JAK NIE UTONĄĆ W MORZU SŁÓW ('CHRONOLOGIA WODY')
A
A
A
Lidia Yuknavitch pisze w pierwowzorze literackim filmu o tym samym tytule, że każde spisywanie wspomnień kończy się pewnego rodzaju zakłamaniem. Mowa tu o uczuciach, które nam towarzyszą, i subiektywnym ich przetworzeniu na język literacki. Nawet najbardziej autentyczna próba ich oddania w ostateczności staje się podkolorowaną wizją rzeczywistości. Najszczersze wspomnienia to te, których nie pamiętamy, nieprzetworzone przez naszą wyobraźnię, zatrzymane w konkretnym miejscu i czasie (zob. Yuknavitch 2022: 290). „Chronologia wody” roztacza jednak wrażenie niezwykłej szczerości między autorką a czytelnikiem. Tym, co Lidia wybiera, by nam przekazać, są jedynie pinezki na ogromnej mapie jej życia, ale to jednocześnie obrazy i słowa, które szokują, bawią i inspirują. Każda nawet najmniejsza anegdotka nabiera znaczenia przez to, jak umiejętnie jest opowiadana. Piękne bukiety słów przeplatają się z prostolinijnymi, a czasem nawet wulgarnymi momentami, które oddają tylko temperament pisarki.
Zatem, by przedstawić tak bogaty świat wewnętrzny na ekranie, debiutująca jako reżyserka Kristen Stewart miała spore wyzwanie. Siłą rzeczy z „zakłamania” literackiego tworzy się jeszcze nowsze przekształcenie rzeczywistości na ekranie, a w zasadzie zbudowanie jej od nowa. Książka podrzuca pewne wskazówki, jak mogło wyglądać otoczenie Lidii, ale w procesie przenoszenia na ekran liczy się nie tylko autentyczność, ale też podtrzymanie specyficznego klimatu. By to stworzyć, należy zmaterializować to, co nie istnieje naprawdę, a jest tylko konkretnym poczuciem towarzyszącym lekturze. Niekiedy nasze własne odczucia względem materiału źródłowego adaptacji mogą zastąpić jego sens i esencję. Coś takiego miało miejsce przy ostatniej wersji „Wichrowych Wzgórz” w reżyserii Emerald Fennell, która określa efekt jako nie tyle adaptację książki, ile zobrazowanie wrażeń, które towarzyszyły jej jako nastolatce podczas lektury. W rezultacie powstaje film, który zamiast skupiać się na niezwykle złożonych konsekwencjach traumy generacyjnej, obcina połowę książki i zostawia widza z naprawdę konwencjonalnym romansem próbującym być szokującym erotykiem. Subiektywizm bywa zgubny, jeśli zapomina się o myśli przewodniej swojego pierwowzoru.
Stewart w wierny sposób trzyma się dialogów i momentów opisanych przez Yuknavitch, choć jej chronologia bywa nieco inna. Zabieg ten wydaje się skierowany przede wszystkim do widzów nieznających oryginału i służy do budowania napięcia i elementu zaskoczenia. Nie wpływa to na ogólny wydźwięk całości. Reżyserka nie zmienia słów pisarki, a zamiast tego odnajduje swój własny język w postaci obrazów, które kreuje na ekranie. Już na początku filmu ukazano migawki z życia bohaterki – puzzle pamięci, które składają się po całym seansie. Niekiedy kadry skupione są wokół przedmiotu, części ciała czy nawet martwego punktu, który wzbudza konkretne skojarzenia. Jednym z niezwykle piorunujących momentów, w których wykorzystana zostaje subiektywna kamera, jest chwila, w której młoda Lidia (Imogen Poots) doświadcza przemocy ojca. Ani my, ani ona nie widzimy opresora, słyszymy tylko jej reakcję na doświadczenie, a kamerę skierowana w stronę kąta pokoju, w który uwięziona dziewczynka jest zmuszona spoglądać. Zamiast dokładnego odwzorowania przemocy mamy skupienie na uczuciach i dysocjacji ofiary. Pozwala nam to wejść głębiej w psychikę bohaterki, a także podkreśla, że historia, którą oglądamy, zostaje opowiedziana po latach. Pamięć działa w nietypowy sposób, nie jesteśmy w stanie kontrolować, które obrazy z nami zostają. Czasem to właśnie ciemny kąt będzie powracającym w dalszych momentach życia motywem. Stewart opiekuje się swoją bohaterką, nie pozwala obnażać jej z godności, lecz znajduje subtelniejsze sposoby na symboliczne pokazanie traum.
Wszystkie wydarzenia oczywiście spaja tytułowa woda: źródło życia i śmierci. Dla bohaterki przez dłuższą część seansu stanowi wymiar alternatywnej rzeczywistości, w której potrafi się odnaleźć, która przyjmuje ją z otwartymi ramionami zawsze, gdy życie na lądzie się sypie. To właśnie wodzie ufa, gdy wyrzuca prochy swojej martwej córeczki, i to właśnie woda ostatecznie doprowadza jej ojca do utraty pamięci. Relacja Lidii z wodą jest jedną z najcieplejszych, jakich doświadcza bohaterka: w ludziach poszukuje bólu, w wodzie funkcjonuje w swoim własnym, zamkniętym świecie. Pod koniec filmu, widzimy, że jedna z jej pierwszych rozmów z przyszłym mężem, Andym (Charlie Carrick), ma miejsce w basenie za jego namową. Jest to pierwszy raz w życiu bohaterki, gdy ktoś zaproponował jej wspólne pływanie. Tym samym dokonuje się złączenie dwóch światów Lidii: tego na lądzie i tego w wodzie. Od tamtej pory w jej życiu pojawia się większy balans.
Literacki głos, tak mocny i wyraźny jak ten Yuknavitch, potrzebował odpowiedniej osoby, by nadać mu w kinie właściwy ton – Poots była tu doskonałym wyborem. Aktorka potrafi umiejętnie lawirować między dziecięcą niewinnością a gniewem i potrzebą autodestrukcji. Jest niechlujna i wulgarna, z nieuczesanymi włosami i luźnymi ubraniami, a zarazem jej oczy zdradzają wrażliwość i niepewność wobec egzystencji w świecie. Poots dobrze różnicuje to, w jaki sposób opowiada z offu, już jako pewna siebie odrodzona kobieta, a jak np. przedstawia po raz pierwszy swoje opowiadanie przed publicznością. Widać, że stopniowo staje się świadoma siły swojej prozy. Lidia przeżywa też rzeczy niezwykle intensywnie, a przez to, jak szeroki przekrój życia zostaje nam pokazany, doświadczamy wszystkich jej mocnych emocji. W samej roli dużo jest fizyczności, momentami ruch ciała bohaterki przypomina swojego rodzaju performans, a to wszystko łączy się z jej porzuconą karierą pływaczki i naleciałościami, które po tym pozostały.
Jedyny zarzut, jaki mogę postawić „Chronologii wody”, nie tyczy się aktorki, a samej charakterystyki kinowej wersji bohaterki. W pierwowzorze poza refleksjami wokół cierpienia i bólu mamy też wiele opisów związanych z seksualnością Lidii. W filmie w dużej mierze seksualność i stosunki płciowe są odbiciem jej stanu psychicznego, w zależności od sytuacji: opowiadają o jej potrzebie brutalności wszczepionej przez doświadczenia molestowania, seksie jako ucieczce i kolejnym akcie autodestrukcji lub o terapeutycznej roli erotyzmu. W książce to motywy również obecne, natomiast poza wyżej opisanymi przykładami bohaterka ma też o wiele więcej pozytywnych doświadczeń seksualnych: w szczególności z kobietami. Niestety poza wyjazdem z przyjaciółkami zakończonym trójkątem czy przelotnym obrazem dziewczyny z basenowej szatni, podglądanej w młodości, w filmie niewiele się ostało z miłości Lidii wobec kobiet. Biseksualność bohaterki jest mniej szczegółowo przedstawiona i ogranicza się do sporadycznej aktywności seksualnej. Nie skupiam się wokół tego tylko z racji potrzeby trafniejszej reprezentacji, ale też przez to, że odbiera to Lidii pozytywne doświadczenia – na rzecz eksploracji cierpienia. Film potrafi zafiksować się na aspekcie bólu i powiedziałabym, że prowadzi drogę bohaterki w znacznie bardziej linearny sposób. Nastrój całości od początku aż do momentu przełomu (poznania męża i narodzin synka) jest posępny, chaotyczny i pozbawia złudzeń. Ma to swój wyraz w jednej ze scen, gdy poznajemy drugiego męża kobiety – i choć widzimy samą bohaterkę niemalże upojoną szczęściem, sposób, w jaki zostaje to ukazane, zwiastuje już początek czegoś nieprzyjemnego. Do momentów radości podchodzimy z pewną nieufnością, jakby skupieni wyłącznie na destruktywności Lidii. Przez to też zakończenie może wydawać się dość bajkowe; bo choć widzimy progres w życiu postaci, te sytuacje rzadko są traktowane jak małe zwycięstwa. Poza tym zdecydowanie brakuje też momentu spotkania z Kathy Acker!
Przez całą długość tekstu rozdzielałam głosy Yuknavitch i Stewart, ale prawdę powiedziawszy, cieszę się z tego, w jaką harmonię się składają na samym końcu. „Chronologia wody” jest przepiękną ilustracją myśli autorki, z wybitnymi zdjęciami i ciekawym aktorstwem. Mimo że kładzie nacisk na inne aspekty, pozostaje dziełem płynnie poruszającym się w oceanie motywów, których dotyka. Pokazuje zrozumienie i wrażliwość wobec pierwowzoru. Niech Stewart pozostanie dalej na dobrych falach…
LITERATURA:
Yuknavitch L.: „Chronologia wody”. Przeł. K. Gucio. Wołowiec 2022.
Zatem, by przedstawić tak bogaty świat wewnętrzny na ekranie, debiutująca jako reżyserka Kristen Stewart miała spore wyzwanie. Siłą rzeczy z „zakłamania” literackiego tworzy się jeszcze nowsze przekształcenie rzeczywistości na ekranie, a w zasadzie zbudowanie jej od nowa. Książka podrzuca pewne wskazówki, jak mogło wyglądać otoczenie Lidii, ale w procesie przenoszenia na ekran liczy się nie tylko autentyczność, ale też podtrzymanie specyficznego klimatu. By to stworzyć, należy zmaterializować to, co nie istnieje naprawdę, a jest tylko konkretnym poczuciem towarzyszącym lekturze. Niekiedy nasze własne odczucia względem materiału źródłowego adaptacji mogą zastąpić jego sens i esencję. Coś takiego miało miejsce przy ostatniej wersji „Wichrowych Wzgórz” w reżyserii Emerald Fennell, która określa efekt jako nie tyle adaptację książki, ile zobrazowanie wrażeń, które towarzyszyły jej jako nastolatce podczas lektury. W rezultacie powstaje film, który zamiast skupiać się na niezwykle złożonych konsekwencjach traumy generacyjnej, obcina połowę książki i zostawia widza z naprawdę konwencjonalnym romansem próbującym być szokującym erotykiem. Subiektywizm bywa zgubny, jeśli zapomina się o myśli przewodniej swojego pierwowzoru.
Stewart w wierny sposób trzyma się dialogów i momentów opisanych przez Yuknavitch, choć jej chronologia bywa nieco inna. Zabieg ten wydaje się skierowany przede wszystkim do widzów nieznających oryginału i służy do budowania napięcia i elementu zaskoczenia. Nie wpływa to na ogólny wydźwięk całości. Reżyserka nie zmienia słów pisarki, a zamiast tego odnajduje swój własny język w postaci obrazów, które kreuje na ekranie. Już na początku filmu ukazano migawki z życia bohaterki – puzzle pamięci, które składają się po całym seansie. Niekiedy kadry skupione są wokół przedmiotu, części ciała czy nawet martwego punktu, który wzbudza konkretne skojarzenia. Jednym z niezwykle piorunujących momentów, w których wykorzystana zostaje subiektywna kamera, jest chwila, w której młoda Lidia (Imogen Poots) doświadcza przemocy ojca. Ani my, ani ona nie widzimy opresora, słyszymy tylko jej reakcję na doświadczenie, a kamerę skierowana w stronę kąta pokoju, w który uwięziona dziewczynka jest zmuszona spoglądać. Zamiast dokładnego odwzorowania przemocy mamy skupienie na uczuciach i dysocjacji ofiary. Pozwala nam to wejść głębiej w psychikę bohaterki, a także podkreśla, że historia, którą oglądamy, zostaje opowiedziana po latach. Pamięć działa w nietypowy sposób, nie jesteśmy w stanie kontrolować, które obrazy z nami zostają. Czasem to właśnie ciemny kąt będzie powracającym w dalszych momentach życia motywem. Stewart opiekuje się swoją bohaterką, nie pozwala obnażać jej z godności, lecz znajduje subtelniejsze sposoby na symboliczne pokazanie traum.
Wszystkie wydarzenia oczywiście spaja tytułowa woda: źródło życia i śmierci. Dla bohaterki przez dłuższą część seansu stanowi wymiar alternatywnej rzeczywistości, w której potrafi się odnaleźć, która przyjmuje ją z otwartymi ramionami zawsze, gdy życie na lądzie się sypie. To właśnie wodzie ufa, gdy wyrzuca prochy swojej martwej córeczki, i to właśnie woda ostatecznie doprowadza jej ojca do utraty pamięci. Relacja Lidii z wodą jest jedną z najcieplejszych, jakich doświadcza bohaterka: w ludziach poszukuje bólu, w wodzie funkcjonuje w swoim własnym, zamkniętym świecie. Pod koniec filmu, widzimy, że jedna z jej pierwszych rozmów z przyszłym mężem, Andym (Charlie Carrick), ma miejsce w basenie za jego namową. Jest to pierwszy raz w życiu bohaterki, gdy ktoś zaproponował jej wspólne pływanie. Tym samym dokonuje się złączenie dwóch światów Lidii: tego na lądzie i tego w wodzie. Od tamtej pory w jej życiu pojawia się większy balans.
Literacki głos, tak mocny i wyraźny jak ten Yuknavitch, potrzebował odpowiedniej osoby, by nadać mu w kinie właściwy ton – Poots była tu doskonałym wyborem. Aktorka potrafi umiejętnie lawirować między dziecięcą niewinnością a gniewem i potrzebą autodestrukcji. Jest niechlujna i wulgarna, z nieuczesanymi włosami i luźnymi ubraniami, a zarazem jej oczy zdradzają wrażliwość i niepewność wobec egzystencji w świecie. Poots dobrze różnicuje to, w jaki sposób opowiada z offu, już jako pewna siebie odrodzona kobieta, a jak np. przedstawia po raz pierwszy swoje opowiadanie przed publicznością. Widać, że stopniowo staje się świadoma siły swojej prozy. Lidia przeżywa też rzeczy niezwykle intensywnie, a przez to, jak szeroki przekrój życia zostaje nam pokazany, doświadczamy wszystkich jej mocnych emocji. W samej roli dużo jest fizyczności, momentami ruch ciała bohaterki przypomina swojego rodzaju performans, a to wszystko łączy się z jej porzuconą karierą pływaczki i naleciałościami, które po tym pozostały.
Jedyny zarzut, jaki mogę postawić „Chronologii wody”, nie tyczy się aktorki, a samej charakterystyki kinowej wersji bohaterki. W pierwowzorze poza refleksjami wokół cierpienia i bólu mamy też wiele opisów związanych z seksualnością Lidii. W filmie w dużej mierze seksualność i stosunki płciowe są odbiciem jej stanu psychicznego, w zależności od sytuacji: opowiadają o jej potrzebie brutalności wszczepionej przez doświadczenia molestowania, seksie jako ucieczce i kolejnym akcie autodestrukcji lub o terapeutycznej roli erotyzmu. W książce to motywy również obecne, natomiast poza wyżej opisanymi przykładami bohaterka ma też o wiele więcej pozytywnych doświadczeń seksualnych: w szczególności z kobietami. Niestety poza wyjazdem z przyjaciółkami zakończonym trójkątem czy przelotnym obrazem dziewczyny z basenowej szatni, podglądanej w młodości, w filmie niewiele się ostało z miłości Lidii wobec kobiet. Biseksualność bohaterki jest mniej szczegółowo przedstawiona i ogranicza się do sporadycznej aktywności seksualnej. Nie skupiam się wokół tego tylko z racji potrzeby trafniejszej reprezentacji, ale też przez to, że odbiera to Lidii pozytywne doświadczenia – na rzecz eksploracji cierpienia. Film potrafi zafiksować się na aspekcie bólu i powiedziałabym, że prowadzi drogę bohaterki w znacznie bardziej linearny sposób. Nastrój całości od początku aż do momentu przełomu (poznania męża i narodzin synka) jest posępny, chaotyczny i pozbawia złudzeń. Ma to swój wyraz w jednej ze scen, gdy poznajemy drugiego męża kobiety – i choć widzimy samą bohaterkę niemalże upojoną szczęściem, sposób, w jaki zostaje to ukazane, zwiastuje już początek czegoś nieprzyjemnego. Do momentów radości podchodzimy z pewną nieufnością, jakby skupieni wyłącznie na destruktywności Lidii. Przez to też zakończenie może wydawać się dość bajkowe; bo choć widzimy progres w życiu postaci, te sytuacje rzadko są traktowane jak małe zwycięstwa. Poza tym zdecydowanie brakuje też momentu spotkania z Kathy Acker!
Przez całą długość tekstu rozdzielałam głosy Yuknavitch i Stewart, ale prawdę powiedziawszy, cieszę się z tego, w jaką harmonię się składają na samym końcu. „Chronologia wody” jest przepiękną ilustracją myśli autorki, z wybitnymi zdjęciami i ciekawym aktorstwem. Mimo że kładzie nacisk na inne aspekty, pozostaje dziełem płynnie poruszającym się w oceanie motywów, których dotyka. Pokazuje zrozumienie i wrażliwość wobec pierwowzoru. Niech Stewart pozostanie dalej na dobrych falach…
LITERATURA:
Yuknavitch L.: „Chronologia wody”. Przeł. K. Gucio. Wołowiec 2022.
„Chronologia wody”. Reżyseria: Kristen Stewart. Scenariusz: Kristen Stewart, Andy Mingo, Lidia Yuknavitch. Obsada: Imogen Poots, Thora Birch, Michael Epp, Jim Belushi. Gatunek: dramat biograficzny. Produkcja: USA 2025, 129 min.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

