ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lipca 13 (541) / 2026

Natalia Kostecka,

LIVING THE DREAM? ('SNY O POCIĄGACH')

A A A
„It’s a dream, a frightful dream... life is”

„Życie to sen. Przerażający sen” – brzmią słowa Marka Aureliusza cytowane przez Kommodusa w filmie „Gladiator” (2000, reż. Ridley Scott). Wyrażają lęk przed rzeczywistością, poczucie, że życie jest czymś ulotnym i nierealnym, naznaczonym cierpieniem, chaotycznym – nie potrafimy w pełni nad nim zapanować. Podobne słowa mógłby wypowiedzieć Robert Grainier (Joel Edgerton), główny bohater „Snów o pociągach” (2025, reż. Clint Bentley). Ale tego nie robi. Znosi samotność, zagubienie, brak sensu, w końcu zaś wielką stratę z pokorą. Nie przypomina ani walecznego gladiatora, ani władcy-filozofa, a jednak w jego oczach można dostrzec mądrość, zdobytą nie dzięki książkom, ale doświadczeniu. Jako drwal milcząco akceptuje nie tylko prawdziwe, lecz także metaforyczne kłody, które życie rzuca mu pod nogi.

Nie wie, jak zmarli jego rodzice ani nawet kiedy się urodził, nie jest wykształcony (rzucił szkołę w wieku kilkunastu lat), nie targają nim żadne ambicje („Czuł, że nic nie przyciąga jego uwagi” – opowiada nam tajemniczy narrator ekstradiagetyczny). Zdaje się nie mieć żadnego planu, los po prostu pcha go do przodu. Aż nagle, najzwyczajniej w świecie, spotyka Gladys (Felicity Jones), zakochują się i rozpoczynają swój najzwyczajniejszy związek. Budują skromną, uroczą chatkę w lesie, zaczynają hodować kury. Ot tak, bez fajerwerków, bez szaleńczych wybuchów miłości charakterystycznych dla romansów pokroju „Pamiętnika” (2004, reż. Nick Cassavetes). Wszystko dzieje się spokojnie, w zgodzie z naturą, bez zbędnego dramatyzmu. Widzimy zatem proste, aczkolwiek jakże piękne w swej prostocie, kadry pary głównych bohaterów leżącej na trawie i prowadzącej subtelne dialogi („O czym myślisz?”, „No wiesz… Myślałem, że powinniśmy się pobrać”; „Powtórz jeszcze raz moje imię. Uwielbiam, gdy je wymawiasz”). Układają się one w może niespektakularną (nawet narrator w oryginale stwierdza: „They built a cabin […] and […] began a little life together”, co sugeruje drobne rytuały codzienności), aczkolwiek godną pozazdroszczenia egzystencję. Idylliczne sceny są jednak przerywane przez ciągłe wyjazdy Roberta, którego wielkie przemiany cywilizacyjne początku XX wieku, rozwój kolei i rosnące zapotrzebowanie na drewno gnają daleko od domu. Stara się odnaleźć tam spokój, lecz istnienie bez jakichkolwiek oczekiwań, które kiedyś wydawało się oczywistością, od momentu poznania ukochanej już nie przynosi mu spełnienia. Pragnie wrócić do leśnej oazy i obserwować drzewa, zamiast je ścinać.

Zresztą zostawianie żony i chatki na czas pracy to niejedyny problem Grainiera. Prześladowania Chińczyków, które pamięta już z dzieciństwa, przybierają na sile, wdzierając się także do społeczności drwali. Amerykański sen głoszący równość wszystkich obywateli niknie na jawie, rozpływając się w krwi ofiary. Jej twarz, niemo prosząca o pomoc, już zawsze pozostanie przepowiednią nadchodzących nieszczęść, symbolem olbrzymiej straty, koszmarem dręczącym nawet za dnia. Równie symboliczne okażą się tytułowe wizje senne przedstawiające pociągi, tak uporczywie nawracające i osaczające człowieka, który nie potrzebuje kolei ani wielkomiejskiej rzeczywistości. Chce jedynie zaszyć się ze swoją rodziną w odciętym od świata zaciszu.

Reżyser zadbał o to, by ujęcia tego azylu przypominały płótna Antoine’a Watteau czy Henriego Martina, podczas gdy te ukazujące głęboki las w trakcie wyrębu przywodzą na myśl raczej tajemnicze obrazy Caspara Davida Friedricha. W zasadzie cały film zdaje się utkany z wysmakowanych, zachwycających swą oszczędnością kadrów, które mogłyby z powodzeniem stanowić dzieła znanych malarzy. Żywa zieleń drzew swobodnie przechodzi w brąz torów, promienie słoneczne figlarnie muskają wodę, a ciepłe światło świecy otula niepozorną izbę, czyniąc ją przytulną. Niemalże każdą scenę można by oddzielić od reszty, a nadal uwodziłaby swoją pojedynczością, plastycznością i intymnością, znaną z innych filmów Bentleya. Rzadko stosowany format 3:2 potęguje poczucie kameralności, oddala od epickości (choć sama historia pozostaje epicka), upodobniając obraz bardziej do starych fotografii niż monumentalnego kina Hollywood.

„Sny o pociągach” urzekają nie tylko długimi, statycznymi scenami, ale również dźwiękiem. Na uwagę zasługuje nastrojowa muzyka Bryce’a Dessnera oraz nominowana do Oscara piosenka Nicka Cave’a, która zamyka historię i koi zmysły widza podobnie jak brak chaotycznego montażu. Jest wolna, melancholijna, niemalże wypowiedziana, a nie zaśpiewana, oniryczna. Czuć w niej ciężar człowieczego losu i jego lekkość zarazem, jak gdyby jawa i sen w przedziwny sposób się w niej spotkały za sprawą hipnotyzującego głosu Cave’a. Można ją określić jako prostą, choć przeszywającą duszę na wskroś, tak samo jak dzieje Roberta.

„Train Dreams” to nie jedyny utwór w filmie. Krótka pieśń wykonana przez jednego z przyjaciół protagonisty, Arna Peeplesa (William H. Macy), przeciwnika mącenia spokoju przyrody poprzez ścinanie drzew, też zapada w pamięć: „If the Lord was a redwood, would you try to cut Him down? / Or climb up His loving branches and look around?” („Gdyby Bóg był sekwoją, / Obalić byś go chciał? / Czy raczej wdrapać się wysoko / I spoglądać w dal?”). Stawiane przez Arna pytanie może wydać się nieco dziwne, gdy uświadomimy sobie, że porównuje w nim rośliny do Boga, lecz poczucie to znika, kiedy ujrzymy w tym postulowaną jedność świata i Stwórcy. Naturę w dziele Bentleya (oraz w powieści Denisa Johnsona, na podstawie której powstało) traktuje się z szacunkiem – mimo że organizowane są masowe wycinki, ustami Peeplesa wyraża się życzenie, żeby tak nie było (co nasuwa skojarzenia z lekcją znaną już z dzieciństwa, udzieloną przez Pocahontas w „Kolorowym wietrze”: „Do chmur każde drzewo się pnie / Skąd to wiedzieć masz, skoro ścinasz je?”).

Do sukcesu obrazu przyczyniły się przekonująca fabuła oryginału Johnsona, świetne zdjęcia Adolpha Velosa, wzruszająca muzyka Dessnera, reżyserskie oko Bentleya oraz (a może nawet: przede wszystkim) wybitne kreacje aktorskie grającego pierwsze skrzypce Edgertona i pozostającego na drugim planie (ale nie w cieniu) Macy’ego. Szczególnie odtwórca roli Grainiera przykuwa wzrok swoim ascetycznym, lecz jakże kunsztownym i naturalnym sposobem kreowania postaci, za co otrzymał nominację do Złotego Globu. Towarzyszące im Jones oraz wcielająca się w Claire Kerry Condon prezentują równie wysoki poziom, nęcąc subtelnością gestów i mimiki.

„Sny o pociągach” stanowią pochwałę zarówno przyrody, jak i zwyczajnego człowieka. Nie jest to ktoś wybitny, osiągający gigantyczne sukcesy, nie jest to jednak też nieudacznik. Może powiedzenie, że żyje cudownie jak we śnie, że jego egzystencję można by opisać wyrażeniem „living the dream”, byłoby przesadą. Zmaga się z trudnościami, jak każdy z nas. Pomimo straszliwej straty życie Roberta nie stało się także „przerażającym snem” Kommodusa. Jak napisała jedna z autorek internetowych recenzji książki Johnsona: „Ani to piękny sen, ani koszmar”. To tylko jeden z najbardziej poruszających obrazów ostatnich lat, skromny, lecz dogłębnie ludzki.
„Sny o pociągach”. Reżyseria: Clint Bentley. Scenariusz: Clint Bentley, Greg Kwedar. Zdjęcia: Adolpho Veloso. Muzyka: Bryce Dessner. Obsada: Joel Edgerton, Felicity Jones, Kerry Condon, William H. Macy, Nathaniel Arcand. Gatunek: dramat. Produkcja: Stany Zjednoczone 2025, 103 min. Tłumaczenie: Anna Samoń.