ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 września 18 (138) / 2009

Jacek Durski,

PRÓBA OPISANIA SIEBIE

A A A
Od trzech lat nie zapisuję wierszy, tych cząstek poetyckich, które prześladuję mnie na jawie a najczęściej podczas snu. Nieraz tylko zostawiam kilka wersów do badania interakcji słowa i obrazu plastycznego. Nie zapisuję, ponieważ pojawiają się w mojej duszy w postaciach „gotowych”. Budzę się w pięknie albo w koszmarze i już są – ukończone, zdecydowane być moimi wierszami. Tak na przykład „zrobił się” w śnieniach cały tekst „SMS z Wystawy Gołębi w Katowicach” publikowany w „Toposie” 2006, nr 3 (88). Pojechałem na miejsce tragedii, pomodliłem i tekst wyśnił się na raty w ciągu pięciu nocy. I to tak, że już z nim nic nie mogłem zrobić. Mogłem go tylko zepsuć. Dlatego prędko wysłałem „SMS” do Krzysztofa Kuczkowskiego.

Przestałem zapisywać wiersze, ponieważ uwielbiam pracować (niektórzy uśmiechną się pod tym, co mają). Ale to prawda, kocham pracę NIENAWYKOWĄ. Zawsze kochałem i będę kochał do śmierci. Mam tę przypadłość po moim Ojcu fizyku.

Teraz piszę powieść „Okno” . Jej fragmenty były publikowane „Kursywie”, „Opcjach”, „Toposie”, „Zarysie”, „Nowej Okolicy Poetów”, „Arkadii”, „Szafie”, „Przeglądzie Wielkopolskim”…

Piszę też sztukę „Karykatury”, komedię współczesną. Coś weselszego po napisaniu sztuki „Małgorzata”, publikowanej w tym roku w „Nowej Okolicy Poetów”.

Poza powieścią i sztuką pracuję nad tekstem (prozopoetyckim w przestrzeni filozofii) najtrudniejszym dla mnie w pisaniu, nad „Próbą opisania siebie. O bytach i pojęciach”. Trochę boję się tego pisania. Boję się, że mogę zwariować przy wyodrębnianiu i jakościowaniu bytów i pojęć. Bytów, pojęć we mnie. Dwa z nich przesyłam dla „artPapieru”.



Ja, a piękno

Zachwyt drzewem. Zachwycenie pień rozwiera. Tryska ziemia. Czasem wiatr. Ptaków głos. Moje drzewo, boska ręka.

Wspina się do dłoni wąż. Pełznie szarą kokardą. Na zaplotach błyska czerń. Oślepiony pięknem Ziemi, zsuwa się na powrót w trawę, głębiej. Zniknął.

Tylko my pod drzewem boskim. Czujesz to pokrewieństwo z kosmosem? Z przyrodą? Na twoim ciele rozwiana suknia nieba. Niebieskość na złotym. Gładkość do cięcia, do drążenia błękitu. Rozedrgane na piersiach krople, pot miłości, dreszcz gwiazd. Sutek wykrojony moimi wargami. Iskrzenia skóry na języku. Tryska z piersi eliksir kochania. Z twoich ud podniebie. Kosmos. Najpierw gładkość doskonała. Potem wejście w ściany gorące. Trzepot sklepienia katedry.

Wypełniam Kobietę moim kształtem. Cynobrowa moc z muzyką łąk tysięcy, ze śpiewem ziemi. Ciało Gwiazdy. Bryłka zapachu kosmosu. Pokażę ciało na sztaludze wystruganej z drzewa pytań.

Uskrzydl rymowankami mebel święty.

Z Kobiety, sztalug — sztuka. Pień wizji nowych. Chcę żyć w Twojej duchowości, fizyczności, w ciele poezji, w wołaniu rozkoszy, w mądrości łagodnej. W pięknym. Noc z tobą, dzień z tobą, wiele lat. Poruszać środek świata z mięsni gładkich. Narysuję kontur książki, a ty barwą go wypełnisz. Zielenią Veronesa, czerwienią Gauguina. Napiszemy razem powieść o naturze, o kochaniu. O naszej miłości. Wstęgi zdań gorących. Dreszcz kartek pisanych, gorączka drewna. Wymalujemy niebieskim jaskiń sporo. Ulepimy rzeźby leśne z igliwia i mchu. Nasz bieg po lesie, do granic zieleni i wyżej… Zachwyt ciałem w sznurach nieba, w pierścieniach Ziemi. Do opisania. Liść wykrojony z warg. Wołanie rozkoszy. Krok Anioła. Nasz wspólny zapach eliksiru nocy. Nasze znaki na pościeli. Blask z nich gęsty. Kochania z pamięcią księżyca. Modliłaś się o miłość. Pragnęłaś rozkoszy, krzyku wyższego, niż noc. Teraz otwarta dla mnie. W twojej dłoni linia szczęścia. W piąstce kłębek życia, jasna krew.

Nie obronisz mnie przed śmiercią, ale bądź z Jackiem do Końca. Kroczmy razem po ścieżce liter, po ścieżkach skóry, do ostatniego wiersza, słowa, dotyku. Chcę być z tobą tu i Tam, w Górze Światła, na szczycie Tajemnicy.

A teraz piękno, jeszcze uśpione w kamieniu z mgły. Światło z krawędzi traw, z kropel rosy. Ranek na błoniach pod Jutrosinem. Rzeźba Boga w powietrzu.

Gwiazda z planet. Dobre dusze i roślinność z kołysanek Ziemi. Bez ludzi-drapieżników. Bez zwierząt drapieżnych. Nowy praświat. Tak wiele obrazów. Wystawa piękna, ruchoma. Nasze łąki z naszą muzyką. Kolorowe cienie. Szept Kobiety.




Ja, a zmarli Przyjaciele

Na zmarłych ławkach przyjaciele moi. Do wyrzeźbienia pamięcią. Przed domami, z marnych cegieł ludzie z brązu, ławki z brązu, gołębie z ... wybiły się z lustra. Z ramion przyjaciół śląskie niebo. Błękit po sadzy, znaki czyni. Błyska na powiekach światłem Stamtąd. W źrenicach krew zamarła, niebieska z panoramą obrazów. Oni żyli tutaj, pracowali. I tu odpoczywają w spokoju. Aż Bóg…

Ja – dla moich popiołów – wybrałem jutrosińskie niebo, trawę w Jutrosinie. Miasteczko mego ojca w kwiatach iwy. Wybrałem Wielkopolskę. Śląsk był blisko, był najbliżej przez lat kilka, ale zagrał moją pracą. Chciał mi uciąć czubek głowy, w której wiara w niemożliwe, w której zieleń.

Obecność przyjaciół określona śmiercią. Postawię w rynku w Katowicach ich kształt, godność. Rozchylą milczeniem miasto ciemne, ołowiane, gwiazdę bez świateł, noc nad Rawą. Pierwszy stopień w kosmosie. A potem zaproszeni przez Pana pójdą wysoko. W Jasność.

Namaluję was odlanych w brązie, zapiszę kopie ciała, aury, ducha. Pierwsza postać – Zdzisław Stanek.

Przyjaciele w pracowni. Wychylają się ze swych istnień prozą, wierszem. Dotykają bytów innych. Jeszcze w marmur nieubrani. Imiona nieznane szeroko. Jeszcze... Wychodzą z luster i wchodzą. Migot w pokoju. Duch ich boską stalą szyty. Przenikają kryształ, przeczytać mi wspólny wiersz.

Chyba nie jestem złym człowiekiem. Sporo mam przyjaciół. Taki test na Ziemi. Na naszych czołach – korony kamienia. Chłodna mądrość, grzana mądrość, moce, moce. Dźwięk kamienia dostojny. Obudził mnie z półsnu, półśnienia. Zanurzonego w lustro. Z wierszy śnieg. Wystygł brąz nie wlany do formy. Złom pamięci.