ISSN 2658-1086

1 czerwca 11 (539) / 2026

Barbara Orzeł,

OD KARTY GRAFICZNEJ DO MASZYNY MYŚLĄCEJ (STEPHEN WITT: 'MASZYNA MYŚLĄCA. JENSEN HUANG, NVIDIA I NAJBARDZIEJ POŻĄDANY CHIP NA ŚWIECIE')

A A A
Nvidię pamiętam jeszcze z lat 90. Nie jako symbol globalnej dominacji technologicznej, ale jako nazwę kojarzoną z kartami graficznymi, komputerami, grami i tym szczególnym napięciem: pójdzie czy nie pójdzie? Czy sprzęt „uciągnie” kolejną produkcję, czy trzeba będzie pogodzić się z pikselową pokorą i świadomością, że technologia znowu uciekła trochę za daleko. Wtedy trudno było przypuszczać, że firma z takiego, dość konkretnego przecież, obszaru komputerowej wyobraźni stanie się jednym z najważniejszych graczy epoki sztucznej inteligencji. A jednak właśnie tę drogę opisuje Stephen Witt w książce „Maszyna myśląca”. To przesunięcie jest samo w sobie fascynujące: z firmy kojarzonej przez wielu użytkowników przede wszystkim z grafiką, grami i wydajnością komputerów Nvidia stała się jednym z najważniejszych dostawców infrastruktury dla AI. Dziś jej nazwa nie odsyła już wyłącznie do pytania o płynność obrazu na ekranie, lecz do znacznie większej układanki: chipów, centrów danych, modeli językowych, ogromnych pieniędzy i wizji przyszłości, w której niemal wszystko ma być jakoś „inteligentne”.

„Maszyna myśląca” to, co tu dużo mówić, solidna cegiełka. Publikacja liczy ponad czterysta stron, została podzielona na dwie części i dwadzieścia trzy rozdziały. Przy takiej objętości nie ma większego sensu streszczanie kolejnych rozdziałów jeden po drugim; ważniejsza wydaje się linia opowieści. Już we wprowadzeniu Witt jasno określa stawkę: pokazuje, jak niewielka, początkowo dość wyspecjalizowana firma z branży gier wideo stała się jednym z centralnych podmiotów technologicznej teraźniejszości. Równocześnie od początku widać, że nie będzie to wyłącznie historia przedsiębiorstwa, lecz także portret człowieka bardzo mocno zrośniętego z własną firmą. Szczególnie dobrze pokazuje to jeden z pierwszych mocnych fragmentów książki: „Huang, jako niemal jedyny, wierzy, że rozwój AI może prowadzić wyłącznie do czegoś dobrego, i to właśnie ta wiara motywuje go do pracy przez dwanaście do czternastu godzin dziennie, siedem dni w tygodniu, mimo że od czterech dekad piastuje stanowisko CEO w założonej przez siebie firmie” (s. 19). Ten cytat ustawia jedną z najważniejszych osi książki: nie chodzi tu wyłącznie o technologię, ale także o pewną wiarę w postęp, skalowanie, obliczenia i nieustanne przekraczanie dotychczasowych ograniczeń.

Kolejne rozdziały prowadzą czytelnika/czytelniczke przez biografię Huanga, która stopniowo przechodzi w historię Nvidii. To zresztą jeden z ciekawszych elementów tej opowieści: w pewnym momencie trudno oddzielić założyciela od firmy. CEO staje się niemal figurą samego przedsiębiorstwa, trochę jak w klasycznych narracjach o Apple i Jobsie. Jest tu Huang jako dziecko, migrant, student, pracownik AMD, a później człowiek, który wraz ze współpracownikami zakłada Nvidię podczas rozmów w Denny’s, czyli w miejscu tak amerykańsko-zwyczajnym, że aż idealnym na mit założycielski Doliny Krzemowej. Są początki technologicznego ryzyka, walka o miejsce na rynku i momenty, w których karta graficzna przestaje być tylko dodatkiem do komputera, a zaczyna wyznaczać przyszłość całej firmy. Witt dobrze rozumie atrakcyjność takiej historii. Opowieści o technologicznych wizjonerach łatwo zamieniają się w hagiografie, ale „Maszynę myślącą” ratują narracyjna sprawność i to, że historia Huanga rzeczywiście pozwala zrozumieć konsekwencję, z jaką Nvidia szukała dla siebie miejsca poza najbardziej oczywistymi zastosowaniami grafiki komputerowej.

W tle tej biograficzno-korporacyjnej historii pojawiają się technologiczny wyścig lat 90., rywalizacja IBM Deep Blue z Garrim Kasparowem, rozwój rynku komputerów osobistych, ale też rosnące znaczenie kultury gamingu i profesjonalnych graczy. Witt dobrze pokazuje, że gry nie były wyłącznie rozrywką ani pobocznym zastosowaniem coraz mocniejszych komputerów. Stawały się środowiskiem testowania wydajności, prędkości, obrazu i marzeń o sprzęcie mocniejszym niż ten stojący na biurku przeciętnego użytkownika. Szczególnie ciekawie wybrzmiewa tu fragment: „Za sprawą Nvidii komputery do gier stały się dla maniaków sprzętu tym, czym dla fanatyków tuningu są ich samochody – obiektem obsesji, dopieszczanym i ciągle podkręcanym” (s. 148). Dla mnie właśnie te partie mają dodatkowy, prywatny urok. „Maszyna myśląca” okazuje się momentami takim technologicznym „wspomnień czarem”: czytam o kartach graficznych, wyścigu producentów, profesjonalnych graczach i ambicjach firm, a gdzieś w tle wraca pamięć beztroskiego grania w „Quake’a”. Wtedy oczywiście nie myślało się o żadnej wielkiej stawce technologicznej rozgrywanej na zapleczu. Liczyło się, czy gra działa, jak wygląda obraz, czy wszystko chodzi płynnie i czy komputer nie zamieni się w smutny grzejnik. Dopiero z perspektywy książki Witta widać, że tamten świat nie był tylko poboczem historii komputerów. Był jednym z laboratoriów przyszłości.

Jednym z kluczowych momentów tej historii okazuje się rozwój CUDA, czyli platformy, która pozwoliła wykorzystać możliwości układów Nvidii nie tylko do grafiki, lecz także do znacznie szerszych obliczeń. I tu książka Witta robi się szczególnie interesująca, bo pokazuje, że technologiczna przewaga nie polega wyłącznie na wyprodukowaniu dobrego sprzętu. Chodzi także o stworzenie środowiska, do którego inni zaczną się przywiązywać. Strategia biznesowa CUDA miała opierać się na długoterminowej wizji: klienci ze świata nauki mieli zostać objęci jak najlepszą opieką, a zyski z wydajności miały być tak „znaczne i niepodważalne”, by wokół platformy zaczęły powstawać nowe dyscypliny akademickie. Jak mówi cytowany przez Witta Bas Aars: „Kto tego spróbuje, nie będzie chciał odejść (…). Będzie uzależniony od nas jako dostawcy. Nie będzie miał wyjścia” (s. 175). To jeden z tych fragmentów, w których „Maszyna myśląca” przestaje być wyłącznie historią technologicznego sukcesu, a zaczyna odsłaniać logikę infrastrukturalnej władzy. Nvidia nie tylko sprzedawała coraz lepsze układy. Budowała środowisko, od którego użytkownicy mieli się uzależnić, najlepiej z pełnym przekonaniem, że robią to z własnej woli, bo po prostu działa lepiej.

Naturalnym ciągiem dalszym tej historii jest wejście Nvidii w obszar badań nad sztuczną inteligencją. Witt prowadzi czytelników i czytelniczki od świata graczy i entuzjastów sprzętu do środowisk naukowych, w których układy graficzne zaczęły służyć nie tylko do renderowania obrazów, lecz także do trenowania coraz bardziej złożonych modeli. W tym kontekście pojawiaja się Aleksiej Krizhevsky i jego sieć neuronowa, czyli jeden z tych momentów, kiedy technologia opracowana z myślą o jednym zastosowaniu odsłania swoje zupełnie nowe możliwości. GPU okazały się nie tylko narzędziem dla graczy, ale także fundamentem dla rozwoju uczenia głębokiego. Potem potrzeby badawcze zaczynają przechodzić w skalę właściwą technologicznym gigantom. Google, pracując nad sztuczną inteligencją, coraz wyraźniej potrzebuje procesorów graficznych; tajny Project Mack Truck (zob. s. 238) pochłania ponad czterdzieści tysięcy procesorów Nvidii i kosztuje ponad 130 milionów dolarów. Od tego momentu historia kart graficznych coraz mocniej staje się opowieścią o zapleczu nowej fazy kapitalizmu obliczeniowego. Brzmi ciężko? Być może, ale trudno inaczej nazwać sytuację, w której przyszłość „myślących maszyn” zależy od dostępu do konkretnych układów, serwerowni i pieniędzy liczonych już nie w milionach, lecz w dziesiątkach i setkach miliardów.

Pod koniec książki, gdy w opowieści pojawiają się już OpenAI, kolejne modele GPT i pełna eksplozja zainteresowania sztuczną inteligencją, Witt wraca do samego Huanga. Początek rozdziału „Jensen” brzmi trochę jak domknięcie wcześniejszego mitu: „Pracownicy Nvidii niemal wielbili Huanga. I wcale mnie to nie dziwiło. Byli bogaci. Niesamowicie, niewiarygodnie bogaci, a wszystko dzięki niemu” (s. 365). To zdanie ma w sobie coś komicznego i niepokojącego zarazem. Pokazuje, jak łatwo technologiczna skuteczność, ogromne pieniądze i przewidywanie trendów zmieniają lidera w figurę niemal kultową. W tym sensie książka Witta pokazuje pełną trajektorię przemiany: zaczynamy od firmy kojarzonej z grami i kartami graficznymi, a kończymy na przedsiębiorstwie stojącym u podstaw współczesnego boomu AI. „Maszyna myśląca” nie jest więc tylko biografią Huanga ani tylko historią Nvidii. To przede wszystkim opowieść o tym, jak materialna infrastruktura stała się warunkiem najbardziej niematerialnych fantazji współczesności.

Czy warto? Tak, zwłaszcza jeśli ktoś chce zrozumieć, że sztuczna inteligencja nie zaczyna się w okienku czatu. Zaczyna się dużo wcześniej: w kartach graficznych, decyzjach inżynierów, ryzykownych strategiach biznesowych, kulturze gamingu, laboratoriach badawczych i centrach danych. Książka jest obszerna, ale dobrze napisana; czyta się ją sprawnie, momentami wręcz z przyjemnością właściwą dobrze poprowadzonemu „story time”. I choć czasem można mieć wrażenie, że Witt trochę ulega magnetyzmowi własnego bohatera, to właśnie dzięki temu portret Huanga i Nvidii pozostaje żywy. A tytułowa „maszyna myśląca”? Cóż, po tej lekturze jeszcze mocniej widać, że zanim maszyna zacznie „myśleć”, ktoś musi sprzedać jej bardzo drogi mózg.
Stephen Witt: „Maszyna myśląca. Jensen Huang, Nvidia i najbardziej pożądany chip na świecie”. Przeł. Michał Jóźwiak. Wydawnictwo Insignis. Kraków 2026.