ISSN 2658-1086

1 czerwca 11 (539) / 2026

Tomasz Gruszczyk,

GŁOSY I GLOSY (DOROTA NIEDZIAŁKOWSKA: 'GDY INSTRUMENTY SĄ JUŻ ODŁOŻONE. WYBÓR WIERSZY I PROZY STANISŁAWA CZYCZA')

A A A
Czytelnik i czytelniczka, którzy chcieliby rozpocząć lekturową przygodę z twórczością Stanisława Czycza, znajdują się dziś w sytuacji dosyć komfortowej. Przynajmniej gdy idzie o dostępność tekstów.

Od śmierci pisarza mija właśnie 30 lat (zm. 29 czerwca 1996 roku) i w tym czasie nie tylko wznowiono wszystkie jego wydane za życia utwory poetyckie i prozatorskie, ale również opublikowano te, które pozostawały bądź to nieznane, bądź rozproszone w prasie, bądź istniejące w różnych wariantach. Ogromna w tym zasługa badaczki, edytorki i promotorki tej twórczości, Doroty Niedziałkowskiej. To ona jest odpowiedzialna (z Dariuszem Pachockim) za odnalezienie i scalenie zachowanych fragmentów zamówionego u pisarza przez Andrzeja Wajdę scenariusza filmu o Andrzeju Wróblewskim. „Arw” – wydany w 2007 roku przez krakowski Ha!art, okazał się finalnie niedokończonym ni to scenariuszem, ni polifonicznym poematem. Tekst-hybrydę wydawcy ostatecznie opublikowali w prowadzonej przez Zenona Fajfera i Katarzynę Bazarnik serii liberatura. W 2011 roku Niedziałkowska doprowadziła do wydania pełnej wersji V części „Słów do napisu na zegarze słonecznym” w wariancie typograficznym zgodnym z intencją autorską. Wiersz – najbardziej skomplikowany poemat polifoniczny w dorobku Czycza i przez niego samego zaliczany do najważniejszych – stanowił kolejną część cyklu rozpoczętego w tomie „Berenais” z 1960 roku. Pierwotnie ukazał się w 1976 roku na łamach miesięcznika „Poezja” – tyle tylko, że z powodu niewystarczających możliwości technicznych nie w takim kształcie, w jakim planował autor. Czycz bowiem poszczególne pasma tekstu na karcie odznaczał kolorami za pomocą kredek ołówkowych – i te właśnie wersje odnalezione przez Niedziałkowską w domowym archiwum posłużyły za podstawę barwnej edycji. Weszła ona również (wraz z barwnymi wersjami części „Arwa”) w postaci osobnych druków do opracowanego przez Annę Kałużę „Wyboru wierszy” z roku 2014.

Dwa lata później w opracowaniu Niedziałkowskiej ukazały się dwa tomy prozy Czycza. „Opowiadania krzeszowickie” gromadziły utwory z dwóch tomów opowiadań – „Nim zajdzie księżyc” z 1968 roku i „Nie wiem co ci powiedzieć” z 1983 roku. Redaktorka dodała do nich dwa teksty znane dotąd wyłącznie z prasy – „Kolędników” i „Opowiadanie turystyczne”. Druga książka, „Nie wierz nikomu. Baza z fragmentami Nadbudowy”, była nie tyle wznowieniem ostatniej powieści Czycza opublikowanej za jego życia, ile edycją jej pełnej wersji. Wydanie peerelowskie zostało bowiem okaleczone przez cenzurę. Sam pisarz przeciwdziałał tym praktykom… rozdając swoim przyjaciołom egzemplarze książki z własnymi dopiskami i doklejkami. I to one właśnie, wraz z maszynopisem powieści, stanowiły podstawę nowego wydania. Niedziałkowska uzupełniła je ponadto o odnalezione w domowym archiwum pisarza fragmenty drugiego, nieukończonego tomu powieści.

Do listy tomów przygotowanych przez Niedziałkowską należy dopisać te w opracowaniu Krzysztofa Lisowskiego. Jeszcze w roku śmierci pisarza ukazał się „Ajol i Laor”. Lisowski wyjaśniał, że kształt tej książce nadał sam Czycz: biorąc na warsztat swój prozatorski debiut książkowy z 1967 roku („Ajol”), przeredagował stare teksty, poszerzył niektóre z nich i ułożył w innej kolejności. Lisowskiemu zawdzięczać też należy przygotowanie do druku ostatnich wierszy i próz, które wraz z rozmowami z pisarzem weszły w skład tomu „Stanisław Czycz. Mistrz Cierpienia” z 1997 roku. Wreszcie w 2001 roku Lisowski sygnował wybór z całej tej twórczości, zatytułowany „Wiersze. Proza”.

Potencjalny czytelnik/potencjalna czytelniczka Czycza ma więc w czym wybierać. Niewznowione przez te 30 lat pozostają chyba wyłącznie powieść „Pawana” z 1977 roku i może trochę wierszy.

Komfort wyboru może jednak szybko, bo tuż po sięgnięciu po tekst, przerodzić się w dyskomfort samej lektury. To nie jest zarzut ani ocena – jednoznacznie negatywna – tej twórczości. To raczej najkrótszy z możliwych jej opis.

Dyskomfort lektury wpisany jest w tą twórczość. Stanowi jej niezbywalną własność oraz wartość. Z czego wynika? Powodów jest kilka.

Po pierwsze – kształt zapisu wypowiedzi. I dotyczy to tak wypowiedzi lirycznej, jak narracyjnej. Kształt, który w pierwszym kontakcie wydaje się bezkształtem, nieprzypominającym niczego konkretnego, niczego znanego bezformiem. W poezji, zwłaszcza tej późnej (z tomu „Berenais”, ale i w niektórych wierszach z „Teł”), tekst nie ma postaci linearnej, nie czyta się go w sposób tradycyjny – od lewej do prawej, wers po wersie. Tworzą go bowiem pasma osobnych wypowiedzi, głosów, które rozłożone na karcie zostały w formie nieraz nachodzących na siebie, przenikających się kolumn słownych. Pasma te prowadzone są z góry na dół, ale i zygzakami czy ukośnie. Niektóre frazy czy słowa (ale i pojedyncze sylaby) okazują się wspólne dla różnych głosów, nie tyle je scalają, ile wiążą. Głosy bowiem na siebie wpływają, czasem się łączą, dialogują, czasem pozostają izolowane. Ale powinny wybrzmiewać równocześnie. Ta kompozycja słów na stronicy ma bowiem służyć uchwyceniu jednoczesności myśli, pracy świadomości, która jest wielogłosowa: w której współistnieją rozmaite głosy-wątki czy głosy-osoby. Jerzy Kwiatkowski, oceniający w redakcji Wydawnictwa Literackiego złożony do druku tomik „Tła”, miał powiedzieć, że „tego” nie da się zwyczajnie czytać (Czycz 1997: 39). Sam Czycz w autokomentarzu do V części „Słów do napisu…” sugerował, że wiersz jest w istocie partyturą muzyczną, „jest materiałem do wykonania przez kilka głosów” (Czycz 1976: 83). Ale nawet wybrzmienie utworu (w cichej czy głośnej lekturze) nie sięga jego istoty: „Nie suma, nie iloczyn tych jakby różnych głosów w pewnych moich tekstach, ale to co powstaje i realizuje się jak gdyby ponad nimi” (Czycz 1980: 17) – wskazywał Czycz. Bo „pewne koncerty zaczynają się gdy instrumenty są już odłożone” (Czycz 1979: 118).

Z prozą wcale nie jest łatwiej. Gdzieś indziej napisałem, że jej lektura to zderzenie ze ścianą mowy – trudnej do przeniknięcia, niemożliwej do przyswojenia w ramach rekreacyjnego, niezobowiązującego posiedzenia z książką. Proza Czycza przyjmuje bowiem kształt zanotowanego mówienia. Tyle tylko, że to mówienie specyficzne. Podobnie jak w poezji – wielogłosowe i wielowątkowe. Monstrualne niby-zdania próbują tu uchwycić obsesyjność i gorączkowość samego wysławiania – pasję artykulacji. Przetaczający się przez stronice prozy strumień mowy rozsadza koryto poprawności językowej, gramatyki i składni, a nawet logiki. Jej nurt unosi fragmenty historii, wspomnień, przypuszczeń, doznań przeszłych i teraźniejszych – także i tych, które towarzyszą mówiącemu w trakcie mówienia, a piszącemu w trakcie pisania. Zjawiając się naprzemiennie, fragmenty te tworzą ciągi tematyczne, pełne luk i niedopowiedzeń, które istnieją równolegle czy jednocześnie. Czytać oznacza tu – dać się porwać, ale nie utonąć. Pytanie tylko: czemu dać się porwać?

To drugi powód dyskomfortu. Czycz nie schlebia bowiem powszechnym gustom. Wykazuje wręcz ostentacyjną niechęć do zaspokajania typowych czytelniczych potrzeb: oryginalnej historii, dobrze skrojonej i zajmującej fabuły, wyrazistych bohaterów wikłających się w niebanalne wypadki o decydującym znaczeniu dla ich losów. To nie wyłącznie Postaci i ich fabularne losy – Zdarzenia, Przygody, Przypadki i Tajemnice – tworzą ów nurt, któremu można dać się porwać. Tworzy go samo Mówienie, które być może jest tu główną działającą Postacią. Recz jasna, to Mówienie – tak w poezji, jak i w prozie – zawsze jest o czymś, ma swój temat, swój przedmiot, ale samo jest też Czymś. I mocno skupia się na sobie – jest obsesyjnie egotyczne. Nie oznacza to, że to pisarstwo wyłącznie autobiograficzne (choć poddaje się takiej lekturze). Jest też autotematyczne, a może i autoteleologiczne. Wyraża jakieś „jest/jestem”, ale i wytwarza jakieś „jest/jestem”, jakąś językową obecność. I tym, zdaje się, chce przede wszystkim być: pasją – namiętnością i udręką – jakiegoś istnienia w mowie. Istnienia, które nie znajduje dla siebie miejsca pośród tego, co wspólne, pośród tego, co ma określony kształt i znaczenie; które jest z tego powodu samo siebie niepewne, a więc i rozedrgane, niestabilne, amorficzne i jako takie się manifestujące. Jeśli postaci-osoby w pisarstwie Czycza szukają – najczęściej nieskutecznie – spełnienia i potwierdzenia własnego bycia w tym, co najbardziej fundamentalne, ale i niepewne, zmienne, żywe, a więc w materii, zwłaszcza zaś w ciele, w jego doznaniach, odruchach, afektach i emocjach (jak np. bohaterowie „Pawany”) – to samo mówienie jako istnienie szuka tego samego – spełnienia i potwierdzenia – w materialności wysłowienia, w zdarzeniu językowym i tekstowym.

Dlatego ta twórczość może nużyć, męczyć a nawet i odstręczać. Ale może też frapować, pociągać, fascynować, absorbować i angażować.

Można ją też wpierw próbować oswajać – i sięgać po literaturoznawcze opracowania w poszukiwaniu pojęciowych map i kompasów oraz interpretacyjnych cum i kotwic.

O Czyczu napisano sporo. I bardzo różnie. Za życia pisarza były to głównie wypowiedzi krytyków – próby rozpoznania, nazwania, ulokowania i oceny kolejnych tomów. Pisali o Czyczu najwięksi: Flaszen, Iwaszkiewicz, Stempowski, Kwiatkowski, Bereza, Burek… Po jego śmierci przyszedł czas na szczegółowe analizy i sążniste syntezy, na roztrząsania i porównania, na wieloaspektowe monografie i numery specjalne czasopism. Próbowano regulować rwący nurt tej twórczości starymi i nowymi słownikami badawczymi, zarzucano w nim sieci rozmaitych metodologii i perspektyw badawczych, pobierano z niej próbki i badano ich skład, mieszano z innymi.

Dziś czyczologiczny dyskurs – niemal na wzór czyczowej twórczości – tworzy wielogłos odmiennych, czasem zbieżnych, czasem przeczących sobie wzajem wypowiedzi.

Doskonałe przybliżenie obu tych wielogłosów przynosi najnowsza książka Doroty Niedziałkowskiej. „Gdy instrumenty są już odłożone” w większej części stanowi wybór tego pisarstwa. Znalazło się tu miejsce dla „Anda”, najbardziej znanego i najszerzej chyba komentowanego w jego dorobku – prozatorskiego debiutu, a także fragmentów opowiadań z każdego tomu, urywków obu powieści, wreszcie – niemal wszystkich wierszy. Jest i wspominana tutaj V część „Słów do napisu…”, która w postaci kolorowej wklejki umieszczona została na końcu tomu. Ten wybór daje dobry, poznawczy wgląd w specyfikę pisarstwa Czycza – zwłaszcza poetyckiego – i w jego różnorodność. Szkoda tylko, że „Pawana” – istniejąca w jednym tylko wydaniu z 1977 roku – zaprezentowana została w skąpym wyborze zaledwie kilkunastu stron. Niemniej to świetny przekrój całego tego literackiego dorobku. Pozwala się w nim rozeznać, rozejrzeć, a nawet zanurzyć.

Wybór tekstów Czycza poprzedza trzyczęściowe wprowadzenie Niedziałkowskiej. Część pierwsza i najobszerniejsza, zatytułowana „Życie, literatura, pamięć”, ma charakter szkicu wiążącego biografię pisarza z biografiami jego utworów. To bardzo ciekawy zabieg, wziąwszy pod uwagę, że w istocie mamy tu do czynienia z pisarzem bez biografii – w jego życiu brak było wielkich wydarzeń, podróży, skandali (może prócz ekscesu z przyjęciem do Związku Literatów Polskich), sam też nie epatował własną osobą, z życia publicznego wycofywał się w twórczość. I to jej losy – historia powstawania utworów oraz ich recepcji – z konieczności zajmuje tu więcej miejsca. I słusznie, bo to losy nieraz zagmatwane (jak w przypadku „Arwa”, „Listów/Jola” czy „Słów do napisu…”) i arcyciekawe. Począwszy od tej części wprowadzenia Niedziałkowska – zaprzęgając do pracy swój warsztat edytorski oraz literaturoznawczy – pokazuje, jak krytyka (wpierw) i historia literatury (potem) próbowały sobie poradzić z tym fundamentalnym pytaniem, które u początków prozatorskiej kariery autora z Krzeszowic postawił Stempowski: gdzie umieścić Czycza? Kluczowe w tym przedsięwzięciu jest właśnie to, że Niedziałkowska pokazuje. Nie komentuje, nie polemizuje, nie wdaje się w krytyczne dyskusje, lecz cytuje, przypomina, omawia i rekapituluje. Zestawiając ze sobą reakcje publiczności i krytyki, odtwarza żywot dzieł – ich istnienie i oddziaływanie.

W rozdziałach kolejnych – „Strategie interpretacyjne twórczości Czycza” oraz „Interpretacje wybranych utworów” – śledzi zaś badaczka, jak dzieło to, obrastając w znaczenia, nieustannie meandruje, rozwidla się i wylewa z brzegów wcześniejszych odczytań. Nie znajduje dla siebie stałego miejsca, nie daje się uregulować gotowym słownikom szkół, estetyk, poetyk, a bywa też, że swych czytelników porywa i ponosi. Niedziałkowska skrupulatnie i rzeczowo omawia tak pojedyncze studia oraz szkice, jak wciąż nie dość liczne monografie: Jacka Rozmusa, Piotra Mareckiego, Justyny Urban oraz – całkiem słusznie – swą własną. Umiejętnie przy tym wyłuskuje z tekstów oryginalne propozycje interpretacyjne, poetologiczne modele czy strategie lektury. Sama zresztą też podsuwa instrukcje czytania. Nie są to jednak tropy egzegezy, a raczej wskazówki postępowania z niecodzienną materią tekstu.

W efekcie wprowadzenie do twórczości Czycza to w istocie podprowadzenie na jej brzeg i wskazanie palcem: tu jest, tak mówią.

LITERATURA:

Czycz S.: „(*** [Oto kilka uwag do mojego tutaj tekstu…]”. „Poezja” 1976, nr 7/8.

Czycz S.: „jeszcze”. W: Tegoż: „Wybór wierszy” Kraków 1979.

„Rozmowa ze Stanisławem Czyczem” [rozmawiał J. Marx]. „Poezja” 1980, nr 7.

„Rozmowy ze Stanisławem Czyczem. Rozmowa druga”. W: „Stanisław Czycz. Mistrz Cierpienia”. Kraków 1997.
Dorota Niedziałkowska: „»Gdy instrumenty są już odłożone«. Wybór wierszy i prozy Stanisława Czycza”. Instytut Książki. Kraków 2025.