KOMIKSOWA AUTOTERAPIA (NASZ MAŁY SEKRET. GRAFICZNY PAMIĘTNIK EMILY CARRINGTON)
A
A
A
Po Paszporcie „Polityki” dla Jacka Świdzińskiego (2024) i finale Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego w tym samym roku dla „Kronik ze Stambułu” Ersina Karabuluta szansę na drugie z tych wyróżnień ma teraz polskie wydanie „Naszego małego sekretu” (w oryginale opublikowanego w 2022). Cieszą takie przebicia się komiksowego medium do nurtu kojarzonego zwykłe z literaturą niekomiksową, choć przy całym docenieniu niewątpliwych zalet debiutu Emily Carrington warto dostrzec też jego mniej przekonujące strony (czasem strony rozumiane dosłownie).
„Nasz mały sekret”, rysowany dość prostą czarno-białą kreską, podzielony został na dwie części. Pierwsza za nich dotyczy lat 80., kiedy Emily, po rozstaniu rodziców oraz wyjeździe matki i brata, wychowywana jest przez ojca, zdecydowanie „ekscentrycznego” (i to zdecydowany eufemizm użyty też w komiksie [zob. s. 6]). Kanadyjska Wyspa Księcia Edwarda stanie się scenerią koszmarnych przejść Emily, molestowanej przez znacznie starszego sąsiada (czemu ironii dodaje, pewnie nie tylko moje, natychmiastowe skojarzenie tej lokalizacji z powieściami Lucy Maud Montgomery o zupełnie innych losach nastoletnich dziewcząt).
Ta część się debiutującej autorce udała. Oczywiście o ile ktoś jest w stanie znieść (poprzedzone ostrzeżeniem na początku całego tomu) brutalne opisy tego, co bohaterkę spotyka. Na tle codzienności – zmieniających się pór roku, opieki nad ukochanymi zwierzętami, ale też udręk życia w trudnym ojcem – pokazano rzeczy straszne, równocześnie analizując je w celu nie tylko lepszego zrozumienia, co się stało, ale też edukowania, przestrzegania innych. Rozpisała i rozrysowała autorka choćby kolejne etapy groomingu, następnie jeszcze raz je przypominając (zob. s. 108). Skupiła się na towarzyszącym ofierze poczuciu winy, nie unikając też rozważań na temat myśli samobójczych oraz wyliczając powody, dlaczego koszmar nie kończy się w momencie zniknięcia oprawcy z horyzontu. Formalnie świetnym pomysłem okazało się rozpoczęcie od wielkiej muchy (zob. s. 5), a także celowe nierysowanie samych scen gwałtu. Zastanawiam się jednak, czemu autorka szybko „nadała” Richardowi twarz: okładka z jego czarną sylwetką w drzwiach i białymi pustymi oczami oraz pierwsze kadry z pokazaniem oprawcy w komiksie, gdy jest jeszcze człowiekiem z bazgrołami zamiast twarzy, są znacznie bardziej przerażające niż jego późniejsza, nawet dość paskudna konkretyzacja.
Część druga zaczyna się wstrząsem: Emily po dekadach widzi na promie swojego prześladowcę. 15 lipca 2010 roku stanie się impulsem do wieloletniego szukania odpowiedzi na pytanie: „Czy takie życie naprawdę mogłoby komuś zrujnować psychikę?” (s. 15). I przypomnieniem, że trauma działa nawet „dekady później i tysiące mil dalej” (s. 21). Kobieta zacznie analizować to, jak przez swoje dorosłe życie wciąż powtarzała schemat znany z relacji z Richardem, a potem spróbuje wyjść z tego impasu. I poszukać sprawiedliwości, zderzając się jednak raz za razem z systemem prawnym, który jej to uniemożliwi. Będzie się czuła jak w monomicie, o którym dowie się na komiksowym kursie, ale stwierdzi wbrew konwencji: „W tej opowieści główny bohater ponosi porażkę” (s. 191). Jednak właśnie tworzenie komiksowego pamiętnika ma stać się alternatywnym, innym niż sądowe, zwycięstwem.
W dyskusji, czy opowieści autobiograficzne można krytykować za formę, nie zatrzymując się na docenieniu „prawdy przeżycia”, bliżej mi do stanowiska, że owszem: nie powinno się całkiem odpuszczać oceny wykonania dlatego, że artystyczny kształt ktoś nadał akurat swoim traumom. Stąd, doceniając wagę przedstawienia w komiksie nie tylko przebiegu zdarzeń, ale też dotyczących przemocy seksualnej statystyk (zob. s. 195) oraz pomysłów, co zrobić, by poprawić sytuację (zob. s. 202-204), muszę stwierdzić, że „Nasz mały sekret” nie jest komiksem trzymającym równy wysoki poziom. I zwłaszcza w jego drugiej części to, co przekonuje, przeplata się z mniej fortunnymi pomysłami.
Przede wszystkim im dalej, tym częściej Carrington się powtarza – i nie zawsze można to uzasadnić niemożnością uwolnienia się od trudnych przejść. Zbyt często też streszcza to, co już wiemy. Poza tym w tej części koncentruje się na stanach psychicznych, często przez ich rysunkowe udosłownienie. I o ile pomysłowo udało się pokazać dźwigany na barkach ciężar tytułowego sekretu jako coraz większy kamień, to już obszerne zilustrowanie zgubionej życiowej drogi, czucia się niczym w studni czy w jaskini oraz spotkania ze zranioną wersją siebie poprzez banalność tych wizji nie razi tak, jak powinno – nawet jeśli opowiada o faktycznych krokach na drodze do wyzdrowienia. W całym komiksie dwa razy wybiła mnie też z przeżywania losów Emily nieuważna korekta polskiego wydania, najpierw we fragmencie: „Ale mojego ostatniego dziecięcego lata jako nie spędziłam, tylko pracując” (s. 50), a potem w bardzo istotnym momencie, gdy bohaterka wspomina swoje niechciane kontakty seksualne z różnymi mężczyznami – bo w zdaniu jest powtórzenie „nawet”, a zabrakło przecinka i, przede wszystkim, potrzebnego tu chyba słowa „nie” przed „czułam”: „Nawet było lepiej gdy byłam wtedy pijana, bo nawet czułam, co mi robią” (s. 115).
Mimo pewnych artystycznych czy kompozycyjnych niedociągnięć ten tom osiąga założone cele, skoro miał chyba przede wszystkim pełnić funkcje edukacyjne i profilaktyczne oraz stać się kolejną formą autoterapii – co jest wprost w „Nasz mały sekret” wpisane, bo w wątku metakomiksowym towarzyszymy autorce w pracy koncepcyjnej i emocjonalnej nad tym graficznym pamiętnikiem. Jeśli więc momentami narracja czy forma zawodzą, to i tak debiut Emily Carrington sprawdza się jako dowód odwagi i wytrwałości oraz przykład wykorzystania komiksowego medium do odzyskania kontroli nad własnym życiem.
„Nasz mały sekret”, rysowany dość prostą czarno-białą kreską, podzielony został na dwie części. Pierwsza za nich dotyczy lat 80., kiedy Emily, po rozstaniu rodziców oraz wyjeździe matki i brata, wychowywana jest przez ojca, zdecydowanie „ekscentrycznego” (i to zdecydowany eufemizm użyty też w komiksie [zob. s. 6]). Kanadyjska Wyspa Księcia Edwarda stanie się scenerią koszmarnych przejść Emily, molestowanej przez znacznie starszego sąsiada (czemu ironii dodaje, pewnie nie tylko moje, natychmiastowe skojarzenie tej lokalizacji z powieściami Lucy Maud Montgomery o zupełnie innych losach nastoletnich dziewcząt).
Ta część się debiutującej autorce udała. Oczywiście o ile ktoś jest w stanie znieść (poprzedzone ostrzeżeniem na początku całego tomu) brutalne opisy tego, co bohaterkę spotyka. Na tle codzienności – zmieniających się pór roku, opieki nad ukochanymi zwierzętami, ale też udręk życia w trudnym ojcem – pokazano rzeczy straszne, równocześnie analizując je w celu nie tylko lepszego zrozumienia, co się stało, ale też edukowania, przestrzegania innych. Rozpisała i rozrysowała autorka choćby kolejne etapy groomingu, następnie jeszcze raz je przypominając (zob. s. 108). Skupiła się na towarzyszącym ofierze poczuciu winy, nie unikając też rozważań na temat myśli samobójczych oraz wyliczając powody, dlaczego koszmar nie kończy się w momencie zniknięcia oprawcy z horyzontu. Formalnie świetnym pomysłem okazało się rozpoczęcie od wielkiej muchy (zob. s. 5), a także celowe nierysowanie samych scen gwałtu. Zastanawiam się jednak, czemu autorka szybko „nadała” Richardowi twarz: okładka z jego czarną sylwetką w drzwiach i białymi pustymi oczami oraz pierwsze kadry z pokazaniem oprawcy w komiksie, gdy jest jeszcze człowiekiem z bazgrołami zamiast twarzy, są znacznie bardziej przerażające niż jego późniejsza, nawet dość paskudna konkretyzacja.
Część druga zaczyna się wstrząsem: Emily po dekadach widzi na promie swojego prześladowcę. 15 lipca 2010 roku stanie się impulsem do wieloletniego szukania odpowiedzi na pytanie: „Czy takie życie naprawdę mogłoby komuś zrujnować psychikę?” (s. 15). I przypomnieniem, że trauma działa nawet „dekady później i tysiące mil dalej” (s. 21). Kobieta zacznie analizować to, jak przez swoje dorosłe życie wciąż powtarzała schemat znany z relacji z Richardem, a potem spróbuje wyjść z tego impasu. I poszukać sprawiedliwości, zderzając się jednak raz za razem z systemem prawnym, który jej to uniemożliwi. Będzie się czuła jak w monomicie, o którym dowie się na komiksowym kursie, ale stwierdzi wbrew konwencji: „W tej opowieści główny bohater ponosi porażkę” (s. 191). Jednak właśnie tworzenie komiksowego pamiętnika ma stać się alternatywnym, innym niż sądowe, zwycięstwem.
W dyskusji, czy opowieści autobiograficzne można krytykować za formę, nie zatrzymując się na docenieniu „prawdy przeżycia”, bliżej mi do stanowiska, że owszem: nie powinno się całkiem odpuszczać oceny wykonania dlatego, że artystyczny kształt ktoś nadał akurat swoim traumom. Stąd, doceniając wagę przedstawienia w komiksie nie tylko przebiegu zdarzeń, ale też dotyczących przemocy seksualnej statystyk (zob. s. 195) oraz pomysłów, co zrobić, by poprawić sytuację (zob. s. 202-204), muszę stwierdzić, że „Nasz mały sekret” nie jest komiksem trzymającym równy wysoki poziom. I zwłaszcza w jego drugiej części to, co przekonuje, przeplata się z mniej fortunnymi pomysłami.
Przede wszystkim im dalej, tym częściej Carrington się powtarza – i nie zawsze można to uzasadnić niemożnością uwolnienia się od trudnych przejść. Zbyt często też streszcza to, co już wiemy. Poza tym w tej części koncentruje się na stanach psychicznych, często przez ich rysunkowe udosłownienie. I o ile pomysłowo udało się pokazać dźwigany na barkach ciężar tytułowego sekretu jako coraz większy kamień, to już obszerne zilustrowanie zgubionej życiowej drogi, czucia się niczym w studni czy w jaskini oraz spotkania ze zranioną wersją siebie poprzez banalność tych wizji nie razi tak, jak powinno – nawet jeśli opowiada o faktycznych krokach na drodze do wyzdrowienia. W całym komiksie dwa razy wybiła mnie też z przeżywania losów Emily nieuważna korekta polskiego wydania, najpierw we fragmencie: „Ale mojego ostatniego dziecięcego lata jako nie spędziłam, tylko pracując” (s. 50), a potem w bardzo istotnym momencie, gdy bohaterka wspomina swoje niechciane kontakty seksualne z różnymi mężczyznami – bo w zdaniu jest powtórzenie „nawet”, a zabrakło przecinka i, przede wszystkim, potrzebnego tu chyba słowa „nie” przed „czułam”: „Nawet było lepiej gdy byłam wtedy pijana, bo nawet czułam, co mi robią” (s. 115).
Mimo pewnych artystycznych czy kompozycyjnych niedociągnięć ten tom osiąga założone cele, skoro miał chyba przede wszystkim pełnić funkcje edukacyjne i profilaktyczne oraz stać się kolejną formą autoterapii – co jest wprost w „Nasz mały sekret” wpisane, bo w wątku metakomiksowym towarzyszymy autorce w pracy koncepcyjnej i emocjonalnej nad tym graficznym pamiętnikiem. Jeśli więc momentami narracja czy forma zawodzą, to i tak debiut Emily Carrington sprawdza się jako dowód odwagi i wytrwałości oraz przykład wykorzystania komiksowego medium do odzyskania kontroli nad własnym życiem.
„Nasz mały sekret. Graficzny pamiętnik Emily Carrington” („Our Little Secret: A Graphic Memoir By Emily Carrington”). Tłumaczenie: Wojciech Jędrak. timof comics. Warszawa 2025.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

