ISSN 2658-1086

1 czerwca 11 (539) / 2026

Wanda Sołtysik,

SZTUKA POWROTÓW, CZYLI STARE POSTACIE I STARA WARSZAWA Z NOWEJ PERSPEKTYWY I W NOWYCH CZASACH (TACO HEMINGWAY: 'LATARNIE WSZĘDZIE DAWNO ZGASŁY')

A A A
Na różne sposoby parafrazowana heraklitejska sentencja, że „nie da się wejść do tej samej rzeki dwa razy”, funkcjonuje powszechnie w obiegu przysłów i frazesów. Zwykle nie dopowiada się jej dalszego ciągu, który dodaje tej wypowiedzi głębszego sensu, mianowicie twierdzenia „bo to już nie ten sam człowiek i nie ta sama rzeka”. Słowa te musiał wziąć sobie do serca Taco Hemingway przy tworzeniu najnowszego albumu „Latarnie wszędzie dawno zgasły”. I to sprawiło, że ten album się udał.

Po dokładnie jedenastu latach od premiery swojego fonograficznego debiutu warszawski raper zabiera nas znów do świata owianej papierosowym dymem stolicy, opowiadając nam dalsze losy trzech bohaterów – Jego (narratora), Rudej i Piotra, znanych nam z dramatu „Trójkąta warszawskiego”. Powroty do sprawdzonych formuł zawsze budzą obawy, że „odgrzany kotlet” nie będzie smakował tak jak wcześniej, a zarzuty o odcinanie kuponów od sukcesu zazwyczaj przy podobnych wydaniach nie mijają się daleko z prawdą. Jednak tutaj mamy do czynienia nie z ponownym opowiedzeniem znanej historii, a właśnie kontynuacją tejże. Cel tej kontynuacji jest jasny – nadanie pierwotnym wydarzeniom nowej perspektywy.

Dramat w IV aktach

Oceniając album najpierw jako „słuchowisko fabularne w IV aktach” (jako taki był promowany w mediach społecznościowych przez wytwórnię 2020, której nakładem ukazało się wydawnictwo), należy pochwalić bardzo sprawne skonstruowanie opowiadanej historii. Ramą fabularną, jak i mechanizmem napędzającym historię ponownie jest nocne życie głównego bohatera, który snuje się pomiędzy lokacjami Warszawy, spisując w notatki własne przemyślenia i natykając się niby przypadkiem na pozostałych bohaterów, a więc przede wszystkim Rudą – swoją byłą dziewczynę, oraz jej kolejnego amanta. Piotr, nemezis narratora, choć w opowieści z „Latarni” gra ważną rolę, to bezpośrednio nigdy się w niej nie pojawia. Akcja toczy się równym rytmem, a każdy z dwunastu utworów (pomijam tutaj interludia wprowadzające do kolejnych aktów) popycha znacząco fabułę do przodu.

Strukturę albumu nadają cztery akty, każdy poprzedzony odpowiednim intro, na które składa się podobna fraza muzyczna dopełniona fragmentami z utworów z katalogu Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych i z zasobów Filmoteki Narodowej – Instytutu Audiowizualnego (FINA) (zob. genius.com; z tego portalu pochodzą też cytowane w recenzji teksty piosenek Taco Hemingwaya). Użyte wycinki ze starych nagrań służą jako zapowiedź wydarzeń mających nastąpić w danym akcie. Taco zdaje się nawiązywać do greckiego dramatu i funkcji, jaką pełnił w nim chór, wieszcząc przyszłe losy bohaterów. Te przywołanie antycznej tragedii objawia się też w budowanym na przestrzeni albumu poczuciu, że wszystko to nieuchronnie zmierza do nieszczęśliwego zakończenia lub nawet śmierci uczestników dramatu, co podbudowują liczne sugestie zawarte w tekście już od pierwszego kawałka o sugestywnym tytule „Plac Trzech Krzyży”.

Utwory wypełniają zarówno relacjonowane na bieżąco wydarzenia, jak i nihilistyczne przemyślenia głównego bohatera. Wszystko to okraszone suto jest bogatymi opisami Warszawy trzeciej dekady XXI wieku i rzeczywistości, w jakiej żyją jej mieszkańcy. Znajdą się tutaj więc znane ludności stolicy lokacje takie jak otwierający fabułę Plac Trzech Krzyży, powracające z wydarzeń z „Trójkąta” Plac Zbawiciela i Plan B czy Newonce Bar, w którym nasz narrator spotyka się po raz pierwszy od dekady z Rudą.

Opowieść wciąga, a Taco nagradza odbiorcę za uważne słuchanie. Album nasycony jest ogromem nawiązań do debiutu artysty oraz wieloma innymi aluzjami do poprzednich wydawnictw, jak choćby we fragmencie z zamykającego album utworu „Ostatni?”, w którym Ruda ujawnia, że odkryła podstęp głównego bohatera podszywającego się pod Piotra. Do odkrycia doprowadziło ją „wrażenie, jakby rozmawiała z robotem”. Fan warszawskiego rapera szybko wyłapie odniesienie do utworu „2031” z albumu Hemingwaya z lipca 2018 roku: „Trójkąt warszawski 2, krytyka miesza go z błotem / W sumie to owszem, mogłem odpuścić plot twist, w którym się Piotrek okazał robotem”.

Oprócz tego wewnątrz fabuły albumu nie brakuje samodzielnych punktów zaczepienia i motywów przewodnich. Jednym z nich jest czerwona bluza marki Prosto, której odzyskanie staje się dla bohatera pretekstem do odnowienia kontaktów z byłą, a która stale w opowieści będzie powracać. Inny to mandat otrzymany podczas ostatniego spotkania przed rozstaniem, który narrator traktuje jako relikwię. Te nawiązania – i wiele innych – stanowią dla odbiorcy przyjemne znaczniki, które się zauważa, których się szuka i z każdym kolejnym odsłuchem wyławia się więcej.

Smutna stolica

Atmosferę tworzą wspomniane opisy aury stolicy. Warszawa, jaką przedstawia nam raper, jest miastem zimnym, spowitym mgłą i papierosowym dymem. Sam tytuł i przewijający się motyw zgaszonych lub zniszczonych latarni świadczy o wizji miasta bez światła, lub takiego, w którym ciepłe światło lamp olejnych zastąpiły zimne LED-y. Taki sam surowy opis dotyczy jego mieszkańców, którzy znowu pod czujnym okiem artysty jawią się jako raczej smutne i wstrętne kreatury. Diagnozy stawiane przez Taco są tyleż surowe, co boleśnie celne, jak ta zawarta na początku drugiej zwrotki „Fotomodelek”:

– Jak chcę orientu, to se odwiedzam Sapko

Prócz tego czuję się w Warszawie jak więzień

Gdy patrzę w twe oczy, tak zmęczone małpką

Myślę, że Polska to jedna wielka izba wytrzeźwień.

Wersy te zapadają na długo w pamięć, zwłaszcza w świetle badań opublikowanych przez agencję SW Research w październiku tego samego roku, mówiących, że Polacy ponad 500 tysięcy małpek rocznie nabywają i spożywają jeszcze w godzinach porannych (zob. portalspozywczy.pl).

Znak czasów

O czym jednak są tak naprawdę „Latarnie” poza samą opowieścią o losach Jego i Rudej? Są przede wszystkim opowieścią o realiach współczesnego świata i dużego miasta. Są też dokumentacją zmian w naszej codzienności – jak i w poglądach samego artysty. W booklecie dołączonym do drugiego wydania „Trójkąta warszawskiego” Taco mówi, że przy tworzeniu wówczas tego albumu towarzyszyła mu myśl, że będzie on pocztówką z Warszawy Anno Domini 2014. Najnowsze wydawnictwo stosuje ten zabieg jeszcze bardziej świadomie, dodając więcej fragmentów mówiących nam o współczesnej rzeczywistości. Wewnątrz opowieści pojawia się używanie AI jako narzędzia do komunikacji z innymi, w radiu leci Doechii, nie Gotye, a sale kinowe świecą już pustkami. Należy tu przytoczyć słowa Bartłomieja Ciepłoty, który w swojej recenzji zawarł to zwięźle, twierdząc: „Album ten funkcjonuje jako spójna i wysoce zinternalizowana narracja o doświadczeniu temporalnego niedopasowania jednostki do przyspieszonej nowoczesności” (Ciepłota 2026).

Zmianę poglądów widać też w nowych perspektywach, jakie ukazują nam „Latarnie” w stosunku do tych przedstawionych na „Trójkącie”. Najbardziej istotną jest zupełnie nowe światło, jakie pada na postać Rudej. Jej perspektywa na sytuację sprzed lat, znaną z utworu „Wszystko jedno”, tym razem poznajemy w „Bez stresu”, jedynym kawałku, gdzie to ona przyjmuje rolę narratorki. Przedstawiona nam na debiucie jako bezbronna łania, wyrwana z rąk bohatera przez Piotra, na nowym albumie okazuje się być pewną siebie młodą kobietą, która sama poluje na przelotne, lecz mięsiste romanse. Jej ofiarą padli zarówno narrator, jak i jego nemezis. Piotr-Łotr (nadany mu przez narratora jeszcze w pierwszej opowieści przydomek) z kolei okazuje się nieudolnym podrywaczem, który ma „na kwadracie syf jak Jackson Pollock” i zdąży zasnąć, zanim skonsumuje swoją ofiarę.

W tym momencie należy w końcu powiedzieć o ogromnym wkładzie Livki w całość albumu. Jej głos staje się głosem byłej dziewczyny głównego bohatera, pojawia się w wielu utworach i całkowicie przejmuje scenę właśnie w „Bez stresu”. Młoda artystka sprawdza się wyśmienicie w tej roli zarówno aktorsko, jak i wokalnie, rapując z pełną werwą, co odbiega od jej standardowego repertuaru popowych utworów. Zabieg nadania Rudej po raz pierwszy konkretnego głosu i oddania jej go na albumie sprawia, że całość sytuacji w oczach odbiorcy zmienia się na jej korzyść i oczywiście na niekorzyść narratora. To również znak czasów, w których dopuszczanie do wypowiedzi kobiet jest nadal bardzo potrzebne i ważne. Wskazuje to przy tym na nieustanne dopasowywanie się Taco jako artysty do zmieniających się warunków społecznych.

Album na lata, nie na lato

Mimo to raper poczynił parę zabiegów, by jego historia poza byciem znakiem czasów była też w pewien sposób pozaczasowa. Pomiędzy AI a DM-ami dalej znajdzie się miejsce na piosenki pisane w notesie, stare Astry, jakimi wożą głównego bohatera taksówkarze, i klekoczące tramwaje. Największym wsparciem w tym wyrwaniu fabuły ze stricte 2025 roku okazuje się warstwa muzyczna. Do współpracy Taco zaprosił swoich stałych producentów. Bity na album stworzyli Rumak, Zeppy Zep, Atutowy oraz Returnersi, których analogowe brzmienie to tutaj wartość nie do przecenienia. Podkłady stanowią zarówno współczesne brzmienia, elektroniczne rapowe („Trzy kropki”, „Fotomodelki”, „Bez stresu”) z muzyką żywcem wyciągniętą z lat 90. („Plac Trzech Krzyży”, „Pustoszeją sale kinowe”, „Odtrutka”). W obu wypadkach wychodzi bardzo dobrze i nie mogę się zgodzić z opinią, że brakuje w tym wszystkim groove’u (por. Samborski 2025). Odczuwalne jest przesunięcie muzyki na dalszy plan, tak by stanowiła odpowiednie tło dla snutej historii, nie dominując nad nią, co wydaje się właściwym zabiegiem, skoro album promowany był jako słuchowisko.

Lata 90. przywracane są również we wspomnianych fragmentach z utworów Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych i Filmoteki Narodowej – Instytutu Audiowizualnego (FINA). Oprócz nich cięte przez DJ-a Chwiała i gęsto użyte sample z utworów funkcjonujących w ostatniej dekadzie XX wieku warszawskich składów rapowych osadzają album poza czasem, za to mocniej ukorzeniając go w samej stolicy. Na pochwałę zasługuje również wykorzystanie fragmentów utworów tuzów polskiej muzyki. Mowa o wersach wyciętych z „Byłaś serca biciem” Andrzeja Zauchy przywołanych w refrenie „Tramwajów” i samplu z „S.O.S.” Kaliny Jędrusik bogato użytym w kawałku „Ratunku!”. Niezwykle cieszy, że wykorzystywanie hitów z przeszłości wyszło poza proste przeniesienie refrenu, co stanowiło prawdziwą plagę w ostatnich latach w muzyce zarówno polskiej, jak i zagranicznej.

Rap najlepszej marki

Dla porządku należy wspomnieć o nawijce samego Taco. Jest ona tak samo jak muzyka dostosowana do opowieści, a więc raczej stonowana. Nie znajdziemy tutaj nagłych przyspieszeń czy śpiewnych partii znanych z ostatnich wydawnictw artysty. Śpiew pojawia się jedynie w wykonaniu Livki. Mimo to, pod względem rapowego warsztatu Hemingway jest w najlepszej formie. Jego wokal brzmi wyraziście, a słowa zostają nieraz wręcz opryskliwie wyrzucone pod bit. Do tego fanatycy tekściarskich popisów będą mieli na „Latarniach” prawdziwą ucztę składającą się z podwójnych rymów wypełniających prawie każdy utwór.

Łyżka dziegciu na koniec

Album spotkał się z ogromnie ciepłym przyjęciem ze strony fanów i nieprawdą byłoby twierdzenie, że pozytywne głosy to efekt głównie faktu, iż jest to powrót do formy, za którą pokochaliśmy Taco Hemingwaya. Krytycy znajdują w „Latarniach” oczywiście liczne wady, jednak w mojej opinii wynika to ze strachu, że jednoznacznie pozytywna ocena zostałaby uznana za nierzetelną. Na takie ryzyko narażona jest niniejsza recenzja, która jawi się jako bardzo pochwalna. Jest jednak element, który i we mnie wywołał zgrzytnięcie zębami już przy pierwszym odsłuchu. Mowa o ostatniej zwrotce zamykającego album utworu „Ostatni?”. Tamże już po rozwiązaniu ostatecznym rozrachunków z Rudą i po ujawnieniu zwrotu akcji, do jakiego prowadzą nas „Latarnie”, narrator rzuca się taksówką w miasto i potok jego myśli na chwilę zaciera nam granicę między bohaterem a samym autorem – Taco. Dzieje się to poprzez szybką recytację wersów nawiązujących do przeszłych albumów i utworów artysty, niejako siłą wciśniętą w ostatnie linijki albumu. Rozumiem, że to gra, którą przez całą karierę prowadzi z słuchaczami warszawski raper, każąc im w kółko zachodzić w głowę, jak bardzo treść jego opowieści stanowi jakąś relację z jego rzeczywistych przeżyć. Gra ta miała sens, kiedy Taco w 2014 był raperem znikąd i można było swobodnie snuć przypuszczenia na temat tego, jak wygląda jego życie. W 2025 takie przypuszczenia nie są możliwe, bo życie jednego z najbardziej popularnych raperów w Polsce nie mogłoby stać się sceną dla wydarzeń z „Latarni”. Ta końcówka w efekcie psuje immersję w opowieść i jawi się jako wybieg, sposób na huczne zakończenie niehucznej historii. Co najmniej, jakby raper nie wierzył, że planowany przez niego twist wystarczy, by usatysfakcjonować słuchacza.

Jednak problematyczne zakończenia konceptualnych albumów to stała u rapera, więc w tym wyliczeniu znajduję pewną nutę ironii. Już przy opublikowanym w 2016 roku „Marmurze” Marcin Flint o jego końcówce pisał, że „autor łączy za słuchacza kropki jakby świadom, że ten nastawiał je tak, że właściwie nie sposób połączyć je zgrabnymi liniami” (Flint 2016). Podobny niedosyt (niesmak?) zostawiało zakończenie „Europy” z roku 2021, której koncept dziennika z podróży po kontynencie prowadził donikąd lub, jeśli go łaskawie naciągnąć, powtarzał wątki właśnie z „Marmuru”. Poprawnie zrealizowana klamra udała się jedynie na bardzo nieudanym – wydanym z „Europą” –„Jarmarku” oraz na przedostatnim albumie „1-800 Oświecenie”.

„Latarnie wszędzie dawno zgasły” to album, który uniknął losu wielu nieudanych powrotów. Przyczyną tego sukcesu jest podkręcenie o dwa stopnie tego, co było dobre na debiucie, tj. lokalności, ciężkiej atmosfery, zagęszczenia narracji, oraz dodanie tego, czego słuchacz mógł oczekiwać, czyli pogłębienia wątków, nowych perspektyw, pełniejszego konceptu na poziomie treści i brzmienia. Dobrze przemyślany plan i pomysł wydają się kluczem do sukcesu Taco przy ponownym opowiadaniu swojego dramatu z nocną Warszawą jako tłem i postacią w jednym. Pokuszę się o stwierdzenie, że jest to najlepiej zrealizowany koncept album w jego dotychczasowej karierze.

LITERATURA:

Ciepłota B.: „Taco Hemingway »Latarnie Wszędzie Dawno Zgasły«: certyfikowany warszawiak po latach – recenzja”. „GlamRap”. 13.01.2026. https://glamrap.pl/taco-hemingway-latarnie-wszedzie-dawno-zgasly-certyfikowany-warszawiak-po-latach/.

Flint M.: „Recenzja Taco Hemingway »Marmur«: Na co ci to, Taco?”. „Interia Muzyka”. 14.11.2016. https://muzyka.interia.pl/recenzje/news-recenzja-taco-hemingway-marmur-na-co-ci-to-taco,nId,2305596.

„Latarnie wszędzie dawno zgasły”. https://genius.com/albums/Taco-hemingway/Latarnie-wszedzie-dawno-zgasy.

„Małpki rozpijają Polaków? Nowe badania nie zostawiają wątpliwości”. „Portal Spożywczy”. 25.10.2025. https://www.portalspozywczy.pl/alkohole-uzywki/wiadomosci/malpki-rozpijaja-polakow-nowe-badania-nie-zostawiaja-watpliwosci,282006.html.

Samborski R.: „Taco Hemingway »Latarnie wszędzie dawno zgasły«: Trójkąt warszawski – the sequel [RECENZJA]”. „Interia Muzyka”. 30.12.2025. https://muzyka.interia.pl/recenzje/news-taco-hemingway-latarnie-wszedzie-dawno-zgasly-trojkat-warsza,nId,22503677.
Taco Hemingway: „Latarnie wszędzie dawno zgasły” [wytwórnia: 2020, rok wydania: 2026].