NICOWANIE MACIERZYŃSTWA (PAULINA MAŁOCHLEB: 'MIĘŚNIE MAM OD MIŁOŚCI. O MACIERZYŃSTWIE')
A
A
A
Czytelniczce zawodowej rzadko zdarzają się, niestety, zachwyty lekturowe. Na szczęście czasem są możliwe i to właśnie jeden z nich. Trudno mówić o niespodziance, jeśli weźmie się pod uwagę nazwisko autorki, znanej krytyczki literackiej, słynącej z ostrych opinii o książkach. Cenię recenzje i eseje Małochleb za ich przenikliwość, precyzję języka i argumentacji oraz umiejętność uogólnienia, której to cechy szczególnie – jako osoba skłonna raczej do analitycznego dłubania – zazdroszczę. Jednak w esejach o macierzyństwie nie te znane już cechy stylu Małochleb i temat książki (wszak wiele innych poświęconych macierzyństwu i trosce mam na swojej półce) okazały się dla mnie najważniejsze. Rzecz raczej w tonie esejów i zdolności nazywania stanów doświadczanych, ucieleśnianych i znajdujących się na końcu języka, a ostatecznie – niewypowiedzianych. Rzadko trafiam na książki, których afektywna gęstość i kreślony w nich wymiar relacji byłyby mi tak bliskie, tak rozpoznane i zapoznane jednocześnie. Ale piszę to bez zawodowej (i matczynej) zawiści, przeciwnie – z wielką wdzięcznością, że ta narracja powstała.
„Mięśnie mam od miłości” buduje 95 numerowanych fragmentów, różnej długości: od kreślonych w kilku zdaniach scenek życia rodzinnego do dłuższych wywodów krytycznych, namysłów nad literaturą, filozofią i sztuką, które służą Małochleb do kulturowo-społecznego umocowania własnych refleksji. Dzięki temu krytyczka balansuje między intymnymi i anegdotycznymi obrazami z własnej przestrzeni domowej a intelektualną i błyskotliwą analizą różnorodnych umocowań macierzyństwa. Są fragmenty bolesne, działające jak emocjonalne pociski; są wzruszające i uruchamiające w czytelniczce-matce emocje i lęki, te całkiem niedawno pożegnane i te aktualne; są wreszcie takie, które dają język doświadczeniom codziennym, przezroczystym, wręcz zbanalizowanym. O sile eseju Małochleb stanowi praktyka podejrzliwości, która każe jej ze sceptycyzmem przyglądać się różnym obszarom macierzyństwa. Ostrość widzenia nie ujmuje wszak ładunku miłości, bo przecież o niej jest ta książka; przeciwnie – obraz całości okazuje się tym bardziej dojmujący.
Najbardziej zapadają mi w pamięć zapisy o cielesności, pewnie dlatego, że dwa robiące uniki przed dotykiem nastoletnie ciała mam w domu. Tylko ukradkiem, mimochodem, wykorzystując ich moment zagapienia się, mogę próbować reaktywować wspomnienia z ich dzieciństwa i ciągłego bycia „ciało-w-ciało”. Nikt jednak tak skutecznie jak nastolatek płci męskiej nie ogranicza cielesnego kontaktu, niegdyś tak naturalnego języka porozumienia z matką. Dlatego z pewnym rozczuleniem i nostalgią śledzę zapisy Małochleb, w których krytyczka kolekcjonuje chwile dotyku i buduje na nich fragmenty o bliskości, ale podszyte przeczuciem wyczerpywania się tego kodu. Świadomość rozpoznania sytuacji idzie w parze z lękiem przed utratą i jednoczesnym pogodzeniem się z nią jako koniecznością wpisaną w macierzyństwo. Kiedy więc Małochleb pisze „Nie mam języka miłości, który nadawałby się do tej opowieści, i tu ponoszę sromotną klęskę” (s. 191), to wierzę, że najcelniejszym językiem miłości jest właśnie ten dopełniający powyższe zdanie – innego nie warto szukać: „Mój język miłości jest zakotwiczony w sytuacji, w miejscu, w nich obojgu. Wyraża się domowym zdrobnieniem, uściskiem, całowaniem włosów, głaskaniem po plecach, po tym wrażliwym, kruchym miejscu między łopatkami, kiedy czuć pod ręką wystające kości, a plecy wydają się tak słabe, tak drobne” (s. 191). Każdy, kto kocha, rozumie właśnie taki język, język specyficznego „wielociała” (Małochleb pisze o „dwuciele” [s. 36]), symbiotycznego kontaktu, w którym traci się wyrazistość granic i obrysów ciał indywidualnych.
Wagę i specyficzną kruchość języka miłości odsłania podstawowy gest Małochleb, czyli sprzężenie tego, co tak intymne i własne, z macierzyństwem jako spektaklem odgrywanym w przestrzeniach publicznych. Matka właściwie nie wie, że stanie się aktorką, i pozornie nie ma skryptu z zapisem roli, jednak w istocie ów skrypt jest ogólnodostępną praktyką dyscyplinowania przez instytucje: szpital, przychodnię, przedszkole, szkołę, kościół, miejsce pracy, plac zabaw, internetowe fora matek, sklep… Wszędzie matka podlega ocenie, mierzy się z lustrującymi spojrzeniami, wyrażającymi dezaprobatę gestami lub słowami. Szybko też zaczyna rozumieć zmieniające się nieustannie warunki bycia na scenie, ponieważ generalnie oczekuje się od niej określonego repertuaru zachowań: „Jestem aktorką, która musi przeżyć i pokazać na twarzy miłość i cierpliwość, miłość i kontrolę, miłość i dystans, miłość i nadzór” (s. 5). Opresja społeczna zakazuje i nakazuje określony repertuar postaw: troszczyć się, ale nie ograniczać samodzielności, radzić sobie, ale wiedzieć, kiedy (z pokorą) poprosić o fachową pomoc, zrezygnować z roszczeniowości, ale rozpoznawać potrzeby dziecka… Lista okazuje się bardzo długa, pełna sprzeczności, napięć, ale co najważniejsze – matka jest zawsze na przegranej pozycji, nieustannie chybocząc się pomiędzy chwilowym uznaniem a dezaprobatą.
Można się zastanawiać, czy wysoki stopień samoświadomości autorki uznać za element pomocny w codziennym doświadczeniu macierzyństwa. Generalnie, jako akademiczka, uważam, że tak, bo przecież zawsze lepiej wiedzieć, co nam się przytrafia, i szukać dla tych zdarzeń i emocji języka oraz sposobu zrozumienia. Jednak za gęstością tekstów zebranych w tym tomie ukrywa się matka na skraju załamania i wyczerpania, która rozumiejąc stan gry i sytuację impasu, w jakiej się znalazła, nie może i nie chce zdezerterować. Bo zawsze wtedy, kiedy tak przenikliwie widzi uwikłania własnej pozycji, z ratunkiem przychodzi ręka syna, widok córki, dotyk męża, właśnie ten język miłości, który rozbraja tymczasowo miny zastawione przez patriarchalny porządek społeczny. Najważniejszą wydaje się ta ufundowana na wstydzie. Tego afektu dotyczy wiele fragmentów książki Małochleb, bo też wstyd okazuje się idealnym narzędziem do pouczania: „Wstyd zawsze przychodzi z zewnątrz, ze świata, z cudzego spojrzenia, często bez żadnej woli czy udziału osoby obciążanej wstydem (tym różni się od winy, do której potrzebny jest występek, działanie). Wstyd narzucony wywołuje pragnienie ukrycia się, wycofania. Kojarzy się z nagością, bezbronnością, ujawnianiem i sprawia, że chcemy się odziać, uciec, schować” (s. 20–21). Jak przekonuje autorka, wstyd czyni matkę samotną, wykluczoną, izoluje ją. Sadzę, że z rozpoznaniem wstydu wiąże się jeden z najważniejszych celów narracji: przekroczenie tego afektu i alienacji prowadzi do zawiązania wspólnoty matek, jednak ta, choć ważna, wciąż nie jest wystarczającym forum wypowiadanych kwestii: „Chodzi o to – przekonuje krytyczka – by wprowadzić te tematy, te wspólnoty do innego obiegu – aby przenieść je z poczekalni do salonu, usankcjonować miłość, lęki, nadzieje i inne odczucia zapisane w ciele jako uczucia połowy ludzkości” (s. 51).
Z analiz filozoficznych, kulturowych i społecznych, jakich dokonała Małochleb, wynika bowiem, że rozumienie macierzyństwa z jednej strony zostało wręcz „zabetonowane” przez męskie rozważania i zalecenia (linia jest bardzo długa: od Jeana-Jacques’a Rousseau i Zygmunta Freuda po współczesnych polityków i Kościół), z drugiej stało się oczywistością, niepodlegającą dyskusji powinnością i naturalną potrzebą. Pisarka pyta zatem, jak w takim razie podjąć rzeczową dyskusję o pracy emocjonalnej i świadczeniu troski, skoro to, co widzi jako problem, zostaje tak skutecznie egzekwowane zarówno przez warunki kapitalizmu, jak i głęboko osadzone społeczne przekonania, a może przede wszystkim przez zmęczenie samych zainteresowanych zmianą matek, że właściwie wydaje się niepodważalną strukturą świata. Małochleb prześwietla raporty dotyczące równościowych praktyk w domach, własne strategie, rozbraja stereotypowe poglądy przynoszone przez dzieci z instytucji szkolnych (np. „Na jeden dzień masz taki kupon, że ja i tata bierzemy wszystkie obowiązki, a ty możesz sobie usiąść i wypić kawę” [s. 16]), czyta feministyczne pisarki, ogląda współczesną sztukę i czyta literaturę. Wszystko po to, by skutecznie podważyć te rzekomo naturalne przekonania, by je prześwietlić, poddać analizie, zespolić ze swoim sposobem myślenia. Świetny jest fragment, w którym eseistka bierze w cudzysłów językowe kalki: „urlop” macierzyński, „siedzieć” z dzieckiem, „zostać” z dzieckiem i wpisuje je w ciąg pytań o warunki pracy reprodukcyjnej, które czynią ciało matki politycznym, jawnym, wspólnie, między innymi w języku, skonstruowanym (zob. s. 151–154).
„Mięśnie mam od miłości” to także książka o pisaniu, o „grząskim gruncie języka” (s. 98). Małochleb operuje fragmentem z czysto pragmatycznego powodu: otóż pisanie (i czytanie) matek jest zawsze czynnością przerywaną, powstającą jakby w lukach między innymi czynnościami (oczywiście związanymi z troską, opieką i miłością) albo równolegle z nimi. To myśli, które przychodzą do głowy podczas mieszania zupy, nieskończone zdania, z których rytmu wytrąca kolejne pytanie/prośba dziecka: „Wykonując kolejne zadania domowe, spędzając czas z dziećmi, mam niezwerbalizowaną obawę, że moja opowieść o życiu rodzinnym przegra z wycyzelowaną opowieścią o męskiej nostalgii” (s. 99) – pisze Małochleb. Chcę wierzyć, że jej obawy są płonne, że to czas na język takiej matczynej eseistyki, którą niesie w równym stopniu miłość, furia, zmęczenie, jak i przenikliwe spojrzenie na świat. Bo to właśnie takie pisanie ustanawia matczyne ciało w wymiarze materialnym i indywidualnym, przywraca je poprzez pracę miłości i języka.
„Mięśnie mam od miłości” buduje 95 numerowanych fragmentów, różnej długości: od kreślonych w kilku zdaniach scenek życia rodzinnego do dłuższych wywodów krytycznych, namysłów nad literaturą, filozofią i sztuką, które służą Małochleb do kulturowo-społecznego umocowania własnych refleksji. Dzięki temu krytyczka balansuje między intymnymi i anegdotycznymi obrazami z własnej przestrzeni domowej a intelektualną i błyskotliwą analizą różnorodnych umocowań macierzyństwa. Są fragmenty bolesne, działające jak emocjonalne pociski; są wzruszające i uruchamiające w czytelniczce-matce emocje i lęki, te całkiem niedawno pożegnane i te aktualne; są wreszcie takie, które dają język doświadczeniom codziennym, przezroczystym, wręcz zbanalizowanym. O sile eseju Małochleb stanowi praktyka podejrzliwości, która każe jej ze sceptycyzmem przyglądać się różnym obszarom macierzyństwa. Ostrość widzenia nie ujmuje wszak ładunku miłości, bo przecież o niej jest ta książka; przeciwnie – obraz całości okazuje się tym bardziej dojmujący.
Najbardziej zapadają mi w pamięć zapisy o cielesności, pewnie dlatego, że dwa robiące uniki przed dotykiem nastoletnie ciała mam w domu. Tylko ukradkiem, mimochodem, wykorzystując ich moment zagapienia się, mogę próbować reaktywować wspomnienia z ich dzieciństwa i ciągłego bycia „ciało-w-ciało”. Nikt jednak tak skutecznie jak nastolatek płci męskiej nie ogranicza cielesnego kontaktu, niegdyś tak naturalnego języka porozumienia z matką. Dlatego z pewnym rozczuleniem i nostalgią śledzę zapisy Małochleb, w których krytyczka kolekcjonuje chwile dotyku i buduje na nich fragmenty o bliskości, ale podszyte przeczuciem wyczerpywania się tego kodu. Świadomość rozpoznania sytuacji idzie w parze z lękiem przed utratą i jednoczesnym pogodzeniem się z nią jako koniecznością wpisaną w macierzyństwo. Kiedy więc Małochleb pisze „Nie mam języka miłości, który nadawałby się do tej opowieści, i tu ponoszę sromotną klęskę” (s. 191), to wierzę, że najcelniejszym językiem miłości jest właśnie ten dopełniający powyższe zdanie – innego nie warto szukać: „Mój język miłości jest zakotwiczony w sytuacji, w miejscu, w nich obojgu. Wyraża się domowym zdrobnieniem, uściskiem, całowaniem włosów, głaskaniem po plecach, po tym wrażliwym, kruchym miejscu między łopatkami, kiedy czuć pod ręką wystające kości, a plecy wydają się tak słabe, tak drobne” (s. 191). Każdy, kto kocha, rozumie właśnie taki język, język specyficznego „wielociała” (Małochleb pisze o „dwuciele” [s. 36]), symbiotycznego kontaktu, w którym traci się wyrazistość granic i obrysów ciał indywidualnych.
Wagę i specyficzną kruchość języka miłości odsłania podstawowy gest Małochleb, czyli sprzężenie tego, co tak intymne i własne, z macierzyństwem jako spektaklem odgrywanym w przestrzeniach publicznych. Matka właściwie nie wie, że stanie się aktorką, i pozornie nie ma skryptu z zapisem roli, jednak w istocie ów skrypt jest ogólnodostępną praktyką dyscyplinowania przez instytucje: szpital, przychodnię, przedszkole, szkołę, kościół, miejsce pracy, plac zabaw, internetowe fora matek, sklep… Wszędzie matka podlega ocenie, mierzy się z lustrującymi spojrzeniami, wyrażającymi dezaprobatę gestami lub słowami. Szybko też zaczyna rozumieć zmieniające się nieustannie warunki bycia na scenie, ponieważ generalnie oczekuje się od niej określonego repertuaru zachowań: „Jestem aktorką, która musi przeżyć i pokazać na twarzy miłość i cierpliwość, miłość i kontrolę, miłość i dystans, miłość i nadzór” (s. 5). Opresja społeczna zakazuje i nakazuje określony repertuar postaw: troszczyć się, ale nie ograniczać samodzielności, radzić sobie, ale wiedzieć, kiedy (z pokorą) poprosić o fachową pomoc, zrezygnować z roszczeniowości, ale rozpoznawać potrzeby dziecka… Lista okazuje się bardzo długa, pełna sprzeczności, napięć, ale co najważniejsze – matka jest zawsze na przegranej pozycji, nieustannie chybocząc się pomiędzy chwilowym uznaniem a dezaprobatą.
Można się zastanawiać, czy wysoki stopień samoświadomości autorki uznać za element pomocny w codziennym doświadczeniu macierzyństwa. Generalnie, jako akademiczka, uważam, że tak, bo przecież zawsze lepiej wiedzieć, co nam się przytrafia, i szukać dla tych zdarzeń i emocji języka oraz sposobu zrozumienia. Jednak za gęstością tekstów zebranych w tym tomie ukrywa się matka na skraju załamania i wyczerpania, która rozumiejąc stan gry i sytuację impasu, w jakiej się znalazła, nie może i nie chce zdezerterować. Bo zawsze wtedy, kiedy tak przenikliwie widzi uwikłania własnej pozycji, z ratunkiem przychodzi ręka syna, widok córki, dotyk męża, właśnie ten język miłości, który rozbraja tymczasowo miny zastawione przez patriarchalny porządek społeczny. Najważniejszą wydaje się ta ufundowana na wstydzie. Tego afektu dotyczy wiele fragmentów książki Małochleb, bo też wstyd okazuje się idealnym narzędziem do pouczania: „Wstyd zawsze przychodzi z zewnątrz, ze świata, z cudzego spojrzenia, często bez żadnej woli czy udziału osoby obciążanej wstydem (tym różni się od winy, do której potrzebny jest występek, działanie). Wstyd narzucony wywołuje pragnienie ukrycia się, wycofania. Kojarzy się z nagością, bezbronnością, ujawnianiem i sprawia, że chcemy się odziać, uciec, schować” (s. 20–21). Jak przekonuje autorka, wstyd czyni matkę samotną, wykluczoną, izoluje ją. Sadzę, że z rozpoznaniem wstydu wiąże się jeden z najważniejszych celów narracji: przekroczenie tego afektu i alienacji prowadzi do zawiązania wspólnoty matek, jednak ta, choć ważna, wciąż nie jest wystarczającym forum wypowiadanych kwestii: „Chodzi o to – przekonuje krytyczka – by wprowadzić te tematy, te wspólnoty do innego obiegu – aby przenieść je z poczekalni do salonu, usankcjonować miłość, lęki, nadzieje i inne odczucia zapisane w ciele jako uczucia połowy ludzkości” (s. 51).
Z analiz filozoficznych, kulturowych i społecznych, jakich dokonała Małochleb, wynika bowiem, że rozumienie macierzyństwa z jednej strony zostało wręcz „zabetonowane” przez męskie rozważania i zalecenia (linia jest bardzo długa: od Jeana-Jacques’a Rousseau i Zygmunta Freuda po współczesnych polityków i Kościół), z drugiej stało się oczywistością, niepodlegającą dyskusji powinnością i naturalną potrzebą. Pisarka pyta zatem, jak w takim razie podjąć rzeczową dyskusję o pracy emocjonalnej i świadczeniu troski, skoro to, co widzi jako problem, zostaje tak skutecznie egzekwowane zarówno przez warunki kapitalizmu, jak i głęboko osadzone społeczne przekonania, a może przede wszystkim przez zmęczenie samych zainteresowanych zmianą matek, że właściwie wydaje się niepodważalną strukturą świata. Małochleb prześwietla raporty dotyczące równościowych praktyk w domach, własne strategie, rozbraja stereotypowe poglądy przynoszone przez dzieci z instytucji szkolnych (np. „Na jeden dzień masz taki kupon, że ja i tata bierzemy wszystkie obowiązki, a ty możesz sobie usiąść i wypić kawę” [s. 16]), czyta feministyczne pisarki, ogląda współczesną sztukę i czyta literaturę. Wszystko po to, by skutecznie podważyć te rzekomo naturalne przekonania, by je prześwietlić, poddać analizie, zespolić ze swoim sposobem myślenia. Świetny jest fragment, w którym eseistka bierze w cudzysłów językowe kalki: „urlop” macierzyński, „siedzieć” z dzieckiem, „zostać” z dzieckiem i wpisuje je w ciąg pytań o warunki pracy reprodukcyjnej, które czynią ciało matki politycznym, jawnym, wspólnie, między innymi w języku, skonstruowanym (zob. s. 151–154).
„Mięśnie mam od miłości” to także książka o pisaniu, o „grząskim gruncie języka” (s. 98). Małochleb operuje fragmentem z czysto pragmatycznego powodu: otóż pisanie (i czytanie) matek jest zawsze czynnością przerywaną, powstającą jakby w lukach między innymi czynnościami (oczywiście związanymi z troską, opieką i miłością) albo równolegle z nimi. To myśli, które przychodzą do głowy podczas mieszania zupy, nieskończone zdania, z których rytmu wytrąca kolejne pytanie/prośba dziecka: „Wykonując kolejne zadania domowe, spędzając czas z dziećmi, mam niezwerbalizowaną obawę, że moja opowieść o życiu rodzinnym przegra z wycyzelowaną opowieścią o męskiej nostalgii” (s. 99) – pisze Małochleb. Chcę wierzyć, że jej obawy są płonne, że to czas na język takiej matczynej eseistyki, którą niesie w równym stopniu miłość, furia, zmęczenie, jak i przenikliwe spojrzenie na świat. Bo to właśnie takie pisanie ustanawia matczyne ciało w wymiarze materialnym i indywidualnym, przywraca je poprzez pracę miłości i języka.
Paulina Małochleb: „Mięśnie mam od miłości. O macierzyństwie”. Wydawnictwo Karakter. Kraków 2026.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |









ISSN 2658-1086

