ISSN 2658-1086

1 maja 9 (537) / 2026

Anna Słania,

RELACJA Z PEWNEGO KOŃCA (OMAR EL AKKAD: 'KTÓREGOŚ DNIA OKAŻE SIĘ, ŻE WSZYSCY OD ZAWSZE BYLI PRZECIWKO')

A A A
„Któregoś dnia okaże się, że wszyscy od zawsze byli przeciwko” Omara El Akkada nie robi niczego, aby przypodobać się zachodniemu czytelnikowi – najtrafniej bowiem można by opisać tę książkę jako antyzachodni manifest. Dlaczego zatem na tym samym Zachodzie stała się hitem? Odpowiedź jest prosta – bo doszliśmy do ściany, w starciu z którą często trudno znaleźć odpowiednie słowa. El Akkad nie tylko je znajduje – doskonale opowiada i, co ważniejsze, stawia właściwe pytania, pomagające nawigować po rzeczywistości, w której cały świat staje się świadkiem ludobójstwa. Amerykańsko-kanadyjski dziennikarz egipskiego pochodzenia (korzenie mają tu ogromne znaczenie) z nienachalną erudycją i intuicją ostrą jak brzytwa kreśli na wskroś antyzachodni wywód. Dekonstruuje, wytyka, oskarża, diagnozuje, boi się i wścieka, ponieważ z cierpieniem na niewyobrażalną skalę najzwyczajniej nie można się pogodzić ani przejść nad nim do porządku dziennego, jeśli mamy jakiekolwiek sumienie. „Któregoś dnia…” pomaga ten rachunek sumienia wykonać i nie dba o idący za tym dyskomfort. Bo kiedy go czuć, jeśli nie w obliczu ludobójstwa?

Systemowa antymoralność Zachodu z perspektywy nie-człowieka

„Któregoś dnia…” przekonuje do siebie zachodniego odbiorcę dlatego, że w zawartej tu refleksji nie znajdujemy żadnego fałszu. El Akkad, urodzony w Egipcie, dorastający w Katarze, w wieku szesnastu lat emigrujący do Kanady, a obecnie mieszkający w USA, mówi z perspektywy człowieka nie-białego, który zawsze był i będzie traktowany jako „inny”, jako potencjalne zagrożenie, jako życie mniej warte niż to białe. O Zachodzie pisze tak: „Wiedziałem, że nic z tego nie powstało z myślą o mnie, ale mogłem się tam urządzić, zadomowić” (s. 38). To człowiek, który w rzeczywistości po 11 września 2021 roku musiał na każdym kroku liczyć się z tym, że ostatecznie to kolor jego skóry i brzmienie jego nazwiska w optyce ludzi Zachodu będą znajdowały się niebezpiecznie blisko największego zagrożenia, jakie rzekomo widział XXI wiek, czyli terroryzmu. Należy zatem do kategorii tych, których należy się bać i których skrzywdzić można bardziej: „Barbarzyńcy podżegają – cywilizowani są zmuszeni odpowiedzieć. Punkt wyjścia historii zawsze można przesunąć, tak by jedna strona zawsze była tą atakującą, a druga zawsze uprawnioną do reakcji” (s. 29).

El Akkad przez lata wojny z terroryzmem łudził się, że polityka USA i całego tzw. kolektywnego Zachodu, pomimo jawnej pogardy dla południowej części globu, może jeszcze skrywać jakieś wartości, pobudki etyczne, sumienie. Złudzenia pogrzebało ludobójstwo w Strefie Gazy, w pełni popierane i legitymizowane przez ten sam Zachód, który autor, pomimo świadomości stania się człowiekiem drugiej kategorii, wybrał na swój dom. Dziś nie ma już złudzeń: ta część świata, która uważa się za globalnego strażnika praw człowieka i wszelkich cnót, w istocie przestała udawać, że jakiekolwiek wartości jeszcze wyznaje, a jeśli o czyjś interes dba, to wyłącznie o swój własny – król jest nagi, a społeczeństwo nie potrafi tego przeprocesować. Jak opisuje autor: „Od kiedy pamiętam, właśnie to wspomnienie stanowiło kotwicę dla mojego nadrzędnego spojrzenia na polityczną podłość: efemeryczna relacja zarówno z prawem stanowionym, jak i pryncypiami. Zasady, normy społeczne, moralność, rzeczywistość jako taka: wszystkie istnieją tylko dopóty, dopóki ich istnienie służy utrzymaniu władzy. W przeciwnym razie, tak jak wszystko inne, są zbędne” (s. 20). Takie postawienie sprawy prowadzi go do prostej i jednocześnie przerażającej konstatacji: w kapitalistycznej, liberalnej demokracji zabrakło miejsca dla człowieka. A przynajmniej dla tego człowieka, który nie wpisuje się w partykularne interesy elit tworzących ów system: „Z czasem nauczyłem się, że cechą upadających społeczeństw jest wymaganie, by zawsze mieć przy sobie ważny powód istnienia” (s. 19). To punkt wyjścia, od którego nie można abstrahować.

Autor pyta: „Jaką legitymację etyczną ma system, w którym pozostaje nam tylko nadzieja, że najbardziej uprzywilejowana warstewka społeczeństwa globalnego uzna: zamordowano już wystarczająco dużo dzieci, żeby skłonić nas do wybrania kuskusu innej marki? Stwierdzi, że schwytano i potopiono wystarczająco wielu migrantów, żeby dane miejsce nie wydawało się już idealnym celem wakacyjnych wyjazdów? Że los dzieci z Konga ma większe znaczenie niż chęć produkowania coraz lepszych smartfonów?” (s. 183). Odpowiedź jest oczywista: absolutnie żadną. I jeśli chcemy ocalić się od całkowitego przeżarcia cynizmem, który polityka imperialistyczna bezpardonowo legitymizuje, nie możemy dać sobie wmówić, że jest inaczej. Sam El Akkad przyznaje, że wielokrotnie przesuwał granicę swojej tolerancji, percepcji i nadziei dla tzw. zachodniego systemu wartości (jeśli coś takiego kiedykolwiek istniało). Ostatecznie stwierdza jednak: „Utrzymanie wiary w to, co powszechnie nazywa się porządkiem opartym na regułach, wymaga pewnej odporności na rozczarowanie” (s. 32). A nasza odporność została wystawiona na najwyższą próbę, która zasadniczo prowadzić może w dwie strony: przyzwolenia i apatii lub oporu.

Na salonach zapada niezręczna cisza – dziennikarstwo i sztuka wobec ludobójstwa

W świetle powyższych konstatacji zdziwienia nie wzbudzi fakt, iż autor „Któregoś dnia…” nie pozostawia suchej nitki także na przedstawicielach elit innych niż polityczne – na dziennikarzach i artystach. Krytyka jest żarliwa – wszak to jego środowisko zawodowe, w którym funkcjonuje od ponad dwudziestu lat. El Akkad zauważa, że mit tzw. profesjonalnego, czyli (rzekomo) bezstronnego, obiektywnego dziennikarstwa nosi w swoim wnętrzu głębokie etyczne zaniedbanie. Jak można być bezstronnym, kiedy tysiące ludzi giną w ludobójstwie? Jakiej intelektualnej ekwilibrystyki trzeba dokonać, aby w tej sytuacji znaleźć jakąś symetrię, równoważne racje? „Przytaczanie jednego stanowiska, a potem drugiego, dawanie czytelnikowi wolnej ręki w podjęciu decyzji to kompletnie chybiona strategia w starciu z działaniem w złej wierze” (s. 49) – stwierdza. Za kompletnie bezzasadne i szkodliwe uważa niekończące się debaty na temat języka relacjonowania ludobójstwa w zachodnim mainstreamie medialnym – jak ludobójstwo można relacjonować „neutralnym” językiem? Po co w takim razie to pojęcie w ogóle powstało?

„Język nigdy nie wystarcza. Jest zbyt mało pojemny, żeby mógł autentycznie odzwierciedlać życie. W tym sensie to, czy nasze opowieści krzepią czy ranią, zależy nie od tego, czy wybierzemy właściwe słowa, ale od naszego dystansu od potencjalnie właściwych słów. To nie jest żadna abstrakcja, ale całkiem prawdziwa oznaka władzy: przywilej opisywania czegoś wymijająco, niepełnie, nieszczerze jest nieodłącznie związany z przywilejem odwracania wzroku” (s. 79) – pisze autor „Któregoś dnia…” . Krytykuje zatem podwójne standardy w języku relacji, który uparcie zaciera dynamikę agresora i ofiary, zniekształca skalę tragedii, nie dba o szeroki kontekst i prowadzi do złudnego przekonania, jakoby „konflikt izraelsko-palestyński był zbyt skomplikowany”, żeby go zrozumieć, a co dopiero, żeby go sensownie rozwiązać (może w takiej logice, dla niektórych, ludobójstwo naprawdę jest choć trochę sensowne?). O długofalowych skutkach takich narracji pisze następująco: „To bezpośredni łańcuch konsekwencji: od budynków, które zawalają się w tajemniczych okolicznościach, i ludzi, których życie w równie tajemniczych okolicznościach się kończy, do sympatycznego liberała, który wychował się na takich narracjach, więc teraz może tylko wzruszyć ramionami i stwierdzić: Tak, to bardzo przykre, ale wiesz, to takie skomplikowane” (s. 81). W takich warunkach trudno oprzeć się wrażeniu, że społeczna i etyczna odpowiedzialność dziennikarska w zachodnim mainstreamie abdykowała razem z powiązanymi z nią politykami i całą kapitalistyczną machiną, która z dziennikarstwa uczyniła biznes żerujący na cierpieniu.

El Akkad krytykuje także literatów, od których w czasie ludobójstwa oczekiwałby jakiejkolwiek cywilnej odwagi, a nie milczenia albo, oburzającego go znacznie bardziej, moralizatorskiego, centrystycznego „stawania po środku” i bronienia stanowiska, jakoby „zbyt zdecydowana” reakcja miał zaszkodzić sztuce. Jaka w takim razie jest jej funkcja? Autor doskonale zna takie postawy – ci sami artyści, kiedy będzie już „po wszystkim”, z chęcią to samo ludobójstwo wykorzystają, bez widma konsekwencji: „Owszem, do ludobójstwa dochodzi teraz, ale później będzie dużo czasu, żeby napisać bardzo wzruszające historie o kształcie i odcieniu kości” (s. 114). Jednocześnie jest w pełni świadomy, z czego takie postawy wynikają – nie funkcjonują bowiem w żadnej uduchowionej próżni, tylko w tym samym systemie, który ludobójstwo umożliwił. Wie zatem, że mało które elity, czy to artystyczne, czy polityczne, zrezygnują z własnego komfortu i przywileju, aby zabrać głos w sprawie, która ich „nie dotyczy”, a przez którą zagrożone zostałyby ich interes ekonomiczny i reputacja: „(…) czasami wpływowe jednostki popełniają, akceptują lub finansują niewyobrażalne okrucieństwa, a każda organizacja, która wyżej stawia przyjmowanie pieniędzy niż potępienie zła, nie jest już instytucją kultury. Staje się pralnią brudnej reputacji, tyle że z oczytanym zarządem” (s. 117).

Z beznadziei nadzieja – o sensie oporu

Z perspektywy białego obywatela świata zachodniego może wydawać się, że to „lewacka”, w dodatku arabska, histeria. El Akkad doskonale wie, jak takie apele są odbierane. Wierzy jednak, że obecna sytuacja wielu zmusiła do skonfrontowania się z rzeczywistością i spojrzenia w lustro. Pisze: „Nie, nic okropnego nie czeka na ciebie w jakiejś bliżej nieokreślonej przyszłości, ale uświadom sobie, że coś okropnego dzieje się z tobą teraz. Każą ci zabić jakąś część siebie, która w innych warunkach krzykiem sprzeciwiałaby się niesprawiedliwości. Każą ci rozmontować mechanizm sprawnie działającego sumienia. Co z tego, że ze względów dyplomatycznych wolą, żebyś zignorował widok rozczłonkowanych dzieci? Co z tego, że geograficzny dystans od zakrwawionego centrum wydarzeń pozwala ci zachować nieświadomość? Nie musisz się litować, nie musisz nawet przejmować się zmarłymi, jeśli nie chcesz, ale walcz przynajmniej o swoją duszę” (s. 99). Autor koncentruje się przede wszystkim na oporze poprzez negację. Uważa, że system oparty na ciągłej konsumpcji i z gruntu bezideowy nie potrafi sobie wyobrazić, że społeczeństwo mogłoby w tym pustym przedsięwzięciu przestać uczestniczyć. Dlatego tak wielkie oburzenie, a wręcz oskarżenia o, a jakże, terroryzm gospodarczy wzbudził w Stanach Zjednoczonych szeroko zakrojony bojkot konsumencki.

W obliczu takiej moralnej kompromitacji El Akkad nie ma wątpliwości, że otrzeźwienie i opór muszą zaistnieć oddolnie. I przekonuje, że to się wydarza – tam, gdzie system nie wie, jak reagować na bojkot; gdzie studenci rezygnują z własnych perspektyw, okupując uniwersytet; gdzie dziennikarz agituje przeciwko milczeniu; gdzie pisarka używa słów zgodnie z ich pierwotnym znaczeniem; gdzie edukacja zwycięża stereotypy obrosłe w doprowadzony do absurdu strach. Na pozór niewidoczne akty oporu mają miejsce każdego dnia na całym świecie, a „każde zakłócenie normalności ma sens, gdy za normalność uchodzi ludobójstwo” (s. 183).
Omar El Akkad: „Któregoś dnia okaże się, że wszyscy od zawsze byli przeciwko”. Przeł. Agata Ostrowska. Wydawnictwo Obroty [imprint Wydawnictwa ArtRage]. Warszawa 2026.