NADZIEJA UMIERA OSTATNIA ('NIE ZAPOMNIJ NAKARMIĆ GOŁĘBI. DZIENNIK Z GAZY')
A
A
A
„Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy” to jedna z najtrudniejszych lektur na temat ludobójstwa w Gazie, jakie ukazały się w ostatnich latach na polskim rynku wydawniczym. Trudność ta bynajmniej nie wynika ze strony formalnej. Forma wpisów w dzienniku okazuje się bardzo angażująca i narzuca doskonałe tempo narracji, a język opisu będzie przystępny dla każdego – pozbawiony skomplikowanej terminologii, ozdobników, pełny prostoty i niewymuszonej wrażliwości. Trudność sprowadza się natomiast do gravitas, bowiem zarówno surowy zapis przebiegu pierwszych miesięcy bombardowań Strefy Gazy przez Izrael, jak i do bólu szczera introspekcja autora pozostawiają czytelników i czytelniczki z poczuciem ogromnego przygnębienia, bezradności, ale także niezgody i wściekłości. Co zrobić po takiej lekturze? Anonimowy autor dziennika nie wymaga od nas wiele – chce zostać wysłuchany. Sens swojej relacji postrzega tak: „Gdy piszę, to znaczy, że staram się ze wszystkich sił przetrwać. (…) Bo dopóki piszę, to znaczy, że moje serce wciąż bije… a mój głos zasługuje na wysłuchanie” (s. 100).
„Nie zapomnij nakarmić gołębi” ukazuje Gazę od pierwszych dni izraelskich nalotów, od października 2023 roku do marca 2024 roku. Taka perspektywa czasowa jest niesamowicie cenna poznawczo – autor w naturalny sposób zdołał uchwycić proces stopniowej dekonstrukcji i rozpadu, zarówno materialnego, jak i duchowego. Postawy mieszkańców Gazy zmieniają się z każdym tygodniem i mierzą się oni z coraz to nowymi dysonansami – mają coraz mniej nadziei, ale coraz więcej potrafią znieść, mają coraz mniej oczekiwań, ale coraz więcej determinacji, by przetrwać. Im więcej nieszczęścia wokół, tym więcej desperackich prób ocalenia resztek szczęścia: „Choć wojna wyzwoliła najgorsze zło tego świata, ujawniła też prawdziwe dobro” (s. 22). W pierwszych dniach Palestyńczycy ratują wszystko i wszystkich – siebie, rodziny do kilku pokoleń wstecz, zwierzęta domowe: „Wokół ostre bombardowanie; nie wiadomo, skąd słychać wybuchy, a my z siostrą wymyślamy kreatywne sposoby na uratowanie rybki” (s. 29 ). Poprzednie „eskalacje” pozwalają im wierzyć, że i ta niebawem się zakończy. Kolejne miesiące to zadziwiająco szybkie – i jednocześnie konieczne – przejście do specyficznej rutyny przetrwania: „(…) myślę, że coraz bliżej nam do czasów, gdy ludzie będą działać wbrew sobie tylko po to, by mieć co jeść” (s. 174) – pisze autor miesiąc po rozpoczęciu bombardowań. Bardzo szybko ludzie orientują się, że w aptece nie kupią już regularnie przyjmowanych lekarstw, że ustawienie się w kolejce po chleb wymaga wpisu na listę, że posiadanie dzieci, które dotychczas dla wielu stanowiły główne źródło szczęścia, staje się największym ciężarem, że zaczynają tęsknić za widokiem paczki chusteczek, a zaparzenie herbaty wymaga spalenia resztek plastiku. Autor zastanawia się: „Nawet drewna brakuje, niektórzy sprzedają je na opał do gotowania wody czy jedzenia. Co jeszcze zostało do sprzedania? Powietrze?” (s. 175).
Wizja Strefy Gazy jako największego na świecie więzienia na świeżym powietrzu staje się w dzienniku wręcz namacalna. Mieszkańcy nie mają dokąd uciec z powodu izraelskiej blokady i regularnych bombardowań, a efekty strategii Izraela, polegającej na koncentracji Palestyńczyków na jak najmniejszym obszarze, są widoczne gołym okiem. Jak relacjonuje autor: „Zauważam różne akcenty. Jakby wszystkie regiony Gazy zebrały się w jednym miejscu. (…) Gaza to gęsto zaludniony teren, a teraz jedna połowa ewakuowała się do drugiej. Dwa razy więcej ludzi na dwa razy mniejszym terenie” (s. 102). Kurczy się nie tylko dostępna przestrzeń: w drastycznym tempie kurczy się życie wszystkich mieszkańców Gazy – wieczorem planujących, jak przetrwać noc, a o poranku, jak przeżyć kolejny dzień.
W takich warunkach jako przejmujące jawią się relacje autora ze światem zewnętrznym. Kiedy w Gazie akurat można „złapać” odrobinę internetu, pojawiają się wiadomości od znajomych spoza Gazy. Próbują pocieszać, wysyłają wspólne zdjęcia z przeszłości, wywołując tym samym jeszcze większą rozpacz. Ktoś pisze autorowi, że podziwia jego poczucie godności – ten zastanawia się, czy w ogóle jeszcze jakąś ma. Tego typu fragmenty pojawiające się na przestrzeni całej książki rzucają wyzwanie nam – czytelnikom i czytelniczkom. Osobiście wielokrotnie orientowałam się, że sama miałabym ochotę skierować do autora podobne słowa – że podziwiam Palestyńczyków, ich upór, godność, dobroć i wręcz absurdalny altruizm. Sam autor nie wpada jednak w pułapkę romantyzowania postaw palestyńskich i pisze tak: „Próba przeżycia to nie jest wytrzymałość. Kocham życie i chcę je wykorzystać jak najlepiej. Chcę podróżować, słuchać muzyki, poznawać inne kultury. Nie chcę próbować przeżyć. Nie chcę codziennie się modlić, żeby zobaczyć kolejny wschód słońca. Nie jestem wytrzymały. Jestem słaby, jestem bezbronny. Ale chcę żyć” (s. 90).
Szczerość i autentyczność autora stanowią ogromną siłę dziennika. On sam nie ukrywa swoich trudnych, często sprzecznych emocji – nie mamy wrażenia, że próbuje „sprzedać” czytelnikowi jakąś wizję idealnej ofiary czy bohatera. Chciałby, żeby osoby czytające poznały mieszkańców Gazy takich, jacy naprawdę są – gościnni, częściej konserwatywni niż progresywni, zakochani w widoku morza, pełni patriarchalnych przekonań, uparci i, po prostu, kochający życie. Autor doskonale wie, że dyskurs, nawet popularny, o Palestynie nie istnieje: „Nikt nie widział ani nie słyszał, jak tańczymy i budujemy szczęśliwe życie, nikt nie widział, jak sadzimy kwiaty i realizujemy marzenia, nikt nie słyszał jak śpiewamy i wydajemy radosne okrzyki na weselach i przy radosnych okazjach. A w tej chwili nikt nie widzi, jak umieramy i wołamy o pomoc” (s. 221). Dzięki swojej relacji podejmuje nie tylko próbę rekonstrukcji samej traumy i zniszczenia, ale, paradoksalnie, także konstrukcji własnej tożsamości, w czym jako czytelnicy i czytelniczki możemy mu towarzyszyć.
Co ciekawe, w całej książce ani raz nie pada określenie „ludobójstwo” czy „wojna”. Autor w ironiczny sposób, sporadycznie, używa określenia „eskalacja”, ale w zdecydowanej większości przypadków, próbując jakkolwiek referować opisywane wydarzenia, używa sformułowania „ta sytuacja”. Zabieg momentami wybrzmiewa w pełni naturalnie, momentami jednak sprawia wrażenie świadomej gry z problematycznym dyskursem, przepełnionym „zbalansowanym” słownictwem lub cechującym się brakiem użycia odpowiednich słów.
Trudno w „tej sytuacji” nie poruszyć najbardziej niebezpiecznej kwestii – nadziei. To właśnie w tej sprawie autor wydaje się najbardziej radykalny, proponując antycyniczne podejście: „Wiem, że nadzieja to wewnętrzne uczucie, ale od czasu do czasu powinna to być też decyzja. Dzisiaj postanawiam być pełny nadziei. Zamykam oczy i próbuję odpocząć. Mam nadzieję na lepsze jutro” (s. 203). Jeśli więc za coś mielibyśmy Palestyńczyków podziwiać – to za udowadnianie, że ostatecznie nadzieja to czasownik.
„Nie zapomnij nakarmić gołębi” ukazuje Gazę od pierwszych dni izraelskich nalotów, od października 2023 roku do marca 2024 roku. Taka perspektywa czasowa jest niesamowicie cenna poznawczo – autor w naturalny sposób zdołał uchwycić proces stopniowej dekonstrukcji i rozpadu, zarówno materialnego, jak i duchowego. Postawy mieszkańców Gazy zmieniają się z każdym tygodniem i mierzą się oni z coraz to nowymi dysonansami – mają coraz mniej nadziei, ale coraz więcej potrafią znieść, mają coraz mniej oczekiwań, ale coraz więcej determinacji, by przetrwać. Im więcej nieszczęścia wokół, tym więcej desperackich prób ocalenia resztek szczęścia: „Choć wojna wyzwoliła najgorsze zło tego świata, ujawniła też prawdziwe dobro” (s. 22). W pierwszych dniach Palestyńczycy ratują wszystko i wszystkich – siebie, rodziny do kilku pokoleń wstecz, zwierzęta domowe: „Wokół ostre bombardowanie; nie wiadomo, skąd słychać wybuchy, a my z siostrą wymyślamy kreatywne sposoby na uratowanie rybki” (s. 29 ). Poprzednie „eskalacje” pozwalają im wierzyć, że i ta niebawem się zakończy. Kolejne miesiące to zadziwiająco szybkie – i jednocześnie konieczne – przejście do specyficznej rutyny przetrwania: „(…) myślę, że coraz bliżej nam do czasów, gdy ludzie będą działać wbrew sobie tylko po to, by mieć co jeść” (s. 174) – pisze autor miesiąc po rozpoczęciu bombardowań. Bardzo szybko ludzie orientują się, że w aptece nie kupią już regularnie przyjmowanych lekarstw, że ustawienie się w kolejce po chleb wymaga wpisu na listę, że posiadanie dzieci, które dotychczas dla wielu stanowiły główne źródło szczęścia, staje się największym ciężarem, że zaczynają tęsknić za widokiem paczki chusteczek, a zaparzenie herbaty wymaga spalenia resztek plastiku. Autor zastanawia się: „Nawet drewna brakuje, niektórzy sprzedają je na opał do gotowania wody czy jedzenia. Co jeszcze zostało do sprzedania? Powietrze?” (s. 175).
Wizja Strefy Gazy jako największego na świecie więzienia na świeżym powietrzu staje się w dzienniku wręcz namacalna. Mieszkańcy nie mają dokąd uciec z powodu izraelskiej blokady i regularnych bombardowań, a efekty strategii Izraela, polegającej na koncentracji Palestyńczyków na jak najmniejszym obszarze, są widoczne gołym okiem. Jak relacjonuje autor: „Zauważam różne akcenty. Jakby wszystkie regiony Gazy zebrały się w jednym miejscu. (…) Gaza to gęsto zaludniony teren, a teraz jedna połowa ewakuowała się do drugiej. Dwa razy więcej ludzi na dwa razy mniejszym terenie” (s. 102). Kurczy się nie tylko dostępna przestrzeń: w drastycznym tempie kurczy się życie wszystkich mieszkańców Gazy – wieczorem planujących, jak przetrwać noc, a o poranku, jak przeżyć kolejny dzień.
W takich warunkach jako przejmujące jawią się relacje autora ze światem zewnętrznym. Kiedy w Gazie akurat można „złapać” odrobinę internetu, pojawiają się wiadomości od znajomych spoza Gazy. Próbują pocieszać, wysyłają wspólne zdjęcia z przeszłości, wywołując tym samym jeszcze większą rozpacz. Ktoś pisze autorowi, że podziwia jego poczucie godności – ten zastanawia się, czy w ogóle jeszcze jakąś ma. Tego typu fragmenty pojawiające się na przestrzeni całej książki rzucają wyzwanie nam – czytelnikom i czytelniczkom. Osobiście wielokrotnie orientowałam się, że sama miałabym ochotę skierować do autora podobne słowa – że podziwiam Palestyńczyków, ich upór, godność, dobroć i wręcz absurdalny altruizm. Sam autor nie wpada jednak w pułapkę romantyzowania postaw palestyńskich i pisze tak: „Próba przeżycia to nie jest wytrzymałość. Kocham życie i chcę je wykorzystać jak najlepiej. Chcę podróżować, słuchać muzyki, poznawać inne kultury. Nie chcę próbować przeżyć. Nie chcę codziennie się modlić, żeby zobaczyć kolejny wschód słońca. Nie jestem wytrzymały. Jestem słaby, jestem bezbronny. Ale chcę żyć” (s. 90).
Szczerość i autentyczność autora stanowią ogromną siłę dziennika. On sam nie ukrywa swoich trudnych, często sprzecznych emocji – nie mamy wrażenia, że próbuje „sprzedać” czytelnikowi jakąś wizję idealnej ofiary czy bohatera. Chciałby, żeby osoby czytające poznały mieszkańców Gazy takich, jacy naprawdę są – gościnni, częściej konserwatywni niż progresywni, zakochani w widoku morza, pełni patriarchalnych przekonań, uparci i, po prostu, kochający życie. Autor doskonale wie, że dyskurs, nawet popularny, o Palestynie nie istnieje: „Nikt nie widział ani nie słyszał, jak tańczymy i budujemy szczęśliwe życie, nikt nie widział, jak sadzimy kwiaty i realizujemy marzenia, nikt nie słyszał jak śpiewamy i wydajemy radosne okrzyki na weselach i przy radosnych okazjach. A w tej chwili nikt nie widzi, jak umieramy i wołamy o pomoc” (s. 221). Dzięki swojej relacji podejmuje nie tylko próbę rekonstrukcji samej traumy i zniszczenia, ale, paradoksalnie, także konstrukcji własnej tożsamości, w czym jako czytelnicy i czytelniczki możemy mu towarzyszyć.
Co ciekawe, w całej książce ani raz nie pada określenie „ludobójstwo” czy „wojna”. Autor w ironiczny sposób, sporadycznie, używa określenia „eskalacja”, ale w zdecydowanej większości przypadków, próbując jakkolwiek referować opisywane wydarzenia, używa sformułowania „ta sytuacja”. Zabieg momentami wybrzmiewa w pełni naturalnie, momentami jednak sprawia wrażenie świadomej gry z problematycznym dyskursem, przepełnionym „zbalansowanym” słownictwem lub cechującym się brakiem użycia odpowiednich słów.
Trudno w „tej sytuacji” nie poruszyć najbardziej niebezpiecznej kwestii – nadziei. To właśnie w tej sprawie autor wydaje się najbardziej radykalny, proponując antycyniczne podejście: „Wiem, że nadzieja to wewnętrzne uczucie, ale od czasu do czasu powinna to być też decyzja. Dzisiaj postanawiam być pełny nadziei. Zamykam oczy i próbuję odpocząć. Mam nadzieję na lepsze jutro” (s. 203). Jeśli więc za coś mielibyśmy Palestyńczyków podziwiać – to za udowadnianie, że ostatecznie nadzieja to czasownik.
Autor nieznany: „Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy”. Wydawnictwo Znak Literanova. Kraków 2026.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

