STAWISZYŃSKI WCIĄŻ W FORMIE, BO WCIĄŻ W DYSONANSIE (TOMASZ STAWISZYŃSKI: 'ĆWICZENIA Z DYSONANSU')
A
A
A
Jako doradca filozoficzny z wykształcenia z ogromną satysfakcją patrzę na wszystkie aktywności, które popularyzują nie tyle filozofię, ile filozofowanie jako praktykę służącą nam w codziennym życiu. Moim zdaniem jednym z tuzów tego typu aktywności jest Tomasz Stawiszyński. Pokazuje on za pośrednictwem swojej działalności ogromną wartość namysłu i refleksji. Stawiszyńskiego możemy spotkać w esejach do gazet (obecnie w „Tygodniku Powszechnym”), w podcaście „Skądinąd”, w archiwalnych audycjach radiowych (np. „Godzina filozofów” czy „Kwadrans filozoficzny”), licznych wywiadach, a także cieszących się dużym zainteresowaniem książkach (np. „Powrót fatum”, „Ucieczka od bezradności”, „Co robić przed końcem świata”, „Reguły na czas chaosu”). Jego najnowszą publikacją są „Ćwiczenia z dysonansu”.
Książka to w zasadzie zbiór wcześniej publikowanych tekstów, o czym pisze we wstępie autor: „Niniejsza książka zawiera wybór felietonów publikowanych na łamach »Tygodnika Powszechnego« w latach 2021-2025 (pomiędzy tekstami w książce a tymi opublikowanymi w czasopiśmie mogą występować niewielkie różnice w związku redakcyjnymi zmianami, poprawkami i uzupełnieniami)” (s. 14). Ze stu pięćdziesięciu artykułów w książce znalazło się dziewięćdziesiąt. Wyjątkiem jest ostatni, napisany na poczet publikacji, tytułowy, zamykający „Ćwiczenia…” tekst, którego ze względu na nieco większą objętość nie można nazwać felietonem. Również pozostałych artykułów nie sposób zaklasyfikować w stu procentach do tego gatunku, ze względu na mniejszą, niż sugerowałyby felietonowe konwencje, obecność autora w ich narracji. Zwraca na to uwagę sam Stawiszyński: „W moich felietonach proporcje rozkładają się nieco inaczej. Staram się w nich zanadto nie bywać, nie odsłaniać się, nie stawiać siebie na widoku. Bardziej interesują mnie kwestie społeczne, religijne, filozoficzne, kulturowe, metafizyczne. Oczywiście, są to bez wyjątku teksty pisane z mojej własnej perspektywy, mojego indywidualnego punktu widzenia” (s. 15).
Cytat ten pokazuje również szeroki wachlarz poruszanej tematyki. Autor często wychodzi od aktualnych wydarzeń, lecz stara się zawsze dojść do ogólnych problemów i pytań, które wymagają przemyślenia. Dla przykładu refleksja o nowych wydaniach książek Agathy Christie dąży do wywodu na temat wolności artystycznej i cenzury. Z kolei tekst poświęcony dziennikarce Ewie Wanat ma na celu rozważyć zagadnienie wolności w myśleniu. Pojawia się też ciekawe spojrzenie na konflikt wokół osoby Jana Pawła II, który w rozmaitych narracjach wydaje się mieć dwie odrębne, wzajemnie wykluczające się osobowości. Punkty wyjścia do rozważań są zdecydowanie „z innych parafii” – teorie spiskowe, pandemia COVID-19, inwazja Rosji na Ukrainę, działalność zespołu Depeche Mode, ulubiona księgarnia autora, mniej lub bardziej ambitne kino i literatura, rozmaite światopoglądy, rozwój technologiczny, a także tak zwane „solówki”, czyli ustawiane bijatyki dzieciaków po szkole, które były obecne w czasach dziecięcych samego autora. To tylko niektóre zagadnienia, a o innych mógłbym jeszcze długo pisać, zwiększając rozmiar niniejszej recenzji do niemożliwości. Zatrzymam się jednak w tym miejscu, kwitując to prostym podsumowaniem: jest różnorodnie, zaskakująco, refleksyjnie i intrygująco.
Przyznam szczerze, że bardzo obawiałem się lektury „Ćwiczeń…”, ponieważ po „Powrocie fatum” czułem duży niedosyt. W moim odczuciu w poprzedniej książce Stawiszyński nieco odpuścił swoje krytyczno-filozoficzne zacięcie. Próbował w niej odpowiedzieć na to, jaki światopogląd może uporządkować naszą rzeczywistość, zestawiając ze sobą chrześcijaństwo, naukę i ezoteryzm. W tym pojedynku wygrywa to pierwsze, lecz uderzyło mnie to, jak alternatywne duchowości zostały pobieżnie i wybiórczo potraktowane. Werdykt mógłby być odmienny, gdyby zostały uwzględnione inne, popularne dzisiaj optyki (choćby koncepcja Davida R. Hawkina i jego Mapa Poziomów Świadomości). W publikacji dało się wyczuć coś jakby zmęczenie po wielu latach intensywnych refleksji i chęć dookreślenia jakiegoś stanowiska, aby móc trochę odpocząć od rozważań w obranym temacie. To reakcja jak najbardziej ludzka, jednak nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że filozofowi powoli kończy się dobra forma w formule, którą tak u niego cenię. Żeby była jednak jasność: „Powrót fatum” to wciąż bardzo dobra książka, lecz sam myśliciel ustawił sobie po prostu wysoko poprzeczkę. Inny autor mógłby za taki poziom dostać w moich oczach wysoką notę.
Nie jestem czytelnikiem „Tygodnika Powszechnego”, stąd nie miałem możliwości na bieżąco sprawdzać, jak bardzo myliłem się odnośnie formy Stawiszyńskiego. Okazuje się, że wciąż potrafi on w świetny sposób wykorzystywać swoje kompetencje filozoficzne. Każdy z esejów zostawia coś po sobie, czyli w tym kontekście stara się otworzyć nasz umysł na nowe spojrzenia i problematyczność kwestii, które z pozoru wydają się być poukładane. Prowadzi to do refleksji i przemyślenia na nowo swojego życia i pojmowania świata naokoło. Wszystko za sprawą osiągnięcia stanu tytułowego dysonansu, wyjścia z wcześniej przyjętych mniej lub bardziej świadomie poglądów i stanowisk. Dzięki temu można spojrzeć na świat z zupełnie nowej perspektywy. Ostatni tekst jest wisienką na torcie. Co ciekawe, opisuje tam autor reakcje na „Powrót fatum”, które bywały dość specyficzne, choćby zarzucając Stawiszyńskiemu nagłe, niespodziewane nawrócenie, co mijało się z celem i sensem samej publikacji. Filozof wyciąga wnioski z tej sytuacji i ciekawie kieruje swoim wywodem, prowadząc, nomen omen, do kolejnego dysonansu i pokazując filozoficzny kunszt.
Co istotne, w „Ćwiczeniach…” treści podano w sposób prosty dla laika, ale całość pisana jest jednak piękną polszczyzną. Czasami pojawiają się trudniejsze słowa, lecz czytelnik i czytelniczka nie są nimi bombardowani. Zresztą w epoce ciągłego dostępu do internetu sprawdzenie co jakiś czas nowego leksemu nie powinno stanowić dla nikogo przeszkody. Tam, gdzie jest taka możliwość, eseje zyskują na literackości. Dam trzy próbki pokazujące to zjawisko: „Oczywiście, nieszczęsny Stockton Rush jest jakby Ikarem à rebours. Magnetycznie przyciąga nie tylko świetlisty blask i ciepło słońca, ile nieprzejrzysta i lodowata, dziwaczna głębia oceanu, która ostatecznie – podobnie jak to było z Ikarem – na zawsze go pochłania. Ale przecież on też najpierw wzlatuje – w swoich pragnieniach i marzeniach – a dopiero potem, jak Ikar, zapada się w toń” (s. 149); „Na przykład w kultowym antykwariacie mieszczącym się (ledwo, ledwo się mieszczącym, szczerze mówiąc) w niedużym blaszanym pawilonie na samym końcu bazaru przy Hali Mirowskiej. W latach 90. był to prawdziwy skarbiec dla wielbicieli fantastyki, do których wówczas się zaliczałem (co się do dzisiaj nie zmieniło). W wielkich kartonowych pudłach zajmujących niemal całe wnętrze – nie licząc wąziutkiego korytarza prowadzącego na zaplecze oraz stolika z krzesłem dla właścicieli – upchane były w sposób niewątpliwe sprzeczny z prawami fizyki bodaj wszystkie wydane kiedykolwiek (a być może niewydane i nienapisane) książki fantastyczne świata. Władzę nad tym uniwersum sprawował starszawy, posępny, niewysoki, nieustannie ćmiący papierosa za papierosem antykwariusz. Na prawym przegubie nosił modny wówczas srebrny łańcuszek, na palcu środkowej ręki masywny złoty sygnet, a tego wizerunku, który skądinąd zdawał mi się niebywale stylowy, dopełniała czupryna ewidentnie i farbowanych na jakiś nieznanych naturze odcień brązu” (s. 204-205); „Obejrzeliśmy go [mowa o filmie – J.S.], mając w pamięci naszą niedawną samochodową podróż do Francji. Od Alzacji po Kraj Basków, nie pomijając Doliny Rodanu, królestwa winnic, gdzie po horyzont ciągną się na równinach i zboczach zdyscyplinowane rzędy krzaków winorośli, a w miasteczkach na cokołach pysznią się betonowe kiście, największą regionalna duma” (s. 372). Fragmenty te można z powodzeniem uznać bez kontekstu za fragment jakiejś prozy z zakresu literatury pięknej.
***
„Ćwiczenia z dysonansu” to świetna popularna publikacja zawierająca filozoficzną refleksję, która dotyka i dotyczy szeroko pojętych odbiorców i odbiorczyń. Zdecydowanie polecam tę książkę, bo na pewno wiele tekstów w niej zawartych będzie przyczynkiem do owocnych refleksji na temat siebie i świata.
Książka to w zasadzie zbiór wcześniej publikowanych tekstów, o czym pisze we wstępie autor: „Niniejsza książka zawiera wybór felietonów publikowanych na łamach »Tygodnika Powszechnego« w latach 2021-2025 (pomiędzy tekstami w książce a tymi opublikowanymi w czasopiśmie mogą występować niewielkie różnice w związku redakcyjnymi zmianami, poprawkami i uzupełnieniami)” (s. 14). Ze stu pięćdziesięciu artykułów w książce znalazło się dziewięćdziesiąt. Wyjątkiem jest ostatni, napisany na poczet publikacji, tytułowy, zamykający „Ćwiczenia…” tekst, którego ze względu na nieco większą objętość nie można nazwać felietonem. Również pozostałych artykułów nie sposób zaklasyfikować w stu procentach do tego gatunku, ze względu na mniejszą, niż sugerowałyby felietonowe konwencje, obecność autora w ich narracji. Zwraca na to uwagę sam Stawiszyński: „W moich felietonach proporcje rozkładają się nieco inaczej. Staram się w nich zanadto nie bywać, nie odsłaniać się, nie stawiać siebie na widoku. Bardziej interesują mnie kwestie społeczne, religijne, filozoficzne, kulturowe, metafizyczne. Oczywiście, są to bez wyjątku teksty pisane z mojej własnej perspektywy, mojego indywidualnego punktu widzenia” (s. 15).
Cytat ten pokazuje również szeroki wachlarz poruszanej tematyki. Autor często wychodzi od aktualnych wydarzeń, lecz stara się zawsze dojść do ogólnych problemów i pytań, które wymagają przemyślenia. Dla przykładu refleksja o nowych wydaniach książek Agathy Christie dąży do wywodu na temat wolności artystycznej i cenzury. Z kolei tekst poświęcony dziennikarce Ewie Wanat ma na celu rozważyć zagadnienie wolności w myśleniu. Pojawia się też ciekawe spojrzenie na konflikt wokół osoby Jana Pawła II, który w rozmaitych narracjach wydaje się mieć dwie odrębne, wzajemnie wykluczające się osobowości. Punkty wyjścia do rozważań są zdecydowanie „z innych parafii” – teorie spiskowe, pandemia COVID-19, inwazja Rosji na Ukrainę, działalność zespołu Depeche Mode, ulubiona księgarnia autora, mniej lub bardziej ambitne kino i literatura, rozmaite światopoglądy, rozwój technologiczny, a także tak zwane „solówki”, czyli ustawiane bijatyki dzieciaków po szkole, które były obecne w czasach dziecięcych samego autora. To tylko niektóre zagadnienia, a o innych mógłbym jeszcze długo pisać, zwiększając rozmiar niniejszej recenzji do niemożliwości. Zatrzymam się jednak w tym miejscu, kwitując to prostym podsumowaniem: jest różnorodnie, zaskakująco, refleksyjnie i intrygująco.
Przyznam szczerze, że bardzo obawiałem się lektury „Ćwiczeń…”, ponieważ po „Powrocie fatum” czułem duży niedosyt. W moim odczuciu w poprzedniej książce Stawiszyński nieco odpuścił swoje krytyczno-filozoficzne zacięcie. Próbował w niej odpowiedzieć na to, jaki światopogląd może uporządkować naszą rzeczywistość, zestawiając ze sobą chrześcijaństwo, naukę i ezoteryzm. W tym pojedynku wygrywa to pierwsze, lecz uderzyło mnie to, jak alternatywne duchowości zostały pobieżnie i wybiórczo potraktowane. Werdykt mógłby być odmienny, gdyby zostały uwzględnione inne, popularne dzisiaj optyki (choćby koncepcja Davida R. Hawkina i jego Mapa Poziomów Świadomości). W publikacji dało się wyczuć coś jakby zmęczenie po wielu latach intensywnych refleksji i chęć dookreślenia jakiegoś stanowiska, aby móc trochę odpocząć od rozważań w obranym temacie. To reakcja jak najbardziej ludzka, jednak nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że filozofowi powoli kończy się dobra forma w formule, którą tak u niego cenię. Żeby była jednak jasność: „Powrót fatum” to wciąż bardzo dobra książka, lecz sam myśliciel ustawił sobie po prostu wysoko poprzeczkę. Inny autor mógłby za taki poziom dostać w moich oczach wysoką notę.
Nie jestem czytelnikiem „Tygodnika Powszechnego”, stąd nie miałem możliwości na bieżąco sprawdzać, jak bardzo myliłem się odnośnie formy Stawiszyńskiego. Okazuje się, że wciąż potrafi on w świetny sposób wykorzystywać swoje kompetencje filozoficzne. Każdy z esejów zostawia coś po sobie, czyli w tym kontekście stara się otworzyć nasz umysł na nowe spojrzenia i problematyczność kwestii, które z pozoru wydają się być poukładane. Prowadzi to do refleksji i przemyślenia na nowo swojego życia i pojmowania świata naokoło. Wszystko za sprawą osiągnięcia stanu tytułowego dysonansu, wyjścia z wcześniej przyjętych mniej lub bardziej świadomie poglądów i stanowisk. Dzięki temu można spojrzeć na świat z zupełnie nowej perspektywy. Ostatni tekst jest wisienką na torcie. Co ciekawe, opisuje tam autor reakcje na „Powrót fatum”, które bywały dość specyficzne, choćby zarzucając Stawiszyńskiemu nagłe, niespodziewane nawrócenie, co mijało się z celem i sensem samej publikacji. Filozof wyciąga wnioski z tej sytuacji i ciekawie kieruje swoim wywodem, prowadząc, nomen omen, do kolejnego dysonansu i pokazując filozoficzny kunszt.
Co istotne, w „Ćwiczeniach…” treści podano w sposób prosty dla laika, ale całość pisana jest jednak piękną polszczyzną. Czasami pojawiają się trudniejsze słowa, lecz czytelnik i czytelniczka nie są nimi bombardowani. Zresztą w epoce ciągłego dostępu do internetu sprawdzenie co jakiś czas nowego leksemu nie powinno stanowić dla nikogo przeszkody. Tam, gdzie jest taka możliwość, eseje zyskują na literackości. Dam trzy próbki pokazujące to zjawisko: „Oczywiście, nieszczęsny Stockton Rush jest jakby Ikarem à rebours. Magnetycznie przyciąga nie tylko świetlisty blask i ciepło słońca, ile nieprzejrzysta i lodowata, dziwaczna głębia oceanu, która ostatecznie – podobnie jak to było z Ikarem – na zawsze go pochłania. Ale przecież on też najpierw wzlatuje – w swoich pragnieniach i marzeniach – a dopiero potem, jak Ikar, zapada się w toń” (s. 149); „Na przykład w kultowym antykwariacie mieszczącym się (ledwo, ledwo się mieszczącym, szczerze mówiąc) w niedużym blaszanym pawilonie na samym końcu bazaru przy Hali Mirowskiej. W latach 90. był to prawdziwy skarbiec dla wielbicieli fantastyki, do których wówczas się zaliczałem (co się do dzisiaj nie zmieniło). W wielkich kartonowych pudłach zajmujących niemal całe wnętrze – nie licząc wąziutkiego korytarza prowadzącego na zaplecze oraz stolika z krzesłem dla właścicieli – upchane były w sposób niewątpliwe sprzeczny z prawami fizyki bodaj wszystkie wydane kiedykolwiek (a być może niewydane i nienapisane) książki fantastyczne świata. Władzę nad tym uniwersum sprawował starszawy, posępny, niewysoki, nieustannie ćmiący papierosa za papierosem antykwariusz. Na prawym przegubie nosił modny wówczas srebrny łańcuszek, na palcu środkowej ręki masywny złoty sygnet, a tego wizerunku, który skądinąd zdawał mi się niebywale stylowy, dopełniała czupryna ewidentnie i farbowanych na jakiś nieznanych naturze odcień brązu” (s. 204-205); „Obejrzeliśmy go [mowa o filmie – J.S.], mając w pamięci naszą niedawną samochodową podróż do Francji. Od Alzacji po Kraj Basków, nie pomijając Doliny Rodanu, królestwa winnic, gdzie po horyzont ciągną się na równinach i zboczach zdyscyplinowane rzędy krzaków winorośli, a w miasteczkach na cokołach pysznią się betonowe kiście, największą regionalna duma” (s. 372). Fragmenty te można z powodzeniem uznać bez kontekstu za fragment jakiejś prozy z zakresu literatury pięknej.
***
„Ćwiczenia z dysonansu” to świetna popularna publikacja zawierająca filozoficzną refleksję, która dotyka i dotyczy szeroko pojętych odbiorców i odbiorczyń. Zdecydowanie polecam tę książkę, bo na pewno wiele tekstów w niej zawartych będzie przyczynkiem do owocnych refleksji na temat siebie i świata.
Tomasz Stawiszyński: „Ćwiczenia z dysonansu”. Znak Literanova. Kraków 2025.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

