ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lipca 13 (109) / 2008

Aneta Głowacka,

KOLAŻ ATRAKCJI

A A A
„Kontakt” był do tej pory jednym z najważniejszych festiwali teatralnych w Polsce. Warto było wyprawić się z końcem maja do Torunia, żeby posłuchać, co w teatralnym świecie piszczy, zwłaszcza, że miasto nad Wisłą było miejscem zagranicznego debiutu wielu młodych twórców, którzy w kolejnych sezonach podbijali europejskie sceny. W Toruniu tworzyły się mody na nowe estetyki i reżyserów, których twórczość z czasem zaczęła obrastać licznymi komentarzami. Dawały o sobie znać trendy, które chwilę później decydowały o ruchu w teatralnym interesie. Organizatorzy mieli tak zwanego nosa do ważnych teatralnie zjawisk, których obecność, poza atrakcyjną lokalizacją, przesądzała o sile i randze festiwalu. Piszę o tym w czasie przeszłym, bowiem podczas tegorocznej edycji stale powracały głosy o schyłkowości toruńskiego festiwalu, który powoli zaczyna tracić zdobywaną w poprzednich latach wysoką pozycję. Oczywiście, narzekanie na spadek formy to tak samo nieodłączny element festiwalu, jak wieczorne rozmowy z twórcami o ich spektaklach. Jednakże częściową rację maja malkontenci, bowiem od jakiegoś czasu toruński festiwal załagodził kanty, uklasycznił się i wyważył. Toteż w tegorocznym programie zamiast ekscytacji, eksperymentu i rozsadzania artystycznych ram, poza kilkoma wyjątkami, otrzymaliśmy spektakle dobrze skrojone, najczęściej przez reżyserów, którzy już zapisali się w historii festiwalu.

Trzykrotnym triumfatorem: zdobywcą I nagrody, nagrody dla najlepszego reżysera i nagrody dziennikarzy w tym roku został łotewski reżyser Alvis Hermanis, właściwie czarny koń tegorocznej edycji. Dlatego też werdykt jury nikogo specjalnie nie zdziwił, zwłaszcza, że twórca wyraźnie zdystansował konkurentów. Przywieziony do Torunia spektakl został przygotowany wedle reguł poetyki znanej widzom chociażby z zeszłego roku. „Brzmienie ciszy” (prequel innego spektaklu Hermanisa – „Długie życie”) to zrealizowane bez użycia słów, oparte na geście i ruchu przedstawienie o szalonych latach 60., chociaż jego właściwym tematem jest pamięć, która w różnej formie przechowuje obrazy z przeszłości. W łotewskim spektaklu wspomnienia zamknięte są w słojach. Ich otwarcie uwalnia melodie z dawnych lat, te zaś pozwalają powrócić do ulotnych, zdawałoby się na zawsze straconych chwil. Spektakl zaczyna się podobnie jak „Sonia” (przedstawienie, z którym Hermanis był na „Kontakcie” w zeszłym roku i otrzymał za nie III nagrodę). Dwie osoby, tym razem młode dziewczyny, włamują się do cudzej pamięci –- opuszczonego mieszkania ze sprzętami z minionej epoki, by za chwilę stać się świadkami swoistego rytuału przejścia – powrotu do przeszłości. W obskurnej komunałce, niczym w melinie albo na spotkaniu loży masońskiej, po kryjomu spotyka się kilku mężczyzn. Szefową konspiracji jest kobieta (połączenie salowej z handlarką nielegalnego alkoholu), która nieformalną grupę podłącza do wspólnego odtwarzacza płyt winylowych. Jednak zamiast nielegalnego trunku w żyłach, z offu rozlegają się dźwięki piosenek Simona i Garfunkela, które również mają moc uzależniania. Razem z nimi powracają wspomnienia z młodości: wspólne zakuwanie do egzaminów, czytanie zakazanych książek i eksperymenty z narkotykami, pierwsze miłości i doświadczenia seksualne, złamane serca i poważne związki, które kończą się wspólnym zamieszkaniem i dzieckiem. Hermanis nie tworzy traktatu na temat tamtej epoki, raczej proponuje zakrapiany nostalgią, pełen humoru fresk o ludziach i sytuacjach. Nie diagnozuje i nie ocenia, ale pozwala zanurzyć się w stereotyp – oniryczny gąszcz wspomnień utkanych ze zbiorowej świadomości i wyobrażeń utrwalonych w sztuce. Dlatego też między sceny pieczołowicie odtwarzające codzienną rzeczywistość, wplata cytaty z filmów (świetna scena z panią Robinson czy aluzja do „Powiększenia” Antonioniego), które dopełnia i komentuje muzyką.

Na aluzji, szkicu i sugestii opierały się również „Upiory” z Schaubühne und Lehniner Platz z Berlina w reżyserii Sebastiana Nüblinga – zdobywcy II nagrody. Spektakl przywieziony przez jedną z najbardziej znanych niemieckich scen zaproponował to, z czego słynie niemiecki teatr: podejrzliwe podejście do tekstu, czytanie w poprzek a nie zgodnie z literą dramatu, wreszcie obnażanie szwów, które spajają poszczególne elementy sztuki. Na scenie zamiast mieszczańskiego pokoju pojawił się więc ogromny stół z mikrofonami, który wypełnił przestrzeń życiową Alvingów. Poruszając się po różnych jego poziomach aktorzy odkrywali kolejne elementy z historii rodziny, której stabilne życie zostało zbudowane na kłamstwie. Otrzymaliśmy więc nie tyle epicką opowieść o tragicznych w skutkach wyznaniach, ile raczej szkic, kolaż elementów, które każdy z widzów może ułożyć według własnego uznania. Reżyser nie tylko wykorzystał pęknięcia w dramacie, ale sam poszukał nowych szczelin. Dlatego, wbrew przyzwyczajeniom widzów i tradycji wystawiania sztuki Ibsena, w roli Pani Alving obsadził młodą aktorkę (za tę rolę Bibiana Beglau otrzymała nagrodę), prowokując nieistniejące w tekście napięcie erotyczne między seksowną Heleną Alving a jej gburowatym synem (w roli Osvalda Bruno Cathomas). Jedną z najbardziej plastycznych i zarazem poruszających scen jest moment umierania Osvalda. Nübling oswoił tragiczny finał groteską. Pani Alving, świadoma choroby syna, zbliża się do niego z kilkoma strzykawkami, które wyrastają jak palce z jej drobnej dłoni. Wie, że będzie musiała zabić własne dziecko. Osvald ciągle kaszle, osypując wypluwaną z ust mąką siebie i pochylającą się nad nim matkę. Wstrzykiwanie morfiny trwa długo. Twarze matki i syna zaczyna przykrywać gruba warstwa białego proszku. Na koniec maska z mąki upodabnia matkę i syna, oboje tracą rysy twarzy. Przeistaczają się w upiory z przeszłości.

Nie przeszłość, a teraźniejszość stała się tematem spektaklu, który został wyróżniony trzecią nagrodą. Mowa o „GEP czyli Gariaczije Estonskije Parni” (Młodzi Estońscy Chłopcy) w reżyserii Tiita Ojasoo z Teatru NO99 z Tallina, którego obecność była prawdopodobnie najbardziej kontrowersyjną propozycją tegorocznego festiwalu. Dość powiedzieć, że zamierający nerw pospektaklowych dyskusji uległ nagłemu ożywieniu, kiedy estoński reżyser z grupą swoich aktorów pojawił się na rozmowie w bufecie teatralnym. Ojasoo przyjechał do Torunia po raz kolejny (w tym roku z dwoma spektaklami), cztery lata temu jego „Roberto Zucco” otrzymał II nagrodą. Można więc było oczekiwać nieprzeciętnej propozycji, zwłaszcza, że spektakl oparty na dramacie Koltesa przyniósł wówczas duży powiew świeżości. Niestety, od tamtego czasu reżyser odszedł od wystawiania sztuk gotowych, które narzucały pewien inscenizacyjny rygor. Obecnie teksty na scenę przygotowuje samodzielnie lub z zespołem. Jego przedstawienia, wpisują się, co prawda, w społeczną debatę na temat ekologii, konsumpcji, zanieczyszczenia środowiska czy spadku urodzeń, są więc jak przystało na teatr biorący udział w życiu społeczeństwa, zaangażowane. Skierowane do konkretnej publiczności, wykorzystują wszelkie sposoby uwiedzenia młodego widza. Aktorzy w trakcie przedstawienia zmieniają peruki, maski i kostiumy, recytują, tańczą i śpiewają, wchodzą w kolejne role. Spektakl niepostrzeżenie przechodzi od musicalu do występu chipendalesów i telewizyjnego show („Nafta!”), a sceny kameralne przerywa odtańczony wspólnie narodowy estoński taniec („GEP”). Niestety poza zróżnicowaną formą i niewątpliwym poczuciem humoru reżysera (pomysłów włączonych w strukturę przedstawienia starczyłoby na kilka innych spektakli) przywiezione na „Kontakt” przedstawienia, mimo że zaangażowane często w słusznej sprawie, w stale pączkującym montażu atrakcji ocierają się o tanią publicystykę, powielają stereotypy i tracą siłę rażenia.

Siły rażenia nie miały również spektakle, których obecność na festiwalu jest dla mnie zagadką. Sytuujący się na pograniczu cyrku, teatru i performansu spektakl „Moby na uwięzi”, do którego inspiracją była powieść Melville’a – jak można było wyczytać w programie i usłyszeć od reżysera podczas wieczornego spotkania – w rzeczywistości niewiele miał wspólnego z „Moby Dickiem”. Co więcej, powód przygotowania spektaklu, w którym o nic nie chodzi poza prezentacją ekwilibrystycznych umiejętności aktora balansującego na wielkiej, białej kuli, był dla mnie równie enigmatyczny jak artystyczna przeszłość twórcy ukrywającego się pod pseudonimem Gulko. Zdziwiło mnie również zaproszenie na festiwal fatalnego spektaklu Etienne Glasera z Wilna, mimo iż zespół z Wileńskiego Teatru Małego w poprzednich edycjach odnosił sukcesy (tym razem część widzów z trudem wytrwała do przerwy) i „Iwanowa” z Niewielkiego Teatru Dramatycznego z Petersburga. Spektakl w reżyserii Lwa Erenburga przekroczył wszelkie dopuszczalne normy wykorzystania gagów rodem z komedii slapstickowej. Opowieść o próbującym uciec od prowincjonalnej nudy melancholiku Iwanowie okazała się przede wszystkim głupawą farsą, kolażem scen przygotowywanych jak aktorskie wprawki w szkole teatralnej, czasami łączonych ze sobą bez najmniejszego sensu. Równie zagadkowy był przyjazd „Otella” z krakowskiej Bagateli w reżyserii Macieja Sobocińskiego, który poza kilkoma błyskotkami: wschodnimi rytmami, szeleszczącymi sukniami i wielkim niewykorzystanym lustrem z boku sceny niewiele wniósł do współczesnego odczytania dramatu Szekspira.

W tym roku toruński festiwal ewidentnie cierpiał na brak koncepcji, która w sensowny sposób uporządkowałby program. Toteż od eksperymentalnych spektakli w stylu „Noc po dniu” zespołu z Gandawy, gdzie protest przeciwko światu dorosłych został wykrzyczany przez grupę kilkuletnich dzieci (o wartości artystycznej spektaklu można dyskutować), obejrzeliśmy utrzymaną w poetyce teatru lalkowego liryczną opowieść o miłości, życiu i śmierci („Tajbełe i jej demon” na podstawie utworu Isaaca Bashevisa Singera z Wielkiego Teatru Lalek z Sankt Petersburga) czy oszczędny w formie, pierwotnie przygotowany jako dramat czytany na scenie, spektakl „Brzydal” z Royal Court Theatre. Teatr nie uciekł również od polityki. Poza konkursem został pokazany spektakl Nikołaja Chalezina „Pokolenie Jeans”. Trudno mówić o wartościach artystycznych widowiska utrzymanego w minimalistycznej stylistyce spektakli z teatrów studenckich lat 80., chociaż świadomość politycznego kontekstu i zaangażowanie twórcy były poruszające (Chalezin wykorzystując własną biografię, stworzył spektakl-protest przeciwko panującemu na Białorusi reżimowi). W natłoku atrakcji przemknęły bez echa dobre spektakle: precyzyjna „Burza” Ostrowskiego w reżyserii Wiktora Ryżakowa i „Ślub” Gombrowicza zrealizowany w Teatrze im. Jaracza w Łodzi przez Waldemara Zawodzińskiego (na pocieszenie Andrzej Wichrowski, odtwórca roli Ojca, otrzymał nagrodę aktorską).

Do niedawno do Torunia koniecznie trzeba było przyjechać. W tym roku szeregi stałych gości znaczenie się przerzedziły. Miejmy nadzieję, że będąca w budowie nowa miejska scena, o której co jakiś czas się mówi, w przyszłości pozwoli organizatorom sprowadzać bardziej wymagające spektakle, miasto jeszcze bardziej zaangażuje się w rolę mecenasa, a Toruń na powrót będzie miał festiwal co się zowie.
Międzynarodowy Festiwal Teatralny „Kontakt”. Toruń. 24-30 maja 2008.