CIEMNOŚĆ ODBIERA NAM WŁAŚCIWOŚCI (WOLFGANG HILBIG: 'PIĆ SIĘ CHCE. OPOWIADANIA')
A
A
A
Kiedy soczystą wiosną hordy turystów i mieszkańców przechodzą alejkami berlińskich parków, łatwo zapomnieć o mrocznej stronie tego przez lata podzielonego na pół miasta. Ulicach skąpanych w złowrogim półmroku, zmęczonych twarzach mieszkańców, którzy kolejnymi piwami zalewają wyrzuty sumienia. Ciemna strona Berlina była pożywką dla tak intensywnych dzieł z różnych momentów XX wieku, jak „Berlin Alexanderplatz: dzieje Franciszka Biberkopfa” Alfreda Döblina (1929) czy „Opętanie” Andrzeja Żuławskiego (1980). Podobny obraz stolicy, choć rozprowadzony także na inne części Niemiec, od lat siedemdziesiątych do początku XXI wieku zapisał w swojej prozie Wolfgang Hilbig – w opublikowanym przez Wydawnictwo Ossolineum zbiorze „Pić się chce. Opowiadania”. U autora, jak w przywołanych tytułach, między cmentarzami, barami i rozpadającymi się kamienicami żyją rozedrgani bohaterowie, których napięte układy nerwowe wykoślawiają rzeczywistość – a może to koszmarny świat jest powodem ich neuronalnego przeciążenia?
W jednym z opowiadań, „Terytoriach duszy”, Berlin przypomina opisywany przez Waltera Benjamina Paryż, którego pasaże umożliwiają przejście na drugą stronę lustra. Hilbigowi jednak daleko do skąpanego w świetle neonów beztroskiego flanera – tu „deszcz na zewnątrz coraz bardziej pogrążał miasto w jego prawdziwym świetle, zimnej pomroce, w której nigdy nie pojawiła się nawet iskierka słońca” (s. 90), a w lustrze odbija się nie kraina czarów, a kontrastujący z brudem i sadzą miasta krajobraz spowity mgłą, który wabi narratora, by wszedł do środka. Tam czeka go gorsze doświadczenie niż ulewa: „przedzierzgnięty w materię wilgotnej, wiecznie szarej powodzi, tej samej powodzi, której niewyczerpane zasoby musiały spoczywać we mnie samym – gdyż nie miałem już pojęcia własnej istoty, nie czułem siebie, nie widziałem się” (s. 92). Choć iluminacja przez samego bohatera jest interpretowana jako możliwy majak, to poczucie rozmytej tożsamości i zagubienia wśród konsumpcyjnego społeczeństwa kłębiącego się w domu handlowym jest jak najbardziej realne.
Nicią łączącą kolejne opowiadania jest niechęć wobec innych ludzi, prowadząca do obrzydzenia nimi i frustracji, np. podczas jazdy ze zbyt gadatliwymi pasażerami w „Zielonym zielonym grobie”, czy żywej nienawiści wobec współpracowników i bliskich, jak we „Wspomnieniach”, gdzie rodzina jest porównana do cholery: „krewni byli nienasyconą zarazą, która wysysała z nich siły, która kruszyła ich kości, która przekształcała ich dłonie w niedające się już wyczyścić, zrogowaciałe od odcisków łapy, która wlewała im do gardeł smołę i dym, wskutek czego mogli być znowu wolni tylko w potokach alkoholu” (s. 262). Najdłuższe opowiadanie zbioru, „Strach przed Beethovenem”, oparte jest na antagonizmie między narratorem a zaczepiającym go mężczyzną, który zamienia się w konieczność rozliczenia z wojenną historią. Hilbig czerpie z niesamowitości opowieści grozy spod znaku E.T.A. Hoffmanna i Edgara Allana Poe, ale najbardziej przerażającym elementem jego prozy jest prawdziwa historia – bo czy można czuć się bezpiecznie w kraju zamieszkiwanym przez niedawnych nazistów? II wojna światowa to jedno, drugim istotnym kontekstem jest nędza życia klasy robotniczej po wschodniej strony muru, do której Hilbig, pracujący w fabrykach i kopalniach, a w latach siedemdziesiątych jako palacz w kotłowni, sam się zaliczał. Nie bez znaczenia są także wątki emigracyjne, szczególnie głośno wybrzmiewające we „Wspomnieniach” w postaci pochodzących z Polski przodków, które potęgują poczucie wyobcowania narratora, często kojarzącego się z samym autorem. Hilbig, sprzeciwiając się kapitalistycznej retoryce, opowiada o bohaterach „zdeprecjonowanych do funkcjonalności” (s. 152). Oniryczna rzeczywistość, zasiedlona przez ludzi przegranych, „synów mrocznego bóstwa” (s. 273), taksówkarzy, pijaków i morderców, w której tkwi się w „konwulsyjnych przeciągach” (s. 133) i „wymiotuje sny” (s. 120) służy wydobyciu się ze sztywnych zasad zmieniających się ustrojów i jest próbą odnalezienia zagubionego gdzieś człowieczeństwa.
Nieoczywiste połączenie romantycznych wzorców, widocznych w plastycznym, gęstym i bogatym w metafory języku z gorzkim realizmem, uważnym na tematykę społeczną, zaważyło na sukcesie wielokrotnie nagradzanego za życia Hilbiga. Nic dziwnego, że zyskał uznanie innego wschodnioeuropejskiego melancholika, Lászla Krasznahorkaiego, który pisał, że „Wolfgang Hilbig jest artystą najwyższej rangi. Odkrył zadziwiający język, aby opisać przerażający świat” (cytat z okładki książki). Właśnie podkreślony przez noblistę język, wciąga w koszmarne wizje pisarza i nie pozwala się od nich oderwać. W „Pić się chce” jest rojno od zapachów (śmiercionośnego gazu czy gnicia), męczących dźwięków i innych wrażeń zmysłowych, oblepiającego brudu czy rozmokłych ubrań. Woda jest w tej prozie lejtmotywem, pod postacią deszczu, powodzi, ale też, jak w tytułowym opowiadaniu, niemożliwego do ugaszenia pragnienia, które „kapie i ścieka ze wszystkich ciał” (s. 6). Topos nie gubi się w doskonałym tłumaczeniu Ryszarda Wojnakowskiego, a wręcz przeciwnie, język polski wspiera obecność cieczy nawet w niezamierzonych przez autora „niedocieczonych powodach” (s. 94).
Zaskakujące, jak do dzisiejszego, zupełnie innego przecież świata, przystają refleksje zawarte w „Pić się chce”. Przebodźcowanie, chroniczne zmęczenie, życie na skraju neurastenii – trudno nie oprzeć się wrażeniu, że język Hilbiga i jego sugestywne metafory odpowiadają na potrzebę opisania kondycji współczesnego człowieka. Niestety, chronologiczny układ opowiadań pokazuje, jak bardzo z biegiem lat pisarz odkleił się od języka i wyobraźni w stronę bardziej powszechnego sposobu pisania i mniej zaskakujących myśli. Wskazuje na to w posłowiu Łukasz Musiał, ale i sam Hilbig, który w niedokończonej „Nocy na końcu ulicy” rozprawia o bezwładzie – życiowym i twórczym. Właśnie to opowiadanie budzi największe przerażenie. Pisarz opowiadający o traceniu konturów, osobach bez tożsamości, rozmytych w koszmarnym życiu, świadomy, że „ciemność odbiera nam właściwości” (s. 243) pod koniec drogi twórczej symbolicznie stracił mowę, umiejętność opowiadania o tych doświadczeniach. Ta pustka jest najgłośniejszym odgłosem, który zostaje w głowie po lekturze „Pić się chce”.
W jednym z opowiadań, „Terytoriach duszy”, Berlin przypomina opisywany przez Waltera Benjamina Paryż, którego pasaże umożliwiają przejście na drugą stronę lustra. Hilbigowi jednak daleko do skąpanego w świetle neonów beztroskiego flanera – tu „deszcz na zewnątrz coraz bardziej pogrążał miasto w jego prawdziwym świetle, zimnej pomroce, w której nigdy nie pojawiła się nawet iskierka słońca” (s. 90), a w lustrze odbija się nie kraina czarów, a kontrastujący z brudem i sadzą miasta krajobraz spowity mgłą, który wabi narratora, by wszedł do środka. Tam czeka go gorsze doświadczenie niż ulewa: „przedzierzgnięty w materię wilgotnej, wiecznie szarej powodzi, tej samej powodzi, której niewyczerpane zasoby musiały spoczywać we mnie samym – gdyż nie miałem już pojęcia własnej istoty, nie czułem siebie, nie widziałem się” (s. 92). Choć iluminacja przez samego bohatera jest interpretowana jako możliwy majak, to poczucie rozmytej tożsamości i zagubienia wśród konsumpcyjnego społeczeństwa kłębiącego się w domu handlowym jest jak najbardziej realne.
Nicią łączącą kolejne opowiadania jest niechęć wobec innych ludzi, prowadząca do obrzydzenia nimi i frustracji, np. podczas jazdy ze zbyt gadatliwymi pasażerami w „Zielonym zielonym grobie”, czy żywej nienawiści wobec współpracowników i bliskich, jak we „Wspomnieniach”, gdzie rodzina jest porównana do cholery: „krewni byli nienasyconą zarazą, która wysysała z nich siły, która kruszyła ich kości, która przekształcała ich dłonie w niedające się już wyczyścić, zrogowaciałe od odcisków łapy, która wlewała im do gardeł smołę i dym, wskutek czego mogli być znowu wolni tylko w potokach alkoholu” (s. 262). Najdłuższe opowiadanie zbioru, „Strach przed Beethovenem”, oparte jest na antagonizmie między narratorem a zaczepiającym go mężczyzną, który zamienia się w konieczność rozliczenia z wojenną historią. Hilbig czerpie z niesamowitości opowieści grozy spod znaku E.T.A. Hoffmanna i Edgara Allana Poe, ale najbardziej przerażającym elementem jego prozy jest prawdziwa historia – bo czy można czuć się bezpiecznie w kraju zamieszkiwanym przez niedawnych nazistów? II wojna światowa to jedno, drugim istotnym kontekstem jest nędza życia klasy robotniczej po wschodniej strony muru, do której Hilbig, pracujący w fabrykach i kopalniach, a w latach siedemdziesiątych jako palacz w kotłowni, sam się zaliczał. Nie bez znaczenia są także wątki emigracyjne, szczególnie głośno wybrzmiewające we „Wspomnieniach” w postaci pochodzących z Polski przodków, które potęgują poczucie wyobcowania narratora, często kojarzącego się z samym autorem. Hilbig, sprzeciwiając się kapitalistycznej retoryce, opowiada o bohaterach „zdeprecjonowanych do funkcjonalności” (s. 152). Oniryczna rzeczywistość, zasiedlona przez ludzi przegranych, „synów mrocznego bóstwa” (s. 273), taksówkarzy, pijaków i morderców, w której tkwi się w „konwulsyjnych przeciągach” (s. 133) i „wymiotuje sny” (s. 120) służy wydobyciu się ze sztywnych zasad zmieniających się ustrojów i jest próbą odnalezienia zagubionego gdzieś człowieczeństwa.
Nieoczywiste połączenie romantycznych wzorców, widocznych w plastycznym, gęstym i bogatym w metafory języku z gorzkim realizmem, uważnym na tematykę społeczną, zaważyło na sukcesie wielokrotnie nagradzanego za życia Hilbiga. Nic dziwnego, że zyskał uznanie innego wschodnioeuropejskiego melancholika, Lászla Krasznahorkaiego, który pisał, że „Wolfgang Hilbig jest artystą najwyższej rangi. Odkrył zadziwiający język, aby opisać przerażający świat” (cytat z okładki książki). Właśnie podkreślony przez noblistę język, wciąga w koszmarne wizje pisarza i nie pozwala się od nich oderwać. W „Pić się chce” jest rojno od zapachów (śmiercionośnego gazu czy gnicia), męczących dźwięków i innych wrażeń zmysłowych, oblepiającego brudu czy rozmokłych ubrań. Woda jest w tej prozie lejtmotywem, pod postacią deszczu, powodzi, ale też, jak w tytułowym opowiadaniu, niemożliwego do ugaszenia pragnienia, które „kapie i ścieka ze wszystkich ciał” (s. 6). Topos nie gubi się w doskonałym tłumaczeniu Ryszarda Wojnakowskiego, a wręcz przeciwnie, język polski wspiera obecność cieczy nawet w niezamierzonych przez autora „niedocieczonych powodach” (s. 94).
Zaskakujące, jak do dzisiejszego, zupełnie innego przecież świata, przystają refleksje zawarte w „Pić się chce”. Przebodźcowanie, chroniczne zmęczenie, życie na skraju neurastenii – trudno nie oprzeć się wrażeniu, że język Hilbiga i jego sugestywne metafory odpowiadają na potrzebę opisania kondycji współczesnego człowieka. Niestety, chronologiczny układ opowiadań pokazuje, jak bardzo z biegiem lat pisarz odkleił się od języka i wyobraźni w stronę bardziej powszechnego sposobu pisania i mniej zaskakujących myśli. Wskazuje na to w posłowiu Łukasz Musiał, ale i sam Hilbig, który w niedokończonej „Nocy na końcu ulicy” rozprawia o bezwładzie – życiowym i twórczym. Właśnie to opowiadanie budzi największe przerażenie. Pisarz opowiadający o traceniu konturów, osobach bez tożsamości, rozmytych w koszmarnym życiu, świadomy, że „ciemność odbiera nam właściwości” (s. 243) pod koniec drogi twórczej symbolicznie stracił mowę, umiejętność opowiadania o tych doświadczeniach. Ta pustka jest najgłośniejszym odgłosem, który zostaje w głowie po lekturze „Pić się chce”.
Wolfgang Hilbig: „Pić się chce. Opowiadania”. Przeł. Ryszard Wojnakowski. Wydawnictwo Ossolineum. Wrocław 2025.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

