ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lipca 13 (541) / 2026

Maja Baczyńska,

NOWA WSPÓLNOTA

A A A
Ephemera Festival przyciągnął w tym roku moją uwagę nie tylko intrygującym występem Hani Rani i Hashtag Ensemble w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w Warszawie, ale też koncertem w Palladium i kapitalnym połączeniem dwóch kompletnie innych stylistyk, wciąż jednak utrzymanych w macierzystej dla festiwalu estetyce muzyki elektronicznej: Olga Anna Markowska na otwarcie, angielski Cabaret Voltaire na finał – propozycja wprost fenomenalna.

Markowska oczarowała publiczność delikatnymi, ambientowymi brzmieniami wiolonczeli, cytry i elektroniki, nie zabrakło jednocześnie brzmień niesłychanie ekspresyjnych, wręcz niepokojących, nasuwających skojarzenia z dawnym kinem grozy. Natomiast finezja, z jaką grała na cytrze, sprawiała, że można było całkowicie „zatopić się” w uzyskiwanym przez nią brzmieniu. W wyobraźni odbywaliśmy podróże nie tylko między kontynentami, lecz nawet między galaktykami, różnymi wymiarami i czasami, a wszystko to podsycały przemyślana oprawa koncertu i niebieskie oświetlenie miękko opadające na solistkę na scenie. Z kolei dźwięki wiolonczeli osadzały nas w tu i teraz, blisko spraw ziemskich, w mniej lub bardziej chcianym człowieczeństwie. Rzadko kiedy w takiej konwencji wydarzenia odnosi się wrażenie, że obcuje się ze sztuką przez duże „S”, że jest to przeżycie wręcz mistyczne, a nie jedynie świetna rozrywka. Tym większe brawa dla kunsztu i głębokiej wrażliwości Markowskiej oraz dla organizatorów za odwagę – zaryzykowali, wierząc w skupienie publiczności, mimo klubowych warunków koncertu. Niestety nie wszyscy na widowni wydawali się być na to przygotowani, o czym świadczyły głośne rozmowy na tyłach, przeszkadzające wszystkim „zaczarowanym” pod sceną. A przecież muzyka Markowskiej, mimo widocznej skromności artystki, wymaga koncentracji podobnej tej, jaka towarzyszy… nabożeństwom. Gdy doświadcza się dźwięku ze wszystkimi jego niuansami, czy to akustycznymi, czy elektronicznymi, obcuje się zarazem z nieuchwytną, duchową naturą piękna. Jednakże jeśli celem było wyciszenie publiczności przed wielkim show gwiazd wieczoru, to to bez wątpienia się udało.

Cabaret Voltaire publiczność porwał z miejsca, muzycy zagrali z charyzmą, mocno i „świeżo”, mimo upływu lat, choć z pewnością w swoich starszych fanach mogli obudzić wiele sentymentów. Przypomnijmy, że grupa została założona w 1973 roku, swoją nazwę zaczerpnęła od słynnego klubu powiązanego z ruchem Dada, początkowo zajmowała się performance'em, a dopiero później zaowocowało to pionierskimi działaniami na styku alternatywnej muzyki pop, dance, techno i eksperymentu. Na estradzie Palladium olśniewające rytmem i barwami wizualizacje wzbogacały całość widowiska, które mogło stanowić dla odbiorców wielowymiarowy pakiet różnorakich doznań. I choć utwory grupy nie były zbyt długie (co siłą rzeczy nie pozwalało wejść w pełny trans), jednak było ich na tyle sporo, że gdyby nie tłum i ciasnota, to na pewno skończyłoby się to dobrą imprezą taneczną. Może w tym właśnie tkwi potęga muzyki elektronicznej – od cichego „neomistycyzmu” do wyzwolenia pierwotnej, wręcz rytualnej energii; i choć tyle tu technologii, to jakoś za jej pośrednictwem zbliżamy się do tajemnicy istnienia, zadziwiające? A przecież jest w rytmice i w zabawie brzmieniem coś, co łączy nas z korzeniami naszej cywilizacji, odkrywaniem dźwięku, pierwszymi eksperymentami, kulturami plemiennymi. Przeszłość spotyka się tu z teraźniejszością i przyszłością.

Kilka dni później zupełnie inny świat otworzył się przede mną podczas koncertu Teoniki Rożynek w Fundacji Magdaleny Abakanowicz. Pomysł zaproszenia młodej artystki właśnie w to miejsce okazał się być strzałem w dziesiątkę. Muzyka Rożynek niesamowicie wkomponowała się w przestrzeń ogrodu rzeźbiarki, niewidzialnie niemalże ożywiając stojące wśród zieleni wielkoformatowe rzeźby. Dźwięki natury i warstwa elektroniczna uzupełniały się nawzajem, przetworzenia rzeczywistości, brzmienia na pozór imitujące śpiew ptaków (choć kompozytorka zapewniła mnie później, że to był szczęśliwy przypadek!), głos ludzki – w tym zestawieniu brzmiący może i najbardziej zaskakująco, niczym ingerencja nieznanego i dotknięcie sfery sacrum. Muzyka to narastała, to się wyciszała, zaś publiczność słuchała jej na trawie z wielką ufnością – sztuka, zwłaszcza nowa, uczy akceptacji i otwartości na pełną paletę emocji, a w przestrzeni niemal skrojonej „pod widza” tym łatwiej przeżyć swoiste katharsis w bezpiecznej „wspólnocie”. Mam nadzieję, że podczas następnej edycji festiwalu w Fundacji Magdaleny Abakanowicz usłyszymy kolejne wspaniałe królowe muzyki elektronicznej, elektroakustycznej – może Dobrawę Czocher, Resinę lub Annę Jędrzejewską, związaną z nastrojowym lokalem na warszawskim Żoliborzu? Czekamy!
Ephemera Festival, 8-14 czerwca, festiwal odbywał się w kilku różnych miejscach w Warszawie, koncert Olgi Anny Markowskiej i Cabaretu Voltaire odbył się 10 czerwca (Sala Widowiskowa Palladium).