Aleksandra Szymańska-Dańczyszyn,
(NIE)BANALNA PIOSENKA O MIŁOŚCI (KAROLINA KRASNY: 'LOVE SONG')
A
A
A
„Love song” to nietuzinkowy debiut. Fundament tej opowieści stanowi niemożność pełnego wypowiedzenia, nazwania, opisania doświadczenia, jakim jest zakochanie ze swym wachlarzem emocji i uczuć: bliskości i tęsknoty, rozczarowania, utraty i bólu. Zdawać by się mogło, że „repertuar” tego love songu jest dość typowy. Proza Karoliny Krasny nie jest jednak banalną piosenką miłosną. Jej wyjątkowość zasadza się na tym, co można, a nawet należy z nią zrobić. Tak instruuje czytelników i czytelniczki autorka: „[…] narysuj ją jako szlaczek, który każdy z nas wałkował do momentu, aż nauczył się słów i nazywania rzeczy. […] Na pewno wiesz, jak to zrobić. Pomyśl o dniu, w którym wszystko było niebieskie. […] Pragnąłeś jedynie o tym krzyczeć, ale jak? Skoro słowa były o niczym, skoro darłeś się o czymś pięknym, skoro byłeś już bardzo daleko” (s. 5).
Bawiąc się językiem, a przede wszystkim jego niemocną wobec intensywności doświadczeń, oraz operując poetyką fragmentu, Krasny „wyśpiewuje” czytelnikom i czytelniczkom historię XY-ka i Zet, bohaterów-liter, którą rozpoczynają katastrofa w skali mikro i wspólne sączenie detergentu. Zamieszczony na okładce opis wydawcy głosi: „Story zakłada, że są zakochani” i tak faktycznie jest – lub przynajmniej było – gdyż: „Ich miłość nie mieściła się w tak małym mieście. Wylewała się na ulice jak rzeka, zabierając ze sobą krzyże i małe kioski. Wlewała się do obcych domów i topiła zwierzęta. Łączyła się z morzem i uczyła je pokory, a morze nie mogło tego znieść, więc kazało im wyjechać” (s. 53). Akwatyczna metaforyka pojawiająca się w powieści podkreśla nieokiełznany charakter uczucia bohaterów, które przekracza wszelkie językowe i (meta)fizyczne granice, wdziera się w różnorakie przestrzenie, niejednokrotnie stając się przyczyną ich destrukcji.
Miłość w powieści Krasny jest dynamiczna, zmienna, niepodlegająca żadnym ograniczeniom. Nie ogarnia jej także cielesność, będąca niezwykle ważnym i interesującym wątkiem tej opowieści. Silnego (i najpewniej młodego) XY-ka fascynuje i intryguje starzejące się ciało Zet: „U gładkich i szczupłych dziewczyn prosto jest przewidzieć resztę, pomyślał. Wiesz, gdzie się kończą i zaczynają, jak wygląda ich skóra rano i o północy, co je uczula, ilu kichnięć się doliczą. U starszych wiesz tyle, że istnieją naprawdę” (s. 18). Zet staje się dla XY-ka zarówno zagadką, jak i wyzwaniem – uosabia coś, czego nie sposób nazwać, wymyka się językowi i prostym kategoryzacjom. Dzieje się tak, gdyż ciału Zet (ale także ciału XY-ka) bliżej jest do nieregularnej figury, kubistycznego kształtu, którego, zdawać by się mogło, jedynym zadaniem jest wyznaczanie granic podmiotowości i przechowywanie w sobie obfitości płynów ustrojowych.
W sposób szczególny czytelniczą uwagę zwraca obsesja XY-ka na punkcie wspomnianej bariery, krańca „ja”. Bohater powieści Krasny wyznaje: „Kształt był jasno określony – kończył się skórą, zaczynał oddechem. […] Jeśli się śmiałem, to w pościel. Srałem z zamkniętymi oczami. Gdy przeciąłem sobie palec, schowałem go głęboko w usta. Flegma, jo-jo śliny, jasna krew. Nie mogłem pozostawiać śladów! Zyskałyby siły i żyły dalej beze mnie” (s. 28). Ta negatywna postawa wobec wydzielin wydobywających się z ciała w sposób oczywisty konotuje badania Julii Kristevej nad wstrętem. Psychoanalityczka w „Potędze obrzydzenia. Eseju o wstręcie” pisała bowiem o tym, że „kala każda wydzielina, każdy wysięk, wszystko, co wydziela się z ciała kobiecego bądź męskiego” (Kristeva 2007, s. 97). Pełne lęku i odrazy reakcje XY-ka zdają się poświadczać niechęć i niemożność pogodzenia się z tym, co w ciele (a zwłaszcza w jego głębi) niekontrolowane i nieprzewidywalne.
A przecież właśnie takie jest zauroczenie w książce Karoliny Krasny – początkowo gwałtownie „wylewa się” z bohaterów, odejmuje i dodaje lat: „Nie miała już siwej głowy i mgły, która wcześniej okrywała jej myśli jak koc. Spojrzała na XY-ka, trzymającego ją za miękkie palce: spał obwieszony starością, jakby to była biżuteria” (s. 56), aż w końcu zwalnia, sprawiając, że „Chmury były prostsze. Uspokoiło się morze” (s. 61). Można by sądzić, że ów moment wyciszenia sygnalizuje pogłębienie uczuć, przejście od intensywnego i burzliwego stanu zakochania do stabilnej i trwałej miłości. Ale czy na pewno? Powrót „do domu”, śmierć psa o imieniu Silver, chorowanie jednej z postaci na tęsknotę za nieprzeżytym, separacja i złączenie w jedność – w ten oto sposób historia-piosenka XY-ka i Zet (nie)kończy się.
Adam Kaczanowski w blurbie zamieszczonym na okładce książki stwierdza, że „Love song” Karoliny Krasny jest przygodą – i ma rację. Nic nie jest tu oczywiste, pewne i z góry ustalone, wszystko zaś podlega nieustannym przemianom. Główne narzędzie naszej komunikacji – język – okazuje się zawodne, gdy w grę wchodzą uczucia. Czy da się zatem opowiedzieć o miłości bez użycia nieadekwatnych i pozbawionych sensu słów? Proza Krasny udowadnia, że tak. Co więcej, brzmi jeszcze lepiej, gdy przybiera formę owego przed-słownego szlaczka.
LITERATURA:
Kristeva J.: „Potęga obrzydzenia. Esej o wstręcie”. Przeł. Maciej Falski. Kraków 2007.
Bawiąc się językiem, a przede wszystkim jego niemocną wobec intensywności doświadczeń, oraz operując poetyką fragmentu, Krasny „wyśpiewuje” czytelnikom i czytelniczkom historię XY-ka i Zet, bohaterów-liter, którą rozpoczynają katastrofa w skali mikro i wspólne sączenie detergentu. Zamieszczony na okładce opis wydawcy głosi: „Story zakłada, że są zakochani” i tak faktycznie jest – lub przynajmniej było – gdyż: „Ich miłość nie mieściła się w tak małym mieście. Wylewała się na ulice jak rzeka, zabierając ze sobą krzyże i małe kioski. Wlewała się do obcych domów i topiła zwierzęta. Łączyła się z morzem i uczyła je pokory, a morze nie mogło tego znieść, więc kazało im wyjechać” (s. 53). Akwatyczna metaforyka pojawiająca się w powieści podkreśla nieokiełznany charakter uczucia bohaterów, które przekracza wszelkie językowe i (meta)fizyczne granice, wdziera się w różnorakie przestrzenie, niejednokrotnie stając się przyczyną ich destrukcji.
Miłość w powieści Krasny jest dynamiczna, zmienna, niepodlegająca żadnym ograniczeniom. Nie ogarnia jej także cielesność, będąca niezwykle ważnym i interesującym wątkiem tej opowieści. Silnego (i najpewniej młodego) XY-ka fascynuje i intryguje starzejące się ciało Zet: „U gładkich i szczupłych dziewczyn prosto jest przewidzieć resztę, pomyślał. Wiesz, gdzie się kończą i zaczynają, jak wygląda ich skóra rano i o północy, co je uczula, ilu kichnięć się doliczą. U starszych wiesz tyle, że istnieją naprawdę” (s. 18). Zet staje się dla XY-ka zarówno zagadką, jak i wyzwaniem – uosabia coś, czego nie sposób nazwać, wymyka się językowi i prostym kategoryzacjom. Dzieje się tak, gdyż ciału Zet (ale także ciału XY-ka) bliżej jest do nieregularnej figury, kubistycznego kształtu, którego, zdawać by się mogło, jedynym zadaniem jest wyznaczanie granic podmiotowości i przechowywanie w sobie obfitości płynów ustrojowych.
W sposób szczególny czytelniczą uwagę zwraca obsesja XY-ka na punkcie wspomnianej bariery, krańca „ja”. Bohater powieści Krasny wyznaje: „Kształt był jasno określony – kończył się skórą, zaczynał oddechem. […] Jeśli się śmiałem, to w pościel. Srałem z zamkniętymi oczami. Gdy przeciąłem sobie palec, schowałem go głęboko w usta. Flegma, jo-jo śliny, jasna krew. Nie mogłem pozostawiać śladów! Zyskałyby siły i żyły dalej beze mnie” (s. 28). Ta negatywna postawa wobec wydzielin wydobywających się z ciała w sposób oczywisty konotuje badania Julii Kristevej nad wstrętem. Psychoanalityczka w „Potędze obrzydzenia. Eseju o wstręcie” pisała bowiem o tym, że „kala każda wydzielina, każdy wysięk, wszystko, co wydziela się z ciała kobiecego bądź męskiego” (Kristeva 2007, s. 97). Pełne lęku i odrazy reakcje XY-ka zdają się poświadczać niechęć i niemożność pogodzenia się z tym, co w ciele (a zwłaszcza w jego głębi) niekontrolowane i nieprzewidywalne.
A przecież właśnie takie jest zauroczenie w książce Karoliny Krasny – początkowo gwałtownie „wylewa się” z bohaterów, odejmuje i dodaje lat: „Nie miała już siwej głowy i mgły, która wcześniej okrywała jej myśli jak koc. Spojrzała na XY-ka, trzymającego ją za miękkie palce: spał obwieszony starością, jakby to była biżuteria” (s. 56), aż w końcu zwalnia, sprawiając, że „Chmury były prostsze. Uspokoiło się morze” (s. 61). Można by sądzić, że ów moment wyciszenia sygnalizuje pogłębienie uczuć, przejście od intensywnego i burzliwego stanu zakochania do stabilnej i trwałej miłości. Ale czy na pewno? Powrót „do domu”, śmierć psa o imieniu Silver, chorowanie jednej z postaci na tęsknotę za nieprzeżytym, separacja i złączenie w jedność – w ten oto sposób historia-piosenka XY-ka i Zet (nie)kończy się.
Adam Kaczanowski w blurbie zamieszczonym na okładce książki stwierdza, że „Love song” Karoliny Krasny jest przygodą – i ma rację. Nic nie jest tu oczywiste, pewne i z góry ustalone, wszystko zaś podlega nieustannym przemianom. Główne narzędzie naszej komunikacji – język – okazuje się zawodne, gdy w grę wchodzą uczucia. Czy da się zatem opowiedzieć o miłości bez użycia nieadekwatnych i pozbawionych sensu słów? Proza Krasny udowadnia, że tak. Co więcej, brzmi jeszcze lepiej, gdy przybiera formę owego przed-słownego szlaczka.
LITERATURA:
Kristeva J.: „Potęga obrzydzenia. Esej o wstręcie”. Przeł. Maciej Falski. Kraków 2007.
Karolina Krasny: „Love song”. HA!ART. Kraków 2024.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

