OD KARTY GRAFICZNEJ DO MASZYNY MYŚLĄCEJ (STEPHEN WITT: 'MASZYNA MYŚLĄCA. JENSEN HUANG, NVIDIA I NAJBARDZIEJ POŻĄDANY CHIP NA ŚWIECIE')
A
A
A
Nvidię pamiętam jeszcze z lat 90. Nie jako symbol globalnej dominacji technologicznej, ale jako nazwę kojarzoną z kartami graficznymi, komputerami, grami i tym szczególnym napięciem: pójdzie czy nie pójdzie? Czy sprzęt „uciągnie” kolejną produkcję, czy trzeba będzie pogodzić się z pikselową pokorą i świadomością, że technologia znowu uciekła trochę za daleko. Wtedy trudno było przypuszczać, że firma z takiego, dość konkretnego przecież, obszaru komputerowej wyobraźni stanie się jednym z najważniejszych graczy epoki sztucznej inteligencji. A jednak właśnie tę drogę opisuje Stephen Witt w książce „Maszyna myśląca”. To przesunięcie jest samo w sobie fascynujące: z firmy kojarzonej przez wielu użytkowników przede wszystkim z grafiką, grami i wydajnością komputerów Nvidia stała się jednym z najważniejszych dostawców infrastruktury dla AI. Dziś jej nazwa nie odsyła już wyłącznie do pytania o płynność obrazu na ekranie, lecz do znacznie większej układanki: chipów, centrów danych, modeli językowych, ogromnych pieniędzy i wizji przyszłości, w której niemal wszystko ma być jakoś „inteligentne”.
„Maszyna myśląca” to, co tu dużo mówić, solidna cegiełka. Publikacja liczy ponad czterysta stron, została podzielona na dwie części i dwadzieścia trzy rozdziały. Przy takiej objętości nie ma większego sensu streszczanie kolejnych rozdziałów jeden po drugim; ważniejsza wydaje się linia opowieści. Już we wprowadzeniu Witt jasno określa stawkę: pokazuje, jak niewielka, początkowo dość wyspecjalizowana firma z branży gier wideo stała się jednym z centralnych podmiotów technologicznej teraźniejszości. Równocześnie od początku widać, że nie będzie to wyłącznie historia przedsiębiorstwa, lecz także portret człowieka bardzo mocno zrośniętego z własną firmą. Szczególnie dobrze pokazuje to jeden z pierwszych mocnych fragmentów książki: „Huang, jako niemal jedyny, wierzy, że rozwój AI może prowadzić wyłącznie do czegoś dobrego, i to właśnie ta wiara motywuje go do pracy przez dwanaście do czternastu godzin dziennie, siedem dni w tygodniu, mimo że od czterech dekad piastuje stanowisko CEO w założonej przez siebie firmie” (s. 19). Ten cytat ustawia jedną z najważniejszych osi książki: nie chodzi tu wyłącznie o technologię, ale także o pewną wiarę w postęp, skalowanie, obliczenia i nieustanne przekraczanie dotychczasowych ograniczeń.
Kolejne rozdziały prowadzą czytelnika/czytelniczke przez biografię Huanga, która stopniowo przechodzi w historię Nvidii. To zresztą jeden z ciekawszych elementów tej opowieści: w pewnym momencie trudno oddzielić założyciela od firmy. CEO staje się niemal figurą samego przedsiębiorstwa, trochę jak w klasycznych narracjach o Apple i Jobsie. Jest tu Huang jako dziecko, migrant, student, pracownik AMD, a później człowiek, który wraz ze współpracownikami zakłada Nvidię podczas rozmów w Denny’s, czyli w miejscu tak amerykańsko-zwyczajnym, że aż idealnym na mit założycielski Doliny Krzemowej. Są początki technologicznego ryzyka, walka o miejsce na rynku i momenty, w których karta graficzna przestaje być tylko dodatkiem do komputera, a zaczyna wyznaczać przyszłość całej firmy. Witt dobrze rozumie atrakcyjność takiej historii. Opowieści o technologicznych wizjonerach łatwo zamieniają się w hagiografie, ale „Maszynę myślącą” ratują narracyjna sprawność i to, że historia Huanga rzeczywiście pozwala zrozumieć konsekwencję, z jaką Nvidia szukała dla siebie miejsca poza najbardziej oczywistymi zastosowaniami grafiki komputerowej.
W tle tej biograficzno-korporacyjnej historii pojawiają się technologiczny wyścig lat 90., rywalizacja IBM Deep Blue z Garrim Kasparowem, rozwój rynku komputerów osobistych, ale też rosnące znaczenie kultury gamingu i profesjonalnych graczy. Witt dobrze pokazuje, że gry nie były wyłącznie rozrywką ani pobocznym zastosowaniem coraz mocniejszych komputerów. Stawały się środowiskiem testowania wydajności, prędkości, obrazu i marzeń o sprzęcie mocniejszym niż ten stojący na biurku przeciętnego użytkownika. Szczególnie ciekawie wybrzmiewa tu fragment: „Za sprawą Nvidii komputery do gier stały się dla maniaków sprzętu tym, czym dla fanatyków tuningu są ich samochody – obiektem obsesji, dopieszczanym i ciągle podkręcanym” (s. 148). Dla mnie właśnie te partie mają dodatkowy, prywatny urok. „Maszyna myśląca” okazuje się momentami takim technologicznym „wspomnień czarem”: czytam o kartach graficznych, wyścigu producentów, profesjonalnych graczach i ambicjach firm, a gdzieś w tle wraca pamięć beztroskiego grania w „Quake’a”. Wtedy oczywiście nie myślało się o żadnej wielkiej stawce technologicznej rozgrywanej na zapleczu. Liczyło się, czy gra działa, jak wygląda obraz, czy wszystko chodzi płynnie i czy komputer nie zamieni się w smutny grzejnik. Dopiero z perspektywy książki Witta widać, że tamten świat nie był tylko poboczem historii komputerów. Był jednym z laboratoriów przyszłości.
Jednym z kluczowych momentów tej historii okazuje się rozwój CUDA, czyli platformy, która pozwoliła wykorzystać możliwości układów Nvidii nie tylko do grafiki, lecz także do znacznie szerszych obliczeń. I tu książka Witta robi się szczególnie interesująca, bo pokazuje, że technologiczna przewaga nie polega wyłącznie na wyprodukowaniu dobrego sprzętu. Chodzi także o stworzenie środowiska, do którego inni zaczną się przywiązywać. Strategia biznesowa CUDA miała opierać się na długoterminowej wizji: klienci ze świata nauki mieli zostać objęci jak najlepszą opieką, a zyski z wydajności miały być tak „znaczne i niepodważalne”, by wokół platformy zaczęły powstawać nowe dyscypliny akademickie. Jak mówi cytowany przez Witta Bas Aars: „Kto tego spróbuje, nie będzie chciał odejść (…). Będzie uzależniony od nas jako dostawcy. Nie będzie miał wyjścia” (s. 175). To jeden z tych fragmentów, w których „Maszyna myśląca” przestaje być wyłącznie historią technologicznego sukcesu, a zaczyna odsłaniać logikę infrastrukturalnej władzy. Nvidia nie tylko sprzedawała coraz lepsze układy. Budowała środowisko, od którego użytkownicy mieli się uzależnić, najlepiej z pełnym przekonaniem, że robią to z własnej woli, bo po prostu działa lepiej.
Naturalnym ciągiem dalszym tej historii jest wejście Nvidii w obszar badań nad sztuczną inteligencją. Witt prowadzi czytelników i czytelniczki od świata graczy i entuzjastów sprzętu do środowisk naukowych, w których układy graficzne zaczęły służyć nie tylko do renderowania obrazów, lecz także do trenowania coraz bardziej złożonych modeli. W tym kontekście pojawiaja się Aleksiej Krizhevsky i jego sieć neuronowa, czyli jeden z tych momentów, kiedy technologia opracowana z myślą o jednym zastosowaniu odsłania swoje zupełnie nowe możliwości. GPU okazały się nie tylko narzędziem dla graczy, ale także fundamentem dla rozwoju uczenia głębokiego. Potem potrzeby badawcze zaczynają przechodzić w skalę właściwą technologicznym gigantom. Google, pracując nad sztuczną inteligencją, coraz wyraźniej potrzebuje procesorów graficznych; tajny Project Mack Truck (zob. s. 238) pochłania ponad czterdzieści tysięcy procesorów Nvidii i kosztuje ponad 130 milionów dolarów. Od tego momentu historia kart graficznych coraz mocniej staje się opowieścią o zapleczu nowej fazy kapitalizmu obliczeniowego. Brzmi ciężko? Być może, ale trudno inaczej nazwać sytuację, w której przyszłość „myślących maszyn” zależy od dostępu do konkretnych układów, serwerowni i pieniędzy liczonych już nie w milionach, lecz w dziesiątkach i setkach miliardów.
Pod koniec książki, gdy w opowieści pojawiają się już OpenAI, kolejne modele GPT i pełna eksplozja zainteresowania sztuczną inteligencją, Witt wraca do samego Huanga. Początek rozdziału „Jensen” brzmi trochę jak domknięcie wcześniejszego mitu: „Pracownicy Nvidii niemal wielbili Huanga. I wcale mnie to nie dziwiło. Byli bogaci. Niesamowicie, niewiarygodnie bogaci, a wszystko dzięki niemu” (s. 365). To zdanie ma w sobie coś komicznego i niepokojącego zarazem. Pokazuje, jak łatwo technologiczna skuteczność, ogromne pieniądze i przewidywanie trendów zmieniają lidera w figurę niemal kultową. W tym sensie książka Witta pokazuje pełną trajektorię przemiany: zaczynamy od firmy kojarzonej z grami i kartami graficznymi, a kończymy na przedsiębiorstwie stojącym u podstaw współczesnego boomu AI. „Maszyna myśląca” nie jest więc tylko biografią Huanga ani tylko historią Nvidii. To przede wszystkim opowieść o tym, jak materialna infrastruktura stała się warunkiem najbardziej niematerialnych fantazji współczesności.
Czy warto? Tak, zwłaszcza jeśli ktoś chce zrozumieć, że sztuczna inteligencja nie zaczyna się w okienku czatu. Zaczyna się dużo wcześniej: w kartach graficznych, decyzjach inżynierów, ryzykownych strategiach biznesowych, kulturze gamingu, laboratoriach badawczych i centrach danych. Książka jest obszerna, ale dobrze napisana; czyta się ją sprawnie, momentami wręcz z przyjemnością właściwą dobrze poprowadzonemu „story time”. I choć czasem można mieć wrażenie, że Witt trochę ulega magnetyzmowi własnego bohatera, to właśnie dzięki temu portret Huanga i Nvidii pozostaje żywy. A tytułowa „maszyna myśląca”? Cóż, po tej lekturze jeszcze mocniej widać, że zanim maszyna zacznie „myśleć”, ktoś musi sprzedać jej bardzo drogi mózg.
„Maszyna myśląca” to, co tu dużo mówić, solidna cegiełka. Publikacja liczy ponad czterysta stron, została podzielona na dwie części i dwadzieścia trzy rozdziały. Przy takiej objętości nie ma większego sensu streszczanie kolejnych rozdziałów jeden po drugim; ważniejsza wydaje się linia opowieści. Już we wprowadzeniu Witt jasno określa stawkę: pokazuje, jak niewielka, początkowo dość wyspecjalizowana firma z branży gier wideo stała się jednym z centralnych podmiotów technologicznej teraźniejszości. Równocześnie od początku widać, że nie będzie to wyłącznie historia przedsiębiorstwa, lecz także portret człowieka bardzo mocno zrośniętego z własną firmą. Szczególnie dobrze pokazuje to jeden z pierwszych mocnych fragmentów książki: „Huang, jako niemal jedyny, wierzy, że rozwój AI może prowadzić wyłącznie do czegoś dobrego, i to właśnie ta wiara motywuje go do pracy przez dwanaście do czternastu godzin dziennie, siedem dni w tygodniu, mimo że od czterech dekad piastuje stanowisko CEO w założonej przez siebie firmie” (s. 19). Ten cytat ustawia jedną z najważniejszych osi książki: nie chodzi tu wyłącznie o technologię, ale także o pewną wiarę w postęp, skalowanie, obliczenia i nieustanne przekraczanie dotychczasowych ograniczeń.
Kolejne rozdziały prowadzą czytelnika/czytelniczke przez biografię Huanga, która stopniowo przechodzi w historię Nvidii. To zresztą jeden z ciekawszych elementów tej opowieści: w pewnym momencie trudno oddzielić założyciela od firmy. CEO staje się niemal figurą samego przedsiębiorstwa, trochę jak w klasycznych narracjach o Apple i Jobsie. Jest tu Huang jako dziecko, migrant, student, pracownik AMD, a później człowiek, który wraz ze współpracownikami zakłada Nvidię podczas rozmów w Denny’s, czyli w miejscu tak amerykańsko-zwyczajnym, że aż idealnym na mit założycielski Doliny Krzemowej. Są początki technologicznego ryzyka, walka o miejsce na rynku i momenty, w których karta graficzna przestaje być tylko dodatkiem do komputera, a zaczyna wyznaczać przyszłość całej firmy. Witt dobrze rozumie atrakcyjność takiej historii. Opowieści o technologicznych wizjonerach łatwo zamieniają się w hagiografie, ale „Maszynę myślącą” ratują narracyjna sprawność i to, że historia Huanga rzeczywiście pozwala zrozumieć konsekwencję, z jaką Nvidia szukała dla siebie miejsca poza najbardziej oczywistymi zastosowaniami grafiki komputerowej.
W tle tej biograficzno-korporacyjnej historii pojawiają się technologiczny wyścig lat 90., rywalizacja IBM Deep Blue z Garrim Kasparowem, rozwój rynku komputerów osobistych, ale też rosnące znaczenie kultury gamingu i profesjonalnych graczy. Witt dobrze pokazuje, że gry nie były wyłącznie rozrywką ani pobocznym zastosowaniem coraz mocniejszych komputerów. Stawały się środowiskiem testowania wydajności, prędkości, obrazu i marzeń o sprzęcie mocniejszym niż ten stojący na biurku przeciętnego użytkownika. Szczególnie ciekawie wybrzmiewa tu fragment: „Za sprawą Nvidii komputery do gier stały się dla maniaków sprzętu tym, czym dla fanatyków tuningu są ich samochody – obiektem obsesji, dopieszczanym i ciągle podkręcanym” (s. 148). Dla mnie właśnie te partie mają dodatkowy, prywatny urok. „Maszyna myśląca” okazuje się momentami takim technologicznym „wspomnień czarem”: czytam o kartach graficznych, wyścigu producentów, profesjonalnych graczach i ambicjach firm, a gdzieś w tle wraca pamięć beztroskiego grania w „Quake’a”. Wtedy oczywiście nie myślało się o żadnej wielkiej stawce technologicznej rozgrywanej na zapleczu. Liczyło się, czy gra działa, jak wygląda obraz, czy wszystko chodzi płynnie i czy komputer nie zamieni się w smutny grzejnik. Dopiero z perspektywy książki Witta widać, że tamten świat nie był tylko poboczem historii komputerów. Był jednym z laboratoriów przyszłości.
Jednym z kluczowych momentów tej historii okazuje się rozwój CUDA, czyli platformy, która pozwoliła wykorzystać możliwości układów Nvidii nie tylko do grafiki, lecz także do znacznie szerszych obliczeń. I tu książka Witta robi się szczególnie interesująca, bo pokazuje, że technologiczna przewaga nie polega wyłącznie na wyprodukowaniu dobrego sprzętu. Chodzi także o stworzenie środowiska, do którego inni zaczną się przywiązywać. Strategia biznesowa CUDA miała opierać się na długoterminowej wizji: klienci ze świata nauki mieli zostać objęci jak najlepszą opieką, a zyski z wydajności miały być tak „znaczne i niepodważalne”, by wokół platformy zaczęły powstawać nowe dyscypliny akademickie. Jak mówi cytowany przez Witta Bas Aars: „Kto tego spróbuje, nie będzie chciał odejść (…). Będzie uzależniony od nas jako dostawcy. Nie będzie miał wyjścia” (s. 175). To jeden z tych fragmentów, w których „Maszyna myśląca” przestaje być wyłącznie historią technologicznego sukcesu, a zaczyna odsłaniać logikę infrastrukturalnej władzy. Nvidia nie tylko sprzedawała coraz lepsze układy. Budowała środowisko, od którego użytkownicy mieli się uzależnić, najlepiej z pełnym przekonaniem, że robią to z własnej woli, bo po prostu działa lepiej.
Naturalnym ciągiem dalszym tej historii jest wejście Nvidii w obszar badań nad sztuczną inteligencją. Witt prowadzi czytelników i czytelniczki od świata graczy i entuzjastów sprzętu do środowisk naukowych, w których układy graficzne zaczęły służyć nie tylko do renderowania obrazów, lecz także do trenowania coraz bardziej złożonych modeli. W tym kontekście pojawiaja się Aleksiej Krizhevsky i jego sieć neuronowa, czyli jeden z tych momentów, kiedy technologia opracowana z myślą o jednym zastosowaniu odsłania swoje zupełnie nowe możliwości. GPU okazały się nie tylko narzędziem dla graczy, ale także fundamentem dla rozwoju uczenia głębokiego. Potem potrzeby badawcze zaczynają przechodzić w skalę właściwą technologicznym gigantom. Google, pracując nad sztuczną inteligencją, coraz wyraźniej potrzebuje procesorów graficznych; tajny Project Mack Truck (zob. s. 238) pochłania ponad czterdzieści tysięcy procesorów Nvidii i kosztuje ponad 130 milionów dolarów. Od tego momentu historia kart graficznych coraz mocniej staje się opowieścią o zapleczu nowej fazy kapitalizmu obliczeniowego. Brzmi ciężko? Być może, ale trudno inaczej nazwać sytuację, w której przyszłość „myślących maszyn” zależy od dostępu do konkretnych układów, serwerowni i pieniędzy liczonych już nie w milionach, lecz w dziesiątkach i setkach miliardów.
Pod koniec książki, gdy w opowieści pojawiają się już OpenAI, kolejne modele GPT i pełna eksplozja zainteresowania sztuczną inteligencją, Witt wraca do samego Huanga. Początek rozdziału „Jensen” brzmi trochę jak domknięcie wcześniejszego mitu: „Pracownicy Nvidii niemal wielbili Huanga. I wcale mnie to nie dziwiło. Byli bogaci. Niesamowicie, niewiarygodnie bogaci, a wszystko dzięki niemu” (s. 365). To zdanie ma w sobie coś komicznego i niepokojącego zarazem. Pokazuje, jak łatwo technologiczna skuteczność, ogromne pieniądze i przewidywanie trendów zmieniają lidera w figurę niemal kultową. W tym sensie książka Witta pokazuje pełną trajektorię przemiany: zaczynamy od firmy kojarzonej z grami i kartami graficznymi, a kończymy na przedsiębiorstwie stojącym u podstaw współczesnego boomu AI. „Maszyna myśląca” nie jest więc tylko biografią Huanga ani tylko historią Nvidii. To przede wszystkim opowieść o tym, jak materialna infrastruktura stała się warunkiem najbardziej niematerialnych fantazji współczesności.
Czy warto? Tak, zwłaszcza jeśli ktoś chce zrozumieć, że sztuczna inteligencja nie zaczyna się w okienku czatu. Zaczyna się dużo wcześniej: w kartach graficznych, decyzjach inżynierów, ryzykownych strategiach biznesowych, kulturze gamingu, laboratoriach badawczych i centrach danych. Książka jest obszerna, ale dobrze napisana; czyta się ją sprawnie, momentami wręcz z przyjemnością właściwą dobrze poprowadzonemu „story time”. I choć czasem można mieć wrażenie, że Witt trochę ulega magnetyzmowi własnego bohatera, to właśnie dzięki temu portret Huanga i Nvidii pozostaje żywy. A tytułowa „maszyna myśląca”? Cóż, po tej lekturze jeszcze mocniej widać, że zanim maszyna zacznie „myśleć”, ktoś musi sprzedać jej bardzo drogi mózg.
Stephen Witt: „Maszyna myśląca. Jensen Huang, Nvidia i najbardziej pożądany chip na świecie”. Przeł. Michał Jóźwiak. Wydawnictwo Insignis. Kraków 2026.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

