OSTATECZNY CIOS LASEREM, CZYLI O FINAŁOWYM SEZONIE 'THE BOYS'
A
A
A
Niewątpliwą tendencją, jaką można zaobserwować w ostatnich latach w kontekście serialowych „wielkich historii”, wydaje się to, że ich finałowe sezony są tworzone w taki sposób, by stały się niezapomniane. Jednakże ów aspekt „niezapomnialności” nie wynika koniecznie z tego, jak dobrze została domknięta – prowadzona przez lata – fabuła, lecz z tego, jak niefortunnie ją wykreowano i z jak negatywnym odbiorem się ona spotyka. Lista nieudanych (czasami wręcz fatalnych) ostatnich sezonów niestety się powiększa, a trafiły na nią między innymi takie tytuły jak „Gra o tron”, „Stranger Things”, „Dexter” czy właśnie „The Boys”. Analizować to zjawisko da się niewątpliwie z różnych perspektyw, a każdy przykład „słabej jakości” finału może wynikać z odmiennych przyczyn. Wspólnym mianownikiem dla tych produkcji pozostaje jednak to, że wszystkie zawiodły odbiorców, którzy obserwowali rozwój opowieści przez kilkadziesiąt ekranowych godzin wyciętych z ich życia. Z jednej strony żadne zakończenie angażującej historii nie jest łatwe. Trudno w końcu zaspokoić oczekiwania każdego widza z różnych zakątków świata. Z drugiej strony natomiast względna spójność wprowadzanych wątków oraz harmonia przedstawianych wydarzeń wystarczyłyby, aby „ostateczny” sezon był przynajmniej akceptowalny. Niestety twórcy we wspomnianych przykładach sprawiają wrażenie, jakby sami nie wiedzieli, do czego chcą dążyć i jak zakończyć prowadzoną historię. Najbardziej aktualnym dowodem tego jest ostatni sezon „The Boys”, serialu, który z drapieżnego popkulturowego buntu stał się idealnym studium przypadku dla analizy współczesnego kryzysu serialowych finałów.
Jak rzetelnie ocenić, czy rzeczywiście ostatni sezon „wielkich historii” jest nieudany? Jako obiektywny parametr jawi się wspomniana przeze mnie „spójność” całości i właśnie w tym aspekcie piąty sezon „The Boys” najbardziej się pogubił. Pierwsze sezony prezentowały się bowiem jako względnie przemyślane. Największym atutem stawały się dobrze napisane postacie, które w dużej mierze były wielowymiarowe oraz trudne do oceny zero-jedynkowej. To właśnie docenili odbiorcy tego dzieła, bowiem żaden człowiek nie jest linearny. Jednakże w finałowym sezonie postacie, skrzętnie opracowywane przez cały dotychczasowy dorobek serialu, stały się parodiami samych siebie, spłycone oraz operujące najbardziej skrajnymi cechami charakteru. Wyglądało to tak, jakby ostatni sezon mieli oglądać odbiorcy, którzy z poprzednimi nie mieli wcześniej do czynienia. Największym zawodem stała się postać Kimiko (Karen Fukuhara), która, odkąd zaczęła mówić, zmieniła kompletnie swoją tożsamość. Z bohaterki niebywale angażującej przeobraziła się w chodzącą satyrę, posługującą się wręcz „brainrotowym” językiem. Serialowi „The Boys” forma parodii i satyry nigdy nie była obca, bowiem w dużej mierze produkcja nią operowała, jednak w finałowym sezonie zapomniano o wszelkich niuansach i skupiono się tylko na bezmyślnym uwypukleniu wspomnianych kategorii.
Dodatkowo, odnosząc się do zagadnienia postaci, dostrzec można, że mało satysfakcjonującym faktem stała się nagła zmiana hierarchii i spychanie głównych bohaterów na rzecz tych pobocznych. Ktoś mógłby wprowadzić kontrargument, twierdząc, że zabieg taki sprzyja rozwinięciu głębi świata przedstawionego. Jednak uwzględniając, fakt, że sezon ten był finałowy i głównym bohaterom zabrakło przez to miejsca, posunięcie to nie wydaje się trafione. Jedną z największych bolączek wspomnianej decyzji okazała się postać syna Homelandera (Antony Starr), czyli Ryana (Cameron Crovetti). Z bohatera kreowanego na istotnego dla biegu opowieści przeobraził się w sylwetkę pojawiającą się raptem w kilkunastu scenach. Wygląda to tak, jakby ktoś pisał scenariusz pobieżnie, tylko zerkając na poprzednie sezony i wybierając najciekawsze – jego zdaniem – aspekty. Luk takich niestety pojawiło się więcej, co utwierdza w diagnozie, że serial w finałowym sezonie prezentuje swoistą „płaskość”. Postacią poboczną, dla której kosztem innych wydzielono zadziwiająco dużo czasu ekranowego, stał się Soldier Boy (Jensen Ackles), będący dotąd głównie dodatkiem do dziejącej się akcji, a nie jej głównym ogniwem. Widzowie i recenzenci, między innymi Daniel Łojko na łamach „Filmawki” (zob. Łojko 2026), decyzję tę uzasadniają faktem, że potwierdzony został prequel „The Boys”, czyli „Vought Rising”, gdzie wspomniana postać okaże się kluczowa. Jednakże odczuciem, jakie ten zabieg wywołuje, jest po prostu marketingowe zachęcenie odbiorców do obejrzenia nadchodzącego dzieła, a „nadmiar” Soldier Boya niekoniecznie bronił się w samej fabule sezonu „The Boys”.
Dynamika sezonu mocno ucierpiała właśnie w wyniku zachwiania hierarchii. Piąty odcinek jawił się bowiem jako zbędny i blokujący przebieg akcji, a w całości poświęcony został postaciom pobocznym oraz próbie przybliżenia ich pobudek i nadania im głębi.
Finałowy sezon nie może być oczywiście tylko pokazem sił – muszą nastąpić w nim momenty wyciszenia – jednak w odniesieniu do wspomnianego poczucia „braku miejsca” na ważniejsze wątki, zabieg ten nie został oceniony pozytywnie. Oglądając finałowy sezon, ciągle czekało się na zaskakujące „coś”, a dla wielu to „coś” nigdy nie nastąpiło, zostawiając odbiorcę wyłącznie z rozgoryczeniem.
Jako zauważalny brak w finałowym sezonie jawi się również decyzja o znikomym znaczeniu postaci budowanych równolegle w spin-offie, czyli „Gen V” (2023-2025), który zresztą po drugim sezonie został anulowany, co również spotkało się z dużym rozczarowaniem widzów. Główna bohaterka, czyli Marie Moreau (Jaz Sinclair), była portretowana jako równa samemu Homelanderowi, co dawało – jak się okazało, złudne – poczucie bycia ważnym elementem dla finału głównej serii. Ostatecznie jej rola została zminimalizowana do kilku scen oraz włączenia silnika auta, aby przekroczyć granicę z Kanadą. Ta decyzja tym bardziej prezentuje się jako nietrafna, ponieważ w ostatnich scenach czwartego sezonu pojawili się bohaterowie ze wspomnianego serialu. Ostatecznie nie przełożyło się to realnie na jakikolwiek wpływ na finałowy sezon, a co więcej, pozbawiło sensu samo stworzenie tego spin-offu, biorąc pod uwagę anulowanie go, być może, na rzecz „Vought Rising”.
Kolejnym zarzutem, jaki można mieć względem piątego sezonu, jest dosłowne zamknięcie go w pomieszczeniach. Sceneria jawi się jako mało zróżnicowana, co daje wrażenie kręcenia całości na zamkniętym planie. Oczywiście, że tak było, jednak jakościowe dzieło powinno uciekać od odczucia tego faktu przez widza. Zabieg ten kreuje bowiem postawę, jakby twórcy chcieli serial po prostu skończyć i „mieć to już z głowy”. Ta potoczna fraza jak najbardziej trafnie diagnozuje wszystkie „słabe” finały.
Jeszcze raz odnosząc się do spójności piątego sezonu, za smutny wręcz zabieg uznać należy dostosowywanie mocy bohaterów w zależności od oczekiwanego wpływu na fabułę. Raz ktoś coś potrafi, a raz jednak nie. Kontrargumentem mógłby stać się fakt, że mowa tu o „superbohaterach”, więc bezcelowe jest szukanie w tym twardej logiki. Jednakże aspekt ten stanowi jedynie „furtkę” dla twórców w kontekście tak rażących luk fabularnych. Odniosę się tutaj do postaci Homelandera, choć nagięcie jego umiejętności nie wyczerpuje listy przykładów (czego dowodem byliby chociażby Dogknott [Zach McGowan] czy Deep [Chace Crawford]). Bohater ten był prezentowany jako niezniszczalny i w tym tkwił sens produkowania kolejnych sezonów. Tymczasem w ostatecznej potyczce postać, która w kilka sekund była w stanie polecieć w kosmos i wrócić, nie potrafiła uciec z jednego pomieszczenia. Zarzut ten łączyłby się zatem z zamknięciem akcji w „pokojach”, co nie jawi się jako nieistotna decyzja scenograficzna, a zabieg realnie i destrukcyjnie wpływający na fabułę.
Wspomniana ostateczna walka nie prezentuje również poziomu godnego zakończenia „The Boys”. Poza kwestią nagłego osłabienia sił Homelandera – co dodatkowo nie działa fabularnie, ponieważ zaledwie odcinek wcześniej stał się on nieśmiertelny oraz niebywale silny – sekwencja ta była po prostu płaska i nie zwieńczyła trudów włożonych w to, aby do niej w ogóle doszło. Dodatkowo cała wcześniejsza akcja serialu jawi się przez to jako nieistotna. Pod sam koniec bohaterowie wpadli na pomysł, na który mogli wpaść dwa sezony wcześniej. Jako kontrargument można postawić tezę, że po prostu wcześniej na niego nie wpadli, jednak w moim odczuciu potęguje to znikomość dotychczas prowadzonej narracji oraz problem decyzyjny twórców w kwestii wyboru jednego, konkretnego zakończenia.
Podsumowującym aspektem tego, dlaczego finałowego sezonu „The Boys” nie można uznać za udany, jest chęć bycia nadto satyrą i parodią rzeczywistości. Serial nigdy nie ukrywał swojego silnego zakorzenienia w przedstawianiu zjawisk społecznych i politycznych, jednak finałowy sezon można by określić mianem parodii samego siebie. Twórcy pogubili się w tym, czym właściwie ich dzieło dotąd było, stawiając wyłącznie na hiperbole z pominięciem towarzyszących im wcześniej niuansów. Czynnikami determinującym tę, a nie inną decyzję, niewątpliwie stały się działania, jakie podejmuje Donald Trump, oraz to, jaką społeczność buduje wokół własnej osoby (w serialu pojawiło się chociażby bezpośrednie nawiązanie do postaci Charliego Kirka). Chęć stania się bezwzględnie oceniającą satyrą rzeczywistości spowodowała, że twórcy stworzyli pastisz tego, czym dotąd było samo „The Boys”. Wybijającym się elementem stał się również przesadny motyw gore. On także nie był produkcji obcy, jednak w ostatnim sezonie nabrał charakteru „taniej” rozrywki i przerysowania funkcji, której kiedyś służył. Trudno wprawdzie mówić o tym, że przemoc przedstawiana na ekranie może pełnić wzniosłą rolę, jednakże dotychczas w serii jej liczne występowanie współgrało z dopełnianiem narracji – tworu ukazującego hiperbolę rzeczywistości (być może w krzywym zwierciadle). W omawianym piątym sezonie wspomniany motyw nie niósł za sobą nic więcej poza chęcią odwrócenia wzroku od ekranu. Zepchnięcie na dalszy plan samej fabuły oraz rozwoju postaci doprowadziło do nieudanego końca tej, dla wielu, znakomitej wcześniej serii.
Jednakże aspekt, o którym absolutnie trzeba wspomnieć, to ikoniczne wręcz kreacje, jakie na przestrzeni lat wypracowali aktorzy. Niewątpliwie decyzje dotyczące castingu były nad wyraz udane, a Homelander, Butcher (Karl Urban) czy Deep za sprawą grających ich aktorów mogą zostać uznani za naprawdę świetnie poprowadzone postacie – i to pomimo kulejącego w finale scenariusza.
Końcową refleksją dotyczącą „The Boys” oraz ogólnie zauważalnego fenomenu nieudanych ostatnich sezonów będzie to, że niezwykle trudno definitywnie zamknąć historię prowadzoną przez lata i w pełni usatysfakcjonować globalnego odbiorcę. Jednak pytaniem, jakie należy w tym miejscu postawić, jest to, czy opowieści te zawsze potrzebują aż tylu sezonów, ile ostatecznie otrzymują? Czy chęć sztucznego przedłużania sukcesu jakiegoś dzieła nie wpływa destrukcyjnie na jego ostateczną jakość oraz czy kreowanie dosłownie „wielkich historii” nie przerasta samych twórców? Format serialu niewątpliwie umożliwia wprowadzanie takiej liczby wątków, jaka nigdy nie byłaby możliwa w filmie. Głębia świata przedstawionego oraz wielowymiarowość postaci niebywale zachęcają do zaangażowania się w ekranowe wydarzenia. Jednak, gdy dochodzi do odgórnej decyzji o zakończeniu projektu trwającego latami, ta wielość odnóg może przytłoczyć. W ostatnim sezonie trzeba przecież zamknąć główną oś fabularną, i to najlepiej tak, aby uniwersalny odbiorca był nią usatysfakcjonowany. Mając ograniczony czas „antenowy”, należy podejmować decyzje ważne i ważniejsze, stąd być może wynika owa tendencja do „spłaszczania” niektórych wątków.
Presja, aby zakończenie serialu okazało się sukcesem, również potrafi sparaliżować, przez co ważą się decyzje, czy postawić na widowiskowość, czy na zaaranżowaną skromność i dokładność, którą nie każdy musi przecież docenić. Niemniej jednak zjawisko to nosi znamiona pewnego lekceważenia widza, który poświęca ogromną ilość swojego czasu, by śledzić przedstawiane mu losy bohaterów. Nieodłącznym odczuciem, jakie występuje przy nieudanych finałach, okazuje się wrażenie, że twórcy nie czują już wewnętrznej potrzeby, by finałowy sezon był tak samo dopracowany, jak poprzednie, bo przecież i tak jest tym ostatnim. Kończy się historia pewnej marki, nie trzeba już przyciągać przed ekrany nikogo nowego. Postawa taka, co można ocenić obiektywnie, jest niebywale nieelegancka wobec odbiorcy. Podsumowując: w ogólnym rozrachunku serial „The Boys” wymierzył w samego siebie ostateczny cios laserem – i to wcale nie za sprawą wzroku Homelandera.
LITERATURA:
Łojko D.: „»The Boys«: sezon 5 – spalona ziemia, spalona szansa [RECENZJA]”. 28.05.2026. https://www.filmawka.pl/the-boys-sezon-5-recenzja/.
Jak rzetelnie ocenić, czy rzeczywiście ostatni sezon „wielkich historii” jest nieudany? Jako obiektywny parametr jawi się wspomniana przeze mnie „spójność” całości i właśnie w tym aspekcie piąty sezon „The Boys” najbardziej się pogubił. Pierwsze sezony prezentowały się bowiem jako względnie przemyślane. Największym atutem stawały się dobrze napisane postacie, które w dużej mierze były wielowymiarowe oraz trudne do oceny zero-jedynkowej. To właśnie docenili odbiorcy tego dzieła, bowiem żaden człowiek nie jest linearny. Jednakże w finałowym sezonie postacie, skrzętnie opracowywane przez cały dotychczasowy dorobek serialu, stały się parodiami samych siebie, spłycone oraz operujące najbardziej skrajnymi cechami charakteru. Wyglądało to tak, jakby ostatni sezon mieli oglądać odbiorcy, którzy z poprzednimi nie mieli wcześniej do czynienia. Największym zawodem stała się postać Kimiko (Karen Fukuhara), która, odkąd zaczęła mówić, zmieniła kompletnie swoją tożsamość. Z bohaterki niebywale angażującej przeobraziła się w chodzącą satyrę, posługującą się wręcz „brainrotowym” językiem. Serialowi „The Boys” forma parodii i satyry nigdy nie była obca, bowiem w dużej mierze produkcja nią operowała, jednak w finałowym sezonie zapomniano o wszelkich niuansach i skupiono się tylko na bezmyślnym uwypukleniu wspomnianych kategorii.
Dodatkowo, odnosząc się do zagadnienia postaci, dostrzec można, że mało satysfakcjonującym faktem stała się nagła zmiana hierarchii i spychanie głównych bohaterów na rzecz tych pobocznych. Ktoś mógłby wprowadzić kontrargument, twierdząc, że zabieg taki sprzyja rozwinięciu głębi świata przedstawionego. Jednak uwzględniając, fakt, że sezon ten był finałowy i głównym bohaterom zabrakło przez to miejsca, posunięcie to nie wydaje się trafione. Jedną z największych bolączek wspomnianej decyzji okazała się postać syna Homelandera (Antony Starr), czyli Ryana (Cameron Crovetti). Z bohatera kreowanego na istotnego dla biegu opowieści przeobraził się w sylwetkę pojawiającą się raptem w kilkunastu scenach. Wygląda to tak, jakby ktoś pisał scenariusz pobieżnie, tylko zerkając na poprzednie sezony i wybierając najciekawsze – jego zdaniem – aspekty. Luk takich niestety pojawiło się więcej, co utwierdza w diagnozie, że serial w finałowym sezonie prezentuje swoistą „płaskość”. Postacią poboczną, dla której kosztem innych wydzielono zadziwiająco dużo czasu ekranowego, stał się Soldier Boy (Jensen Ackles), będący dotąd głównie dodatkiem do dziejącej się akcji, a nie jej głównym ogniwem. Widzowie i recenzenci, między innymi Daniel Łojko na łamach „Filmawki” (zob. Łojko 2026), decyzję tę uzasadniają faktem, że potwierdzony został prequel „The Boys”, czyli „Vought Rising”, gdzie wspomniana postać okaże się kluczowa. Jednakże odczuciem, jakie ten zabieg wywołuje, jest po prostu marketingowe zachęcenie odbiorców do obejrzenia nadchodzącego dzieła, a „nadmiar” Soldier Boya niekoniecznie bronił się w samej fabule sezonu „The Boys”.
Dynamika sezonu mocno ucierpiała właśnie w wyniku zachwiania hierarchii. Piąty odcinek jawił się bowiem jako zbędny i blokujący przebieg akcji, a w całości poświęcony został postaciom pobocznym oraz próbie przybliżenia ich pobudek i nadania im głębi.
Finałowy sezon nie może być oczywiście tylko pokazem sił – muszą nastąpić w nim momenty wyciszenia – jednak w odniesieniu do wspomnianego poczucia „braku miejsca” na ważniejsze wątki, zabieg ten nie został oceniony pozytywnie. Oglądając finałowy sezon, ciągle czekało się na zaskakujące „coś”, a dla wielu to „coś” nigdy nie nastąpiło, zostawiając odbiorcę wyłącznie z rozgoryczeniem.
Jako zauważalny brak w finałowym sezonie jawi się również decyzja o znikomym znaczeniu postaci budowanych równolegle w spin-offie, czyli „Gen V” (2023-2025), który zresztą po drugim sezonie został anulowany, co również spotkało się z dużym rozczarowaniem widzów. Główna bohaterka, czyli Marie Moreau (Jaz Sinclair), była portretowana jako równa samemu Homelanderowi, co dawało – jak się okazało, złudne – poczucie bycia ważnym elementem dla finału głównej serii. Ostatecznie jej rola została zminimalizowana do kilku scen oraz włączenia silnika auta, aby przekroczyć granicę z Kanadą. Ta decyzja tym bardziej prezentuje się jako nietrafna, ponieważ w ostatnich scenach czwartego sezonu pojawili się bohaterowie ze wspomnianego serialu. Ostatecznie nie przełożyło się to realnie na jakikolwiek wpływ na finałowy sezon, a co więcej, pozbawiło sensu samo stworzenie tego spin-offu, biorąc pod uwagę anulowanie go, być może, na rzecz „Vought Rising”.
Kolejnym zarzutem, jaki można mieć względem piątego sezonu, jest dosłowne zamknięcie go w pomieszczeniach. Sceneria jawi się jako mało zróżnicowana, co daje wrażenie kręcenia całości na zamkniętym planie. Oczywiście, że tak było, jednak jakościowe dzieło powinno uciekać od odczucia tego faktu przez widza. Zabieg ten kreuje bowiem postawę, jakby twórcy chcieli serial po prostu skończyć i „mieć to już z głowy”. Ta potoczna fraza jak najbardziej trafnie diagnozuje wszystkie „słabe” finały.
Jeszcze raz odnosząc się do spójności piątego sezonu, za smutny wręcz zabieg uznać należy dostosowywanie mocy bohaterów w zależności od oczekiwanego wpływu na fabułę. Raz ktoś coś potrafi, a raz jednak nie. Kontrargumentem mógłby stać się fakt, że mowa tu o „superbohaterach”, więc bezcelowe jest szukanie w tym twardej logiki. Jednakże aspekt ten stanowi jedynie „furtkę” dla twórców w kontekście tak rażących luk fabularnych. Odniosę się tutaj do postaci Homelandera, choć nagięcie jego umiejętności nie wyczerpuje listy przykładów (czego dowodem byliby chociażby Dogknott [Zach McGowan] czy Deep [Chace Crawford]). Bohater ten był prezentowany jako niezniszczalny i w tym tkwił sens produkowania kolejnych sezonów. Tymczasem w ostatecznej potyczce postać, która w kilka sekund była w stanie polecieć w kosmos i wrócić, nie potrafiła uciec z jednego pomieszczenia. Zarzut ten łączyłby się zatem z zamknięciem akcji w „pokojach”, co nie jawi się jako nieistotna decyzja scenograficzna, a zabieg realnie i destrukcyjnie wpływający na fabułę.
Wspomniana ostateczna walka nie prezentuje również poziomu godnego zakończenia „The Boys”. Poza kwestią nagłego osłabienia sił Homelandera – co dodatkowo nie działa fabularnie, ponieważ zaledwie odcinek wcześniej stał się on nieśmiertelny oraz niebywale silny – sekwencja ta była po prostu płaska i nie zwieńczyła trudów włożonych w to, aby do niej w ogóle doszło. Dodatkowo cała wcześniejsza akcja serialu jawi się przez to jako nieistotna. Pod sam koniec bohaterowie wpadli na pomysł, na który mogli wpaść dwa sezony wcześniej. Jako kontrargument można postawić tezę, że po prostu wcześniej na niego nie wpadli, jednak w moim odczuciu potęguje to znikomość dotychczas prowadzonej narracji oraz problem decyzyjny twórców w kwestii wyboru jednego, konkretnego zakończenia.
Podsumowującym aspektem tego, dlaczego finałowego sezonu „The Boys” nie można uznać za udany, jest chęć bycia nadto satyrą i parodią rzeczywistości. Serial nigdy nie ukrywał swojego silnego zakorzenienia w przedstawianiu zjawisk społecznych i politycznych, jednak finałowy sezon można by określić mianem parodii samego siebie. Twórcy pogubili się w tym, czym właściwie ich dzieło dotąd było, stawiając wyłącznie na hiperbole z pominięciem towarzyszących im wcześniej niuansów. Czynnikami determinującym tę, a nie inną decyzję, niewątpliwie stały się działania, jakie podejmuje Donald Trump, oraz to, jaką społeczność buduje wokół własnej osoby (w serialu pojawiło się chociażby bezpośrednie nawiązanie do postaci Charliego Kirka). Chęć stania się bezwzględnie oceniającą satyrą rzeczywistości spowodowała, że twórcy stworzyli pastisz tego, czym dotąd było samo „The Boys”. Wybijającym się elementem stał się również przesadny motyw gore. On także nie był produkcji obcy, jednak w ostatnim sezonie nabrał charakteru „taniej” rozrywki i przerysowania funkcji, której kiedyś służył. Trudno wprawdzie mówić o tym, że przemoc przedstawiana na ekranie może pełnić wzniosłą rolę, jednakże dotychczas w serii jej liczne występowanie współgrało z dopełnianiem narracji – tworu ukazującego hiperbolę rzeczywistości (być może w krzywym zwierciadle). W omawianym piątym sezonie wspomniany motyw nie niósł za sobą nic więcej poza chęcią odwrócenia wzroku od ekranu. Zepchnięcie na dalszy plan samej fabuły oraz rozwoju postaci doprowadziło do nieudanego końca tej, dla wielu, znakomitej wcześniej serii.
Jednakże aspekt, o którym absolutnie trzeba wspomnieć, to ikoniczne wręcz kreacje, jakie na przestrzeni lat wypracowali aktorzy. Niewątpliwie decyzje dotyczące castingu były nad wyraz udane, a Homelander, Butcher (Karl Urban) czy Deep za sprawą grających ich aktorów mogą zostać uznani za naprawdę świetnie poprowadzone postacie – i to pomimo kulejącego w finale scenariusza.
Końcową refleksją dotyczącą „The Boys” oraz ogólnie zauważalnego fenomenu nieudanych ostatnich sezonów będzie to, że niezwykle trudno definitywnie zamknąć historię prowadzoną przez lata i w pełni usatysfakcjonować globalnego odbiorcę. Jednak pytaniem, jakie należy w tym miejscu postawić, jest to, czy opowieści te zawsze potrzebują aż tylu sezonów, ile ostatecznie otrzymują? Czy chęć sztucznego przedłużania sukcesu jakiegoś dzieła nie wpływa destrukcyjnie na jego ostateczną jakość oraz czy kreowanie dosłownie „wielkich historii” nie przerasta samych twórców? Format serialu niewątpliwie umożliwia wprowadzanie takiej liczby wątków, jaka nigdy nie byłaby możliwa w filmie. Głębia świata przedstawionego oraz wielowymiarowość postaci niebywale zachęcają do zaangażowania się w ekranowe wydarzenia. Jednak, gdy dochodzi do odgórnej decyzji o zakończeniu projektu trwającego latami, ta wielość odnóg może przytłoczyć. W ostatnim sezonie trzeba przecież zamknąć główną oś fabularną, i to najlepiej tak, aby uniwersalny odbiorca był nią usatysfakcjonowany. Mając ograniczony czas „antenowy”, należy podejmować decyzje ważne i ważniejsze, stąd być może wynika owa tendencja do „spłaszczania” niektórych wątków.
Presja, aby zakończenie serialu okazało się sukcesem, również potrafi sparaliżować, przez co ważą się decyzje, czy postawić na widowiskowość, czy na zaaranżowaną skromność i dokładność, którą nie każdy musi przecież docenić. Niemniej jednak zjawisko to nosi znamiona pewnego lekceważenia widza, który poświęca ogromną ilość swojego czasu, by śledzić przedstawiane mu losy bohaterów. Nieodłącznym odczuciem, jakie występuje przy nieudanych finałach, okazuje się wrażenie, że twórcy nie czują już wewnętrznej potrzeby, by finałowy sezon był tak samo dopracowany, jak poprzednie, bo przecież i tak jest tym ostatnim. Kończy się historia pewnej marki, nie trzeba już przyciągać przed ekrany nikogo nowego. Postawa taka, co można ocenić obiektywnie, jest niebywale nieelegancka wobec odbiorcy. Podsumowując: w ogólnym rozrachunku serial „The Boys” wymierzył w samego siebie ostateczny cios laserem – i to wcale nie za sprawą wzroku Homelandera.
LITERATURA:
Łojko D.: „»The Boys«: sezon 5 – spalona ziemia, spalona szansa [RECENZJA]”. 28.05.2026. https://www.filmawka.pl/the-boys-sezon-5-recenzja/.
„The Boys”. Serial. Reżyseria: Eric Kripke. Scenariusz na podstawie komiksu „Chłopaki” Gartha Ennisa i Daricka Robertsona. Obsada: Karl Urban, Jack Quaid, Antony Starr, Erin Moriarty, Dominique McElligott, Jessie T. Usher, Laz Alonso, Chace Crawford, Tomer Capon, Karen Fukuhara. Gatunek: fantastyka naukowa, akcja, komediodramat, czarna komedia. Produkcja: Stany Zjednoczone, 2019-2016. Tłumaczenie napisów: Krzysztof Igielski.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |










ISSN 2658-1086

