie wypolerowaną szklaną kulę) chciałoby się zobaczyć jakąś rysę, szczelinę, przez którą przesączy się prawda biograficzna. Mam nadzieję, że autor nie potraktuje tych uwag jako zarzutu, jak najbardziej szanuję dyskrecję jego dyskursu, doceniam ją zwłaszcza w odniesieniu do emocjonalnego narcyzmu wielu dzieł nowej polskiej prozy czy eseistyki. To po prostu moje oczekiwanie, by poznać nieco bliżej autora jako człowieka, czy może krytycznoliteracka prowokacja, trudno wszak mówić tu o wadach pisarstwa Jankowicza. Bo czy może być wadą tak wysmakowana forma?
Grzegorz Jankowicz: „Od-tworzenie. Eseje o potencjalności”. Lokator. Kraków 2025.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

