NA GRANICY ŻYCIA I ŚMIERCI ('PAMIĘTNIKI UCHODŹCZE'; ALESSANDRO LEOGRANDE: 'GRANICA')
A
A
A
Od pewnego czasu wręcz obsesyjnie wracam do musicalu „Cabaret”, zarówno w wersji filmowej w reżyserii Boba Fosse’a, jak i chorzowskiej realizacji scenicznej autorstwa Jacka Bończyka. Za każdym razem grzecznie, zgodnie z instrukcjami Mistrza Ceremonii, próbuję zostawić swoje problemy na zewnątrz klubu Kit Kat i nie myśleć o trwającym właśnie ludobójstwie przeprowadzanym przez Izrael na Palestyńczykach czy agresji Rosji na Ukrainę. Prawda jest taka, że właśnie tego chcę – nie skupiać się już na analizowaniu bełkotu narcyza stojącego na czele potęgi militarnej, nie martwić się tym, że drugą najliczniejszą partią w niemieckim parlamencie są faszyści, a w polskich wyborach prezydenckich słupki sondażowe rosną populiście powtarzającemu rosyjską propagandę. Jednak, co wie każda osoba po obejrzeniu „Cabaretu”, wysiłki włożone w takie zapominanie okazują się zupełnie bezowocne, bo prędzej czy później będziemy musieli stawić czoła rzeczywistości, która nie chce być inna.
O osobach, które nie miały luksusu zapomnienia o problemach, opowiadają dwie, na pierwszy rzut oka bardzo różniące się książki: reportaż Alessandra Leograndego „Granica” oraz zbiorowa publikacja „Pamiętniki uchodźcze”. Truizm stanowi stwierdzenie, że temat migracji jest niezwykle skomplikowany, ale nie sposób go nie przytoczyć. Dlatego też osoby podejmujące się tego zadania muszą się pilnować, by nie ulec pokusie jakże łatwego i przyjemnego moralizowania. Nic tak nie potrafi uspokoić własnego sumienia jak rzucanie kategorycznych sądów, wypominanie przewinień i obojętności oraz wskazywanie palcem wprost na czytelnika. Tylko że taka postawa niczego nie zmieni. Spróbujmy po prostu współodczuwać.

„Granica” to reportaż pisany niemal przez połowę życia Leograndego, czy raczej materiał do tej publikacji był właśnie tak długo zbierany. Na początku książki dowiadujemy się, że autor w trakcie studiów zaangażował się w pomoc osobom emigrującym z Kurdystanu do Włoch pod koniec lat 90. ubiegłego wieku; zaprzyjaźnił się wówczas ze Shorshem, jednym z nich. Wydarzeniem, które na zawsze odcisnęło piętno na włoskim dziennikarzu, był wieczór, gdy Shorsh odtworzył mu kasetę VHS, którą dostał od znajomego Kurda. Znajdujący się na niej film okazał się przerażający: „Te skąpe obrazy przedstawiały rzeź w Halabdży: podczas wojny z Iranem, w marcu 1988 roku, został przeprowadzony atak chemiczny na kurdyjskie miasteczko w Iraku. To nie były zdjęcia zagłady podczas jej trwania, ale cisza, koniec życia po ataku furii. Przedstawiały obsceniczną twarz śmierci” (s. 14). Po tym seansie sprawy osób z doświadczeniem uchodźczym stały się dla Leograndego czymś bardzo ważnym.
Na przestrzeni dwudziestu dziewięciu rozdziałów Leogrande przytacza wiele rozmów z osobami, które przeżyły emigrację (często również katastrofy morskie podczas podróży) a jednocześnie dba o to, by czytelnicy i czytelniczki mieli jak najszerszy kontekst przedstawianych informacji. Całość wywodu skupia się na osobach przemieszczających się z Afryki i Bliskiego Wschodu do Europy. Autor wielokrotnie nakreśla zawiłe aspekty polityki postkolonialnych krajów i ich chwiejnych rządów. Nie ogranicza się również do samego aktu emigracji i losów ludzi odbywających podróż, ale opisuje również piekło, przed którym uciekają uchodźcy: więzienia polityczne, tortury, przymusowa służba wojskowa, handel organami. Oprócz tego śledzimy podróże autora po Włoszech, między innymi na wyspę Lampedusę w rocznicę najgłośniejszego medialnie zatonięcia statku tuż przy tamtejszej linii brzegowej 3 października 2013 roku.
Nie da się ukryć, że właśnie ta sprawa zajmuje dużo miejsca w głowie Leograndego, a motywem przewijającym się przez reportaż są przeprawy morskie i tragedie na morzu. Zainteresowanie tym aspektem tłumaczy tak: „Może, powiedziałem, dlatego że zatonięcia są nieruchomymi punktami, czeluściami, od których można próbować zacząć, zrekonstruować krok po kroku te przekształcenia. Ale nie byłem już taki pewien ten odpowiedzi. Tak naprawdę chciałem powiedzieć: te wszystkie ofiary, ta nieprzerwana rzeź… i cisza, która ją otacza. Właśnie, cisza. Prawdziwą odpowiedzią jest cisza” (s. 29). Ten fakt dużo zdradza o sposobie pisania dziennikarza – niezwykle nasyconego intensywnymi obrazami. Rekonstrukcje momentów zatonięć przepełniają krzyki, smród wylewającego się do morza oleju napędowego z tonącej łodzi i śliskość ciał nim obsmarowanych. Leogrande również stara się sprowokować wyobraźnię osób czytających: „Weź 650 ciał. Weź 650 ciał mężczyzn, kobiet, dzieci, starców. Weź je jedno po drugim i ułóż w rzędzie. Ile metrów będzie miał ten rząd? Jak daleko będzie sięgał?” (s. 37). Tak samo bez owijania w bawełnę podaje opisy tortur na przykład w erytrejskich więzieniach (zob. s. 96).
Nie mniej bardzo dobrze czuje autor granicę pomiędzy szczerym obrazem a pornografią cierpienia i nigdy jej nie przekracza. Będąc na Lampedusie, przytacza sytuację, jakiej był świadkiem wspólnie z przewodnikiem obok cmentarzyska wraków statków, które na wyspę nie dopłynęły w całości: „Obok nas grupka Szwedów fotografuje się z łodziami kapitanatu w tle. Syoum wybucha: »Rozumiem pamięć, ale niedługo będzie się tu odtwarzać Costa Concordia. Selfie, pozowane zdjęcia… prędzej czy później i tak zagości tutaj turystyka horroru z przewodnikami«” (s. 154). Empatię i podejście pełne szacunku Leograndego podkreśla również autor posłowia, Nicola Lagioia: „Przede wszystkim nie ma obsesji na własnym punkcie: narcyzm, prawdziwa choroba, która potrafi obejść system odpornościowy pisarzy i intelektualistów naszych czasów, w krótkim czasie rozbijając talent w pył, nie wziął nad nim góry, co nie oznacza jednak, że nie aspiruje do słusznych wyrazów uznania” (Lagioia 2024: 342).
W trakcie czytania reportażu złapałem się na tym, że liczby przestają na mnie robić wrażenie, a nawet nie zwracałem już na nie uwagi. Leogrande ze skrupulatnością historyka wymieniał katastrofy, starcia zbrojne czy masakry oraz liczby ofiar: 650, 358, 5000… po pewnym czasie przestaje się liczyć. I to jest jeden z najbardziej przerażających wniosków z tego dzieła – przestaliśmy już dawno liczyć. Również podczas lektury powróciły do mnie mgliste wspomnienia nazwisk, których kiedyś obawiano się na całym świecie: Kaddafi, Husajn, bin Laden. Było to przedziwne doświadczenie, bo w końcu miałem od kilku do kilkunastu lat, gdy ci mężczyźni kształtowali politykę Afryki i Bliskiego Wschodu, więc wtedy nie mogłem rozumieć, kim tak naprawdę byli.
Mimo że wszystkie opisane przez Leograndego historie przepełnione były bólem, strachem i cierpieniem, doceniam wszystkie informacje, jakie podawał on o osobach z doświadczeniem uchodźczym, którym udało się albo zostać we Włoszech, albo osiąść w głębi Europy i budować swoje życia na nowo. Zresztą autor na samym początku zaznaczył: „Łatwo jest nam stosować kategorię »ofiar«, przynajmniej wtedy, kiedy uda nam się uwolnić od obsesji bycia najechanymi. Jednak ta kategoria wydaje się niewyraźna, prawie pozbawiona ciała i historii (…)” (s. 17).

By uniknąć pozbawienia ciała i historii, w wyniku projektu „Warszawskie Pamiętniki Uchodźcze” powstała praca zbiorowa pod tytułem „Pamiętniki Uchodźcze”. W tym momencie przenosimy się z odległych Lampedusy i Erytrei nad Wisłę, bowiem w publikacji znalazło się 25 prac konkursowych (ze zgłoszonych 74) mieszkających w Polsce osób z doświadczeniem uchodźczym. To pierwszy tom tej serii, wydany w 2023 roku (parę miesięcy temu wydawnictwo Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie opublikowało wybór tekstów nadesłanych na drugą edycję konkursu; obie książki są dostępne za darmo w formatach e-booka i audiobooka na stronie https://magazynkontakt.pl/pamietniki/).
Sam gatunek pamiętnika potraktowano tutaj bardzo luźno, bowiem niektóre z pozycji zawierają liryki bądź nawet w całości zapisane są wierszem, a jeden tekst ma charakter bajkowy. W krótkich wstępach koordynatorzy projektu nakreślili motywacje, jakie doprowadziły do pomysłu konkursu pamiętnikarskiego: „Oby niniejszy zbiór do tego właśnie zachęcił – do spotkania jednych z drugimi, usłyszenia w zgiełku, który towarzyszy dziś publicznemu dyskursowi o migracjach” (s. 7). Forma również zyskała uzasadnienie: „Nie chcieliśmy im zadawać żadnych pytań. Chcieliśmy usłyszeć, co mają do powiedzenia sami z siebie” (s. 10). Zbieranie pamiętników zawsze uważam za dobry pomysł, bo żaden inny gatunek literacki nie pozwala na tyle swobody osobom, od których chcemy usłyszeć wszystko, co mają do powiedzenia. Każda taka inicjatywa niezmiernie mnie cieszy.
W zbiorze znalazło się najwięcej świadectw osób z Ukrainy i Białorusi, czyli jednych wygnanych przez brutalną napaść na ich kraj, a drugich przez bezlitosny reżim i widmo represji za sprzeciwienie się dyktaturze. Oprócz tego znajdziemy również teksty osób z Turcji, Tadżykistanu i Kirgistanu. Większość prac wieńczy krótki biogram osoby autorskiej, ale niektóre są nawet, oczywiście na życzenie nadsyłających, w pełni zanonimizowane.
Trudno mi zacząć opisywać, z jaką zapierającą dech w piersiach różnorodnością mamy do czynienia w tej jednej, dość niepozornej wymiarowo publikacji. Jedna z redaktorek we wstępie mówi: „Zadziwia mnie zawsze, jak ludzie są różni” (s. 8). Owszem, można pomyśleć, że brzmi to jak niezręczne zdanie z rozprawki szkolnej, ale po przeczytaniu wszystkich pamiętników nie mogę nie docenić prostoty zawartej w tym zachwycie. Każdy kolejny tekst był dla mnie niespodzianką, bo szybko zrozumiałem, że może się stać wszystko. Niektóre miały formę skrupulatnego zapisywania wydarzeń godzina po godzinie, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu. Inne znów zajmowały niecałą stronę i brzmiały jak wiadomość tekstowa napisana pod wpływem emocji do bliskiej nam osoby. Jedne starały się opisać całe życie autora lub autorki, a akcja drugich zamykała się w pojedynczym popołudniu.
Mam nadzieję, że nie będzie to nie na miejscu, bo po prostu muszę odnotować nie tylko nieocenioną wartość zapisków przeżyć, ale i wartość literacką wpisów. Na przykład pierwsze zdania pierwszego teksu – autorstwa Eugenii Balakirevej – chwytają osobę czytającą za gardło i nie puszczają do ostatniego słowa pracy: „Kilka miesięcy temu czytałam o metodzie eutanazji, która polega na tym, że kładziesz się w zamkniętej kapsule bez dostępu do tlenu, w której leżysz cicho z płucami wypełnionymi własnym dwutlenkiem węgla, mdlejesz i w konsekwencji umierasz. Dzisiaj próbowałam powtórzyć tę procedurę w moim pokoju w akademiku, tylko z workiem na śmieci na głowie. Nie udało się” (s. 15). Zwycięska praca konkursowa autorstwa Anny Woroniny jest świetnym kawałkiem prozy, a umiejętności prowadzenia napięcia może pozazdrościć jej niejeden autor thrillerów. Czytając ten tekst, złapałem się na tym, że jestem zupełnie pochłonięty akcją, by zaraz ze wstydem przypomnieć sobie, że to nie dreszczowiec, a czyjeś życie. Zupełnie mnie nie dziwi, że w wielu biogramach znalazłem informacje o doświadczeniu zdobytym w mediach – widać to na stronach tych opowieści.
We wszystkich pracach pojawia się mnóstwo punktów wspólnych, zwłaszcza w tekstach osób z Ukrainy i Białorusi. Na przestrzeni jednej książki dostajemy kilka relacji z dnia 24 lutego 2022 roku, kiedy mieszkańcy Ukrainy budzili się przez dźwięki bliższych bądź dalszych wybuchów. Zupełnie zaskoczyła mnie autokrytyka wspomnianej wyżej Woroniny, bo nie słyszałem wcześniej o takim zjawisku: „Jestem jedną z tych osób, o których w mediach społecznościowych pisze się lekceważąco, że wojna zaczęła się dla nich dopiero 24 lutego ubiegłego roku. Czy jest mi wstyd? Tak, jest mi wstyd. I to bardzo” (s. 242). Wiele historii ukraińskich łączy również fakt wypierania nadchodzącej wojny: „Pocieram ręce, próbując przypomnieć sobie, gdzie są nasze paszporty, ale mój umysł nie jest skupiony – myślę o lekcjach pływania mojej córki, zastanawiając się, czy zapłaciłam za szkolne obiady, pakując odruchowo lunch box dla dzieci na jutro. Muszę też w końcu umyć okna” (s. 48). Zdawałoby się, że gdzieś obok stoi staruszek i, przewiązując pomidory, marudzi, że innego końca świata nie będzie.
Ważnym tematem są oczywiście trudności z poruszaniem się po zupełnie obcym kraju: „Zupełnie nie rozumiem, gdzie znajdują się przychodnie i jak się tam dostać. Jak umówić się na wizytę u lekarza? Dokąd iść? Nie mogę zadzwonić bo nie mówię zbyt dobrze po polsku” (s. 102). Różnorodne są odczucia osób z doświadczeniem uchodźczym wobec Polek i Polaków, bowiem mamy świadectwa ksenofobii: „Szkolny lekarz nawet nie zbadał mojego syna. Myślę, że dzieci z obozu nie są tam mile widziane. Rozumiem, że »wielokulturowe społeczeństwo« stanowi pewne obciążenie dla szkoły. Ale wcale nie jest mi z tego powodu lepiej” (s. 98). Jedna z osób mówi znów o poczuciu zmęczenia bycia inną: „Ile razy jeszcze muszę dzielić się swoim życiem prywatnym z nieznajomymi? Niezależnie od odpowiedzi, pojawi się więcej pytań? (…) Czy muszę opowiadać każdemu pracownikowi Żabki historię mojego życia, gdy wykryje akcent nad moim zielonym napojem Monster?” (s. 26). Niemniej znalazłem mnóstwo wręcz wyidealizowanych obrazów: „Przed nami – polska granica i oczy ludzi, którzy swoimi wielkimi sercami zdołali objąć całą Ukrainę, pokazać, kto jest naprawdę naszym przyjacielem, i przytulić nasze dzieci. I nie będzie już strachu. Zastąpi go szczera wdzięczność” (s. 55).
Lektura „Pamiętników uchodźczych” była fascynującą, nomen omen, podróżą. Zdecydowanie warto pochylić się nad tą pozycją i zobaczyć, czy znajdziemy w niej więcej pytań czy odpowiedzi na temat innych i nas samych. Nie zostawiajmy naszych zmartwień na zewnątrz i nie dajmy się ponieść nęcącym narracjom o rzekomych wrogach. Bo ani się obejrzymy, a ktoś nas przekona, że osoby z doświadczeniem uchodźczym są zupełnie różne od nas i nie zasługują na naszą sympatię. Prawda jest taka, że mamy więcej wspólnego ze przeciętnym obywatelem krajów za naszą wschodnią granicą niż z elitami politycznymi i miliarderami. Huseyin Celnik w swoim pamiętniku napisał: „Czyż to nie prorok islamu Mahomet był migrantem, czyż to nie Jezus Chrystus był migrantem? Czyż Adam Mickiewicz nie był migrantem?” (s. 39). Wszyscy możemy stać się migrantami w przeciągu jednego dnia.
LITERATURA:
Lagioia N.: „Patrzeć to nie znaczy widzieć. Co nam zostawił po sobie Alessandro Leogrande?”. W: A. Leogrande: „Granica”. Przeł. Z. Krasnopolska. Warszawa 2024.
O osobach, które nie miały luksusu zapomnienia o problemach, opowiadają dwie, na pierwszy rzut oka bardzo różniące się książki: reportaż Alessandra Leograndego „Granica” oraz zbiorowa publikacja „Pamiętniki uchodźcze”. Truizm stanowi stwierdzenie, że temat migracji jest niezwykle skomplikowany, ale nie sposób go nie przytoczyć. Dlatego też osoby podejmujące się tego zadania muszą się pilnować, by nie ulec pokusie jakże łatwego i przyjemnego moralizowania. Nic tak nie potrafi uspokoić własnego sumienia jak rzucanie kategorycznych sądów, wypominanie przewinień i obojętności oraz wskazywanie palcem wprost na czytelnika. Tylko że taka postawa niczego nie zmieni. Spróbujmy po prostu współodczuwać.

„Granica” to reportaż pisany niemal przez połowę życia Leograndego, czy raczej materiał do tej publikacji był właśnie tak długo zbierany. Na początku książki dowiadujemy się, że autor w trakcie studiów zaangażował się w pomoc osobom emigrującym z Kurdystanu do Włoch pod koniec lat 90. ubiegłego wieku; zaprzyjaźnił się wówczas ze Shorshem, jednym z nich. Wydarzeniem, które na zawsze odcisnęło piętno na włoskim dziennikarzu, był wieczór, gdy Shorsh odtworzył mu kasetę VHS, którą dostał od znajomego Kurda. Znajdujący się na niej film okazał się przerażający: „Te skąpe obrazy przedstawiały rzeź w Halabdży: podczas wojny z Iranem, w marcu 1988 roku, został przeprowadzony atak chemiczny na kurdyjskie miasteczko w Iraku. To nie były zdjęcia zagłady podczas jej trwania, ale cisza, koniec życia po ataku furii. Przedstawiały obsceniczną twarz śmierci” (s. 14). Po tym seansie sprawy osób z doświadczeniem uchodźczym stały się dla Leograndego czymś bardzo ważnym.
Na przestrzeni dwudziestu dziewięciu rozdziałów Leogrande przytacza wiele rozmów z osobami, które przeżyły emigrację (często również katastrofy morskie podczas podróży) a jednocześnie dba o to, by czytelnicy i czytelniczki mieli jak najszerszy kontekst przedstawianych informacji. Całość wywodu skupia się na osobach przemieszczających się z Afryki i Bliskiego Wschodu do Europy. Autor wielokrotnie nakreśla zawiłe aspekty polityki postkolonialnych krajów i ich chwiejnych rządów. Nie ogranicza się również do samego aktu emigracji i losów ludzi odbywających podróż, ale opisuje również piekło, przed którym uciekają uchodźcy: więzienia polityczne, tortury, przymusowa służba wojskowa, handel organami. Oprócz tego śledzimy podróże autora po Włoszech, między innymi na wyspę Lampedusę w rocznicę najgłośniejszego medialnie zatonięcia statku tuż przy tamtejszej linii brzegowej 3 października 2013 roku.
Nie da się ukryć, że właśnie ta sprawa zajmuje dużo miejsca w głowie Leograndego, a motywem przewijającym się przez reportaż są przeprawy morskie i tragedie na morzu. Zainteresowanie tym aspektem tłumaczy tak: „Może, powiedziałem, dlatego że zatonięcia są nieruchomymi punktami, czeluściami, od których można próbować zacząć, zrekonstruować krok po kroku te przekształcenia. Ale nie byłem już taki pewien ten odpowiedzi. Tak naprawdę chciałem powiedzieć: te wszystkie ofiary, ta nieprzerwana rzeź… i cisza, która ją otacza. Właśnie, cisza. Prawdziwą odpowiedzią jest cisza” (s. 29). Ten fakt dużo zdradza o sposobie pisania dziennikarza – niezwykle nasyconego intensywnymi obrazami. Rekonstrukcje momentów zatonięć przepełniają krzyki, smród wylewającego się do morza oleju napędowego z tonącej łodzi i śliskość ciał nim obsmarowanych. Leogrande również stara się sprowokować wyobraźnię osób czytających: „Weź 650 ciał. Weź 650 ciał mężczyzn, kobiet, dzieci, starców. Weź je jedno po drugim i ułóż w rzędzie. Ile metrów będzie miał ten rząd? Jak daleko będzie sięgał?” (s. 37). Tak samo bez owijania w bawełnę podaje opisy tortur na przykład w erytrejskich więzieniach (zob. s. 96).
Nie mniej bardzo dobrze czuje autor granicę pomiędzy szczerym obrazem a pornografią cierpienia i nigdy jej nie przekracza. Będąc na Lampedusie, przytacza sytuację, jakiej był świadkiem wspólnie z przewodnikiem obok cmentarzyska wraków statków, które na wyspę nie dopłynęły w całości: „Obok nas grupka Szwedów fotografuje się z łodziami kapitanatu w tle. Syoum wybucha: »Rozumiem pamięć, ale niedługo będzie się tu odtwarzać Costa Concordia. Selfie, pozowane zdjęcia… prędzej czy później i tak zagości tutaj turystyka horroru z przewodnikami«” (s. 154). Empatię i podejście pełne szacunku Leograndego podkreśla również autor posłowia, Nicola Lagioia: „Przede wszystkim nie ma obsesji na własnym punkcie: narcyzm, prawdziwa choroba, która potrafi obejść system odpornościowy pisarzy i intelektualistów naszych czasów, w krótkim czasie rozbijając talent w pył, nie wziął nad nim góry, co nie oznacza jednak, że nie aspiruje do słusznych wyrazów uznania” (Lagioia 2024: 342).
W trakcie czytania reportażu złapałem się na tym, że liczby przestają na mnie robić wrażenie, a nawet nie zwracałem już na nie uwagi. Leogrande ze skrupulatnością historyka wymieniał katastrofy, starcia zbrojne czy masakry oraz liczby ofiar: 650, 358, 5000… po pewnym czasie przestaje się liczyć. I to jest jeden z najbardziej przerażających wniosków z tego dzieła – przestaliśmy już dawno liczyć. Również podczas lektury powróciły do mnie mgliste wspomnienia nazwisk, których kiedyś obawiano się na całym świecie: Kaddafi, Husajn, bin Laden. Było to przedziwne doświadczenie, bo w końcu miałem od kilku do kilkunastu lat, gdy ci mężczyźni kształtowali politykę Afryki i Bliskiego Wschodu, więc wtedy nie mogłem rozumieć, kim tak naprawdę byli.
Mimo że wszystkie opisane przez Leograndego historie przepełnione były bólem, strachem i cierpieniem, doceniam wszystkie informacje, jakie podawał on o osobach z doświadczeniem uchodźczym, którym udało się albo zostać we Włoszech, albo osiąść w głębi Europy i budować swoje życia na nowo. Zresztą autor na samym początku zaznaczył: „Łatwo jest nam stosować kategorię »ofiar«, przynajmniej wtedy, kiedy uda nam się uwolnić od obsesji bycia najechanymi. Jednak ta kategoria wydaje się niewyraźna, prawie pozbawiona ciała i historii (…)” (s. 17).

By uniknąć pozbawienia ciała i historii, w wyniku projektu „Warszawskie Pamiętniki Uchodźcze” powstała praca zbiorowa pod tytułem „Pamiętniki Uchodźcze”. W tym momencie przenosimy się z odległych Lampedusy i Erytrei nad Wisłę, bowiem w publikacji znalazło się 25 prac konkursowych (ze zgłoszonych 74) mieszkających w Polsce osób z doświadczeniem uchodźczym. To pierwszy tom tej serii, wydany w 2023 roku (parę miesięcy temu wydawnictwo Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie opublikowało wybór tekstów nadesłanych na drugą edycję konkursu; obie książki są dostępne za darmo w formatach e-booka i audiobooka na stronie https://magazynkontakt.pl/pamietniki/).
Sam gatunek pamiętnika potraktowano tutaj bardzo luźno, bowiem niektóre z pozycji zawierają liryki bądź nawet w całości zapisane są wierszem, a jeden tekst ma charakter bajkowy. W krótkich wstępach koordynatorzy projektu nakreślili motywacje, jakie doprowadziły do pomysłu konkursu pamiętnikarskiego: „Oby niniejszy zbiór do tego właśnie zachęcił – do spotkania jednych z drugimi, usłyszenia w zgiełku, który towarzyszy dziś publicznemu dyskursowi o migracjach” (s. 7). Forma również zyskała uzasadnienie: „Nie chcieliśmy im zadawać żadnych pytań. Chcieliśmy usłyszeć, co mają do powiedzenia sami z siebie” (s. 10). Zbieranie pamiętników zawsze uważam za dobry pomysł, bo żaden inny gatunek literacki nie pozwala na tyle swobody osobom, od których chcemy usłyszeć wszystko, co mają do powiedzenia. Każda taka inicjatywa niezmiernie mnie cieszy.
W zbiorze znalazło się najwięcej świadectw osób z Ukrainy i Białorusi, czyli jednych wygnanych przez brutalną napaść na ich kraj, a drugich przez bezlitosny reżim i widmo represji za sprzeciwienie się dyktaturze. Oprócz tego znajdziemy również teksty osób z Turcji, Tadżykistanu i Kirgistanu. Większość prac wieńczy krótki biogram osoby autorskiej, ale niektóre są nawet, oczywiście na życzenie nadsyłających, w pełni zanonimizowane.
Trudno mi zacząć opisywać, z jaką zapierającą dech w piersiach różnorodnością mamy do czynienia w tej jednej, dość niepozornej wymiarowo publikacji. Jedna z redaktorek we wstępie mówi: „Zadziwia mnie zawsze, jak ludzie są różni” (s. 8). Owszem, można pomyśleć, że brzmi to jak niezręczne zdanie z rozprawki szkolnej, ale po przeczytaniu wszystkich pamiętników nie mogę nie docenić prostoty zawartej w tym zachwycie. Każdy kolejny tekst był dla mnie niespodzianką, bo szybko zrozumiałem, że może się stać wszystko. Niektóre miały formę skrupulatnego zapisywania wydarzeń godzina po godzinie, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu. Inne znów zajmowały niecałą stronę i brzmiały jak wiadomość tekstowa napisana pod wpływem emocji do bliskiej nam osoby. Jedne starały się opisać całe życie autora lub autorki, a akcja drugich zamykała się w pojedynczym popołudniu.
Mam nadzieję, że nie będzie to nie na miejscu, bo po prostu muszę odnotować nie tylko nieocenioną wartość zapisków przeżyć, ale i wartość literacką wpisów. Na przykład pierwsze zdania pierwszego teksu – autorstwa Eugenii Balakirevej – chwytają osobę czytającą za gardło i nie puszczają do ostatniego słowa pracy: „Kilka miesięcy temu czytałam o metodzie eutanazji, która polega na tym, że kładziesz się w zamkniętej kapsule bez dostępu do tlenu, w której leżysz cicho z płucami wypełnionymi własnym dwutlenkiem węgla, mdlejesz i w konsekwencji umierasz. Dzisiaj próbowałam powtórzyć tę procedurę w moim pokoju w akademiku, tylko z workiem na śmieci na głowie. Nie udało się” (s. 15). Zwycięska praca konkursowa autorstwa Anny Woroniny jest świetnym kawałkiem prozy, a umiejętności prowadzenia napięcia może pozazdrościć jej niejeden autor thrillerów. Czytając ten tekst, złapałem się na tym, że jestem zupełnie pochłonięty akcją, by zaraz ze wstydem przypomnieć sobie, że to nie dreszczowiec, a czyjeś życie. Zupełnie mnie nie dziwi, że w wielu biogramach znalazłem informacje o doświadczeniu zdobytym w mediach – widać to na stronach tych opowieści.
We wszystkich pracach pojawia się mnóstwo punktów wspólnych, zwłaszcza w tekstach osób z Ukrainy i Białorusi. Na przestrzeni jednej książki dostajemy kilka relacji z dnia 24 lutego 2022 roku, kiedy mieszkańcy Ukrainy budzili się przez dźwięki bliższych bądź dalszych wybuchów. Zupełnie zaskoczyła mnie autokrytyka wspomnianej wyżej Woroniny, bo nie słyszałem wcześniej o takim zjawisku: „Jestem jedną z tych osób, o których w mediach społecznościowych pisze się lekceważąco, że wojna zaczęła się dla nich dopiero 24 lutego ubiegłego roku. Czy jest mi wstyd? Tak, jest mi wstyd. I to bardzo” (s. 242). Wiele historii ukraińskich łączy również fakt wypierania nadchodzącej wojny: „Pocieram ręce, próbując przypomnieć sobie, gdzie są nasze paszporty, ale mój umysł nie jest skupiony – myślę o lekcjach pływania mojej córki, zastanawiając się, czy zapłaciłam za szkolne obiady, pakując odruchowo lunch box dla dzieci na jutro. Muszę też w końcu umyć okna” (s. 48). Zdawałoby się, że gdzieś obok stoi staruszek i, przewiązując pomidory, marudzi, że innego końca świata nie będzie.
Ważnym tematem są oczywiście trudności z poruszaniem się po zupełnie obcym kraju: „Zupełnie nie rozumiem, gdzie znajdują się przychodnie i jak się tam dostać. Jak umówić się na wizytę u lekarza? Dokąd iść? Nie mogę zadzwonić bo nie mówię zbyt dobrze po polsku” (s. 102). Różnorodne są odczucia osób z doświadczeniem uchodźczym wobec Polek i Polaków, bowiem mamy świadectwa ksenofobii: „Szkolny lekarz nawet nie zbadał mojego syna. Myślę, że dzieci z obozu nie są tam mile widziane. Rozumiem, że »wielokulturowe społeczeństwo« stanowi pewne obciążenie dla szkoły. Ale wcale nie jest mi z tego powodu lepiej” (s. 98). Jedna z osób mówi znów o poczuciu zmęczenia bycia inną: „Ile razy jeszcze muszę dzielić się swoim życiem prywatnym z nieznajomymi? Niezależnie od odpowiedzi, pojawi się więcej pytań? (…) Czy muszę opowiadać każdemu pracownikowi Żabki historię mojego życia, gdy wykryje akcent nad moim zielonym napojem Monster?” (s. 26). Niemniej znalazłem mnóstwo wręcz wyidealizowanych obrazów: „Przed nami – polska granica i oczy ludzi, którzy swoimi wielkimi sercami zdołali objąć całą Ukrainę, pokazać, kto jest naprawdę naszym przyjacielem, i przytulić nasze dzieci. I nie będzie już strachu. Zastąpi go szczera wdzięczność” (s. 55).
Lektura „Pamiętników uchodźczych” była fascynującą, nomen omen, podróżą. Zdecydowanie warto pochylić się nad tą pozycją i zobaczyć, czy znajdziemy w niej więcej pytań czy odpowiedzi na temat innych i nas samych. Nie zostawiajmy naszych zmartwień na zewnątrz i nie dajmy się ponieść nęcącym narracjom o rzekomych wrogach. Bo ani się obejrzymy, a ktoś nas przekona, że osoby z doświadczeniem uchodźczym są zupełnie różne od nas i nie zasługują na naszą sympatię. Prawda jest taka, że mamy więcej wspólnego ze przeciętnym obywatelem krajów za naszą wschodnią granicą niż z elitami politycznymi i miliarderami. Huseyin Celnik w swoim pamiętniku napisał: „Czyż to nie prorok islamu Mahomet był migrantem, czyż to nie Jezus Chrystus był migrantem? Czyż Adam Mickiewicz nie był migrantem?” (s. 39). Wszyscy możemy stać się migrantami w przeciągu jednego dnia.
LITERATURA:
Lagioia N.: „Patrzeć to nie znaczy widzieć. Co nam zostawił po sobie Alessandro Leogrande?”. W: A. Leogrande: „Granica”. Przeł. Z. Krasnopolska. Warszawa 2024.
Alessandro Leogrande: „Granica”. Przeł. Zuzanna Krasnopolska. Grupa Wydawnicza Relacja. Warszawa 2024.
„Pamiętniki uchodźcze” [praca zbiorowa]. Klub Inteligencji Katolickiej w Warszawie. Warszawa 2023.
„Pamiętniki uchodźcze” [praca zbiorowa]. Klub Inteligencji Katolickiej w Warszawie. Warszawa 2023.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

