KARNAWAŁ NA GRUZACH HOMO SAPIENS (MARTA KOZŁOWSKA: 'CZAS POKAŻE')
A
A
A
„Czas pokaże” Marty Kozłowskiej miesza porządki, przetwarza konwencje, konstruuje nieoczywiste połączenia, umieszczając „Grona gniewu” Steinbecka obok „Miasta aniołów” i „Interstellar”. Podczas gdy poprzednią powieść autorki, „Berdyczów”, można było nazwać mianem dziwnego kryminału, najnowsze dzieło byłoby osobliwą kompilacją dystopii i horroru.
Ta niedługa opowieść osadzona w postapokaliptycznych realiach, choć czerpie z dobrze znanych, zwłaszcza z filmografii, motywów, jest zupełnie inną niż zwykle historią o upadku rodzaju ludzkiego. Marta Kozłowska łączy niezwykle popularne obrazy, które na stałe zagościły w popkulturze – rozległe pole kukurydzy, górująca nad nim turbina wiatrowa, majaczący w oddali stary dom z werandą, przywodzące na myśl chociażby początek kultowego filmu Christophera Nolana czy też liczne horrory – z elementami absolutnie nieoczekiwanymi – iluminatami lub błękitnymi lwami. Do tego dodaje sporą dawkę makabry i groteski. Na wystrój wiejskiego siedliska składają się zatem wiklinowe fotele, puste donice i słój pełen zębów (s. 12), zaś cała powieść rozpoczyna się relacją z prac porządkowych na pograniczu ogrodnictwa i sekcji zwłok: „Choć na takiego wygląda, zwiędły jak bezkostna kukła osobnik nie jest martwy. Mary Lou przeciera więc gałgankiem zdziczałą skórę, zdziera strupy brudu; ubytki, ugryzienia i gnilne zarzewia skrapia szkocką. Wyciska z nich larwy i kilka brzemiennych much. Rozlegają się lepkie odgłosy przekłuwanych pęcherzy i wrzodów. Pieli zawiązki porostów, dębin i paproci. Z pachwin zręcznie wykręca nalane kleszcze” (s. 9). Podobnych opisów rozkładu w „Czas pokaże” znajdziemy znacznie więcej. To, co pozostało z ludzi, znajduje się w nieokreślonym etapie przejściowym pomiędzy życiem a śmiercią – w procesie „torfowienia” (s. 28), w „trupiości podszytej niemowlęctwem” (s. 29).
Wszystko w powieści Kozłowskiej jest obrzydliwe i wyolbrzymione; gnijące i mięsne, niczym w tak popularnym dziś body horrorze. Bohaterowie gotują bulion, którego kluczowym składnikiem jest ludzka pacha (jedna męska lub dwie żeńskie); nad łóżkiem wisi myśliwskie trofeum z wypchaną głową człowieka; lokalny lekarz uwielbia amputować kończyny, nawet te zdrowe; zaś funkcję stracha na wróble pełni przypominająca homo sapiens półżywa istota pozbawiona stóp.
Przypominająca, bo ludzi takich, jakimi ich znamy, w zaprezentowanym przez Kozłowską świecie już nie ma. To, jak doszło do upadku, odsłaniane jest stopniowo we fragmentach kroniki pisanej przez wampira. Oczywiście za końcem rodzaju ludzkiego stoi technologia, jednak w nieco inny niż przedstawiany zwykle w dystopiach sposób. W „Czas pokaże” nie dochodzi bowiem do buntu maszyn, a sztuczna inteligencja nie zyskuje świadomości. Ludzie stopniowo oddalają się od rzeczywistości, coraz głębiej wchodząc w fikcję oferowaną przez media społecznościowe. Początkowo w powrocie do ciała pomagały im zdjęcia – zakotwiczające w rzeczywistości tak, jak wcześniej autoportrety, po które sięgali ci „cierpiący na spadek własnej realności”, „nadużywający abstrakcji” (s. 14). Wszechobecny dostęp do internetu oraz prawa kapitalizmu sprawiły jednak, że fikcja stała się dostępna na wyciągnięcie ręki – zarówno w smartfonie, jak i na ulicy: „karłowate pegazy. Syntetyki. […] Naukowcy sprowadzili je na świat mniej więcej w tym samym czasie co elfy, gollumy i – tak lubiane po drugiej stronie ekranów – magiczne przedmioty (eliksiry, miotacze zaklęć, rękawice zbieracza i tym podobne)” (s. 43).
W konsekwencji człowiek zaczął składać się jedynie z mózgu i palca potrzebnego do scrollowania. Przestał radzić sobie z podstawowymi czynnościami, przestał zupełnie panować nad swoim ciałem, które nieustannie potykało się, upadało i zderzało z przedmiotami. Organizmy ludzkie szybko dostosowały się do zmieniającej się rzeczywistości. Funkcje życiowe ograniczyły do odżywiania i rozrostu. Ten ostatni, z braku innych zajęć, stał się ogromny. To właśnie opisy walki o cielesność stają się w powieści Kozłowskiej oddechem od nadmiaru obrzydliwości, a przy tym pretekstem do ironiczno-humorystycznych rozważań nad rzeczywiście dziejącymi się na naszych oczach przemianami społecznymi: „Ludzie się wyolbrzymiają. Potrzebują dużo rzęs, włosów, dobrze widziana jest wielkozębność. Przybywa im pośladków, ud, bioder, piersi. Paznokcie, usta, policzki – wszystko jak spod lupy; nowe kotwice rzeczywistości. […] Do utrzymania rozsądnych relacji z rzeczywistością coraz częściej sięga się też po odpowiedniki worków obciążeniowych. Od kilku lat w tej roli sprawdzają się bidony z wodą, tudzież psy” (s. 31).
W końcu jednak człowiek ostatecznie emancypuje się ze swojego fizycznego ciała. Akcja zaś toczy się dalej w świecie postludzkim, w którym obok siebie żyją wampiry, wilkołaki i strzygi, olbrzymie pierwotniaki pełniące funkcję parobków oraz to, co pozostało z ludzi – półżywe gnijące ciała i błąkające się bez celu dusze/duchy. Homo sapiens uznano za gatunek wymarły, podobnie jak samoloty (s. 13) czy bankomaty (s. 44), zaś pojęcia dotychczas używane do opisu człowieka przesunęły się w stronę przedmiotów, w wyniku czego otrzymujemy zaskakujące połączenia, takie jak „schorowane wnętrze” czy „zwichnięte zawiasy” (s. 16), ale także „fryzura przypominająca płynny asfalt” (s. 12).
Ziemia w „Czas pokaże” jest miejscem o odwróconym porządku, karnawałowym wręcz, bo jednak wciąż czerpiącym z realnego świata, zakotwiczonym w nim, w jakiś sposób go odgrywającym. Temu upiornemu odbiciu brakuje jego własnego języka, dlatego bohaterowie porozumiewają się strzępkami kodu, który lata temu przestał być adekwatny. Walt, podopieczny właścicieli farmy, potrafi jedynie cytować stare westerny, parobkowie śpiewają piosenki czarnoskórych niewolników z dawnego południa Stanów Zjednoczonych i fascynują się dwudziestowiecznymi czasopismami nazistowskimi, natomiast zarządzający gospodarstwem Mary Lou i Diuk rozpoznają w poczynaniach swoich pracowników nawiązania do „Gron gniewu” Steinbecka. Świat opisany w „Czas pokaże” staje się więc makabryczną powtórką świata realnego, jego przerażającą siostrą bliźniaczką, po której przewodnikami są wampir i strzyga – oczytani w pismach Freuda fani Meg Ryan i Danny’ego DeVito.
Wszystko to na ledwie stu stronach. Nie będzie nam zatem dane dowiedzieć się, jak do tej dystopii trafił Karol Pytanko, bohater znany już z „Berdyczowa” Marty Kozłowskiej, ani przyjrzeć się jego próbom powrotu do dawnego świata. Można by tę historię rozwinąć i opisać nawet na tysiącu stron; szczegółowo zrekonstruować proces upadku rodzaju ludzkiego, przejmowania władzy przez inne gatunki, wreszcie objaśnić czytelnikom i czytelniczkom, jak Karol Pytanko przeniósł się w czasie i przestrzeni, aby później towarzyszyć mu w próbach zawrócenia biegu historii. Jednak czy byłoby warto? Zaprezentowany przez Martę Kozłowską wycinek to gra z konwencją, a nie jej przykład. Karol otrzymuje szansę odwrócenia katastrofy, ale wbrew oczekiwaniom czytelniczym ignoruje ją i wrzuca zawierającą instrukcję księgę w płomienie trawiące wiejską rezydencję. Autorka żongluje utrwalonymi w popkulturze postapokaliptycznymi kliszami, jednak proponuje odbiorcom i odbiorczyniom zupełnie nieoczekiwane rozwiązanie – świat, który nie skończył się wraz z upadkiem człowieka, lecz trwa dalej, zasiedlony przez całkowicie inne gatunki; z którego człowiek nie uciekł w wyniku dokonanych przez siebie zniszczeń, lecz z którego dobrowolnie się wylogował, bo zupełnie stracił chęć walki i działania. Zdał się na ślepy los, stwierdzając „Jak będzie? Czas pokaże” (s. 70).
W tym świecie wszystko się pomieszało – body horror połączył się z science-fiction, Vonnegut z Nolanem, pegazy z iluminatami, rozważania na temat ciała i technologii z przepisem na bulion na kolanie. Można by zapytać, czy to nie za dużo? Być może. Jednak to właśnie w wyolbrzymieniu i nadmiarowości tkwi niemożliwa do przecenienia przyjemność czytelnicza. Kozłowska oferuje odbiorcom i odbiorczyniom dopracowany w szczegółach wycinek groteskowo-makabrycznej rzeczywistości bez homo sapiens, której stopniowe odkrywanie daje ogromną satysfakcję.
Ta niedługa opowieść osadzona w postapokaliptycznych realiach, choć czerpie z dobrze znanych, zwłaszcza z filmografii, motywów, jest zupełnie inną niż zwykle historią o upadku rodzaju ludzkiego. Marta Kozłowska łączy niezwykle popularne obrazy, które na stałe zagościły w popkulturze – rozległe pole kukurydzy, górująca nad nim turbina wiatrowa, majaczący w oddali stary dom z werandą, przywodzące na myśl chociażby początek kultowego filmu Christophera Nolana czy też liczne horrory – z elementami absolutnie nieoczekiwanymi – iluminatami lub błękitnymi lwami. Do tego dodaje sporą dawkę makabry i groteski. Na wystrój wiejskiego siedliska składają się zatem wiklinowe fotele, puste donice i słój pełen zębów (s. 12), zaś cała powieść rozpoczyna się relacją z prac porządkowych na pograniczu ogrodnictwa i sekcji zwłok: „Choć na takiego wygląda, zwiędły jak bezkostna kukła osobnik nie jest martwy. Mary Lou przeciera więc gałgankiem zdziczałą skórę, zdziera strupy brudu; ubytki, ugryzienia i gnilne zarzewia skrapia szkocką. Wyciska z nich larwy i kilka brzemiennych much. Rozlegają się lepkie odgłosy przekłuwanych pęcherzy i wrzodów. Pieli zawiązki porostów, dębin i paproci. Z pachwin zręcznie wykręca nalane kleszcze” (s. 9). Podobnych opisów rozkładu w „Czas pokaże” znajdziemy znacznie więcej. To, co pozostało z ludzi, znajduje się w nieokreślonym etapie przejściowym pomiędzy życiem a śmiercią – w procesie „torfowienia” (s. 28), w „trupiości podszytej niemowlęctwem” (s. 29).
Wszystko w powieści Kozłowskiej jest obrzydliwe i wyolbrzymione; gnijące i mięsne, niczym w tak popularnym dziś body horrorze. Bohaterowie gotują bulion, którego kluczowym składnikiem jest ludzka pacha (jedna męska lub dwie żeńskie); nad łóżkiem wisi myśliwskie trofeum z wypchaną głową człowieka; lokalny lekarz uwielbia amputować kończyny, nawet te zdrowe; zaś funkcję stracha na wróble pełni przypominająca homo sapiens półżywa istota pozbawiona stóp.
Przypominająca, bo ludzi takich, jakimi ich znamy, w zaprezentowanym przez Kozłowską świecie już nie ma. To, jak doszło do upadku, odsłaniane jest stopniowo we fragmentach kroniki pisanej przez wampira. Oczywiście za końcem rodzaju ludzkiego stoi technologia, jednak w nieco inny niż przedstawiany zwykle w dystopiach sposób. W „Czas pokaże” nie dochodzi bowiem do buntu maszyn, a sztuczna inteligencja nie zyskuje świadomości. Ludzie stopniowo oddalają się od rzeczywistości, coraz głębiej wchodząc w fikcję oferowaną przez media społecznościowe. Początkowo w powrocie do ciała pomagały im zdjęcia – zakotwiczające w rzeczywistości tak, jak wcześniej autoportrety, po które sięgali ci „cierpiący na spadek własnej realności”, „nadużywający abstrakcji” (s. 14). Wszechobecny dostęp do internetu oraz prawa kapitalizmu sprawiły jednak, że fikcja stała się dostępna na wyciągnięcie ręki – zarówno w smartfonie, jak i na ulicy: „karłowate pegazy. Syntetyki. […] Naukowcy sprowadzili je na świat mniej więcej w tym samym czasie co elfy, gollumy i – tak lubiane po drugiej stronie ekranów – magiczne przedmioty (eliksiry, miotacze zaklęć, rękawice zbieracza i tym podobne)” (s. 43).
W konsekwencji człowiek zaczął składać się jedynie z mózgu i palca potrzebnego do scrollowania. Przestał radzić sobie z podstawowymi czynnościami, przestał zupełnie panować nad swoim ciałem, które nieustannie potykało się, upadało i zderzało z przedmiotami. Organizmy ludzkie szybko dostosowały się do zmieniającej się rzeczywistości. Funkcje życiowe ograniczyły do odżywiania i rozrostu. Ten ostatni, z braku innych zajęć, stał się ogromny. To właśnie opisy walki o cielesność stają się w powieści Kozłowskiej oddechem od nadmiaru obrzydliwości, a przy tym pretekstem do ironiczno-humorystycznych rozważań nad rzeczywiście dziejącymi się na naszych oczach przemianami społecznymi: „Ludzie się wyolbrzymiają. Potrzebują dużo rzęs, włosów, dobrze widziana jest wielkozębność. Przybywa im pośladków, ud, bioder, piersi. Paznokcie, usta, policzki – wszystko jak spod lupy; nowe kotwice rzeczywistości. […] Do utrzymania rozsądnych relacji z rzeczywistością coraz częściej sięga się też po odpowiedniki worków obciążeniowych. Od kilku lat w tej roli sprawdzają się bidony z wodą, tudzież psy” (s. 31).
W końcu jednak człowiek ostatecznie emancypuje się ze swojego fizycznego ciała. Akcja zaś toczy się dalej w świecie postludzkim, w którym obok siebie żyją wampiry, wilkołaki i strzygi, olbrzymie pierwotniaki pełniące funkcję parobków oraz to, co pozostało z ludzi – półżywe gnijące ciała i błąkające się bez celu dusze/duchy. Homo sapiens uznano za gatunek wymarły, podobnie jak samoloty (s. 13) czy bankomaty (s. 44), zaś pojęcia dotychczas używane do opisu człowieka przesunęły się w stronę przedmiotów, w wyniku czego otrzymujemy zaskakujące połączenia, takie jak „schorowane wnętrze” czy „zwichnięte zawiasy” (s. 16), ale także „fryzura przypominająca płynny asfalt” (s. 12).
Ziemia w „Czas pokaże” jest miejscem o odwróconym porządku, karnawałowym wręcz, bo jednak wciąż czerpiącym z realnego świata, zakotwiczonym w nim, w jakiś sposób go odgrywającym. Temu upiornemu odbiciu brakuje jego własnego języka, dlatego bohaterowie porozumiewają się strzępkami kodu, który lata temu przestał być adekwatny. Walt, podopieczny właścicieli farmy, potrafi jedynie cytować stare westerny, parobkowie śpiewają piosenki czarnoskórych niewolników z dawnego południa Stanów Zjednoczonych i fascynują się dwudziestowiecznymi czasopismami nazistowskimi, natomiast zarządzający gospodarstwem Mary Lou i Diuk rozpoznają w poczynaniach swoich pracowników nawiązania do „Gron gniewu” Steinbecka. Świat opisany w „Czas pokaże” staje się więc makabryczną powtórką świata realnego, jego przerażającą siostrą bliźniaczką, po której przewodnikami są wampir i strzyga – oczytani w pismach Freuda fani Meg Ryan i Danny’ego DeVito.
Wszystko to na ledwie stu stronach. Nie będzie nam zatem dane dowiedzieć się, jak do tej dystopii trafił Karol Pytanko, bohater znany już z „Berdyczowa” Marty Kozłowskiej, ani przyjrzeć się jego próbom powrotu do dawnego świata. Można by tę historię rozwinąć i opisać nawet na tysiącu stron; szczegółowo zrekonstruować proces upadku rodzaju ludzkiego, przejmowania władzy przez inne gatunki, wreszcie objaśnić czytelnikom i czytelniczkom, jak Karol Pytanko przeniósł się w czasie i przestrzeni, aby później towarzyszyć mu w próbach zawrócenia biegu historii. Jednak czy byłoby warto? Zaprezentowany przez Martę Kozłowską wycinek to gra z konwencją, a nie jej przykład. Karol otrzymuje szansę odwrócenia katastrofy, ale wbrew oczekiwaniom czytelniczym ignoruje ją i wrzuca zawierającą instrukcję księgę w płomienie trawiące wiejską rezydencję. Autorka żongluje utrwalonymi w popkulturze postapokaliptycznymi kliszami, jednak proponuje odbiorcom i odbiorczyniom zupełnie nieoczekiwane rozwiązanie – świat, który nie skończył się wraz z upadkiem człowieka, lecz trwa dalej, zasiedlony przez całkowicie inne gatunki; z którego człowiek nie uciekł w wyniku dokonanych przez siebie zniszczeń, lecz z którego dobrowolnie się wylogował, bo zupełnie stracił chęć walki i działania. Zdał się na ślepy los, stwierdzając „Jak będzie? Czas pokaże” (s. 70).
W tym świecie wszystko się pomieszało – body horror połączył się z science-fiction, Vonnegut z Nolanem, pegazy z iluminatami, rozważania na temat ciała i technologii z przepisem na bulion na kolanie. Można by zapytać, czy to nie za dużo? Być może. Jednak to właśnie w wyolbrzymieniu i nadmiarowości tkwi niemożliwa do przecenienia przyjemność czytelnicza. Kozłowska oferuje odbiorcom i odbiorczyniom dopracowany w szczegółach wycinek groteskowo-makabrycznej rzeczywistości bez homo sapiens, której stopniowe odkrywanie daje ogromną satysfakcję.
Marta Kozłowska: „Czas pokaże”. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2026.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

