ŚWIATŁOOBOJĘTNOŚĆ (JAKUB JARNO: 'ŚWIATŁOCZUŁOŚĆ')
A
A
A
„Jest rzeczą oczywistą, że czytelnicy w Polsce i krytyka literacka oczekują niecierpliwie na ważny debiut prozatorski. Oczekiwanie to nieco się przedłuża” – pisał w 1995 roku na łamach „Akcentu” Krzysztof Paczuski. Czy słowa te po upływie 20 lat nadal są aktualne? Łaknienie nowych talentów literackich jest uniwersalne i nieskończone – gdy pisarze pojawiają się i znikają, pragniemy wciąż kolejnych i kolejnych, jednakże nie dla pustych statystyk, a dla możliwości obcowania z utworami dobrymi i emocjonalnymi.
Trudno jest takie wymagania zaspokoić, a jeszcze trudniej zadowolić jednocześnie czytelników i krytykę. Książki, które oczarowują tych pierwszych i sprzedają się w wielkich nakładach, są często przez recenzentów prozy wysokoartystycznej z pogardą omijane. To zaś, co zachwyca ekspertów, rzadko ekscytuje szerokie grona odbiorców.
W 2024 roku debiutowali m.in. Marta Hermanowicz i Jul Łyskawa, nominowani do Paszportów „Polityki”, oraz doceniony przez „Gazetę Wyborczą” Jan Bliźniak. Żadna jednak z wymienionych pozycji nie zyskała tak przychylnych opinii na portalach Lubimyczytać.pl i Goodreads jak „Światłoczułość” enigmatycznego Jakuba Jarny. Żadna nie była tak bardzo reklamowana; jak trafnie zauważył Wojciech Szot, żadna też nie doczekała się od razu po premierze audiobooka z gwiazdorską obsadą. Przez moment można było marzyć, że nareszcie pojawiła się powieść przełomowa, wyjątkowa, wartościowa, która zadowoli wszystkich. Powieść na miarę Wiesława Myśliwskiego.
Na marzeniach jednak się skończyło, bowiem po pierwszych najwyższych ocenach internautów, zaskakującym blurbie autorstwa filozofa Tomasza Stawiszyńskiego i entuzjastycznej recenzji Piotra Knioły na blogu „PigOut” „Onet” przeprowadził śledztwo. Amelia Sarnowska ujawniła szereg poszlak, które wskazują na to, że Jarno to w rzeczywistości Remigiusz Mróz. Justyna Sobolewska i Krzysztof Cieślik jeszcze dobitniej uwidocznili, że autor Chyłki ponownie kryje się pod pseudonimem. Co na to sam zainteresowany? Żartuje. Ani nie zaprzecza, ani nie potwierdza. Mróz Schrödingera.
Oszukiwanie ludzi i sztuczne promowanie przez prestiżowe Wydawnictwo Literackie znanego pisarza pod płaszczykiem nowo odkrytego objawienia jest oczywiście nieetyczne, co wielokrotnie podkreślali już wspomniani przeze mnie komentatorzy. Uznałam jednak, że dam szansę samej opowieści, tak jak oczekuje tego Jarno. Obedrę literaturę z socjologicznej otoczki skandalu i przyjrzę się tylko językowi, kompozycji i bohaterom.
Co otrzymałam? Niewiele.
Całość traktuje o II wojnie światowej (musimy się tego domyślić, ponieważ przez 270 stron nie padają ani daty, ani historyczne konkrety – albo miała być to próba uniwersalizacji, albo sprytny unik od zgłębiania namacalnych realiów epoki). Protagonistą i pierwszoosobowym narratorem uczyniono Witka Szczombrowskiego, chłopaka żyjącego na wsi, który w tragicznych okolicznościach zostaje pozbawiony domu, wskutek czego przygarniają go obcy. Poznaje on Żerkę, ale wojenne dramaty i zmiany, jakie na wschodnich ziemiach nadchodzą wraz z pojawieniem się wrogów, utrudniają kształtowanie się relacji między nimi.
Pod względem językowym jest to dzieło udające podniosłe, wydmuszka, która nęci pozornie wyszukanymi metaforami i porównaniami, lecz tak naprawdę jej przekaz można by zestawić z przemyśleniami z jednej strony niedojrzałego nastolatka, z drugiej zaś boomera, powtarzającego non stop „Kiedyś to było, teraz to nie ma”. I jest to połączenie najgorsze z możliwych.
Narrator raz dzieli się z nami dziwnymi refleksjami, przypominającymi złote myśli ze szkolnego pamiętniczka – „Chociaż Bóg kreśli nasz los w prosty sposób, czasem tylko krzywymi liniami” (s. 214) – a innym razem narzeka na teraźniejszy świat niczym człowiek zupełnie zgorzkniały. „Kiedyś się odchodziło przy swoich. Kiedyś w ogóle się odchodziło, można powiedzieć, teraz już się po prostu przestaje być” (s. 142) – tak jakby znieczuleni ludzie nie wiedzieli dziś, co oznacza strata kogoś z rodziny i nie starali się wspierać swoich bliskich do ostatnich chwil: „Jakoś się ten kres życia oswajało, czuło się, że taki jest porządek świata. Każdą śmierć się traktowało jako coś, co istnieje, a nie jako coś, co się nie wydarzyło. Nie wypierało się tego, przeciwnie, przyciągało do siebie, obejmowało jakiś sposób. / Rozmawiało się o niej tak, jak my teraz rozmawiamy. Każdy wiedział, co mówić, teraz tego nie wie nikt. Bo temat zakazany, bo nie można. Bo się negatywna myśl pojawi, a z nią pomór, choroby. Jakby miała przyspieszyć skończoność ludzkiego istnienia. Jakby śmierć sama była czymś, co przekreśla jego wagę. A zupełnie odwrotnie przecież jest. To ona nadaje mu sens. Bez niej wszystko byłoby ciągiem niekończących się, pozbawionych treści zdarzeń, w których nie sposób się odnaleźć” (s. 143).
Jeszcze ciekawszy jest akapit, w którym bohater opowiada nam, że dawniej chłopi chadzali w wigilię do krów, aby podzielić się z nimi opłatkiem. Intrygująca staje się także żydowska dziewczynka, która w jednej scenie spontanicznie mówi „Matko Boska”, w późniejszej zaś nie potrafi przypomnieć sobie nawet króciutkiego fragmentu jakiejkolwiek modlitwy.
Sądziłam, że chociaż kompozycja utworu okaże się jego mocnym punktem. Rozbito go na trzy przeplatające się części: monolog Witka, fragmenty napisanej przez niego powieści pt. „Migotanie” i listy od Żerki. Różnice między rozdziałami autorstwa Szczombrowskiego a jego luźnym opowiadaniem są znikome, gdyż narratorem „Migotania” jest również Witek. Mamy zatem do czynienia z fikcyjną powieścią w powieści, która niedużo wnosi, mimo że jej funkcja zostaje teoretycznie uzasadniona pod koniec utworu. Powiew świeżości w niewielkim stopniu zapewniają listy Żerki, lecz nawet one zdążyły przesiąknąć grafomanią i pop-intelektualizmem. Zresztą po tych niedługich przerywnikach czytelnik i tak znów jest skazany albo na perspektywę Witka-monologisty, albo Witka-powieściopisarza.
Bohaterowie drugoplanowi zostali ukazani jako skrajnie pozytywni lub jako skrajnie negatywni – nie ma nic pomiędzy. Wyjątek stanowi Krystyna, której działania trudno przewidzieć; uważam ją za niewątpliwy atut powieści. Poza nią brakuje tu szarości. Czytelnika oślepia się światłem bezsprzecznie dobrych postaci bądź wtrąca się go w przerażający mrok zbiorowych gwałtów i mordów. Jest to zabieg typowy dla literatury popularnej, w której autorzy kreślą ludzi papierowych, schematycznych, niepogłębionych psychologicznie. Witek i Żerka próbują wymknąć się prostym klasyfikacjom, lecz niestety stają się przez to jeszcze bardziej nijacy niż ich czarno-białe otoczenie.
Czytając „Światłoczułość”, wchodzimy zatem do świata uproszczonego języka, uproszczonej kompozycji i uproszczonych bohaterów. Świata, który obiecywał nam arcydzieło, ale nie potrafił tych obietnic spełnić.
Na portalach Lubimyczytać.pl i Goodreads wielu komentatorów porównało książkę Jarny do genialnej prozy Myśliwskiego. Wydawnictwo Literackie najwidoczniej również uznało, że dobrym pomysłem będzie oparty na tym skojarzeniu marketing, gdyż na swojej stronie zamieściło fragment recenzji Katarzyny Oklińskiej z „Radia Nowy Świat”, która opisując „Światłoczułość” nawiązała do „Traktatu o łuskaniu fasoli”. Czy Jarno to rzeczywiście drugi Myśliwski?
Debiutant zadbał o to, byśmy tak myśleli. Wzorując się na plastycznym języku autora „Nagiego sadu” i jego wyszukanych metaforach, próbował za pomocą języka wytworzyć uniwersalny ekosystem, utraconą krainę głębokich aforyzmów i pradawnych wartości. Wieś wydaje się do tego idealną scenerią. Liczni pisarze umiejscawiają współcześnie akcję utworów poza miastem, lecz niewielu łączy kategorię wiejskości z epickim rozmachem. Myśliwskiego pokochano w latach 90. właśnie za to, że dał ludziom wielkie, polifoniczne, ponadczasowe dzieło, odwołujące się do tradycji i afirmujące życie. Jarno potraktował to jako przepis na sukces, jednakże porwał się z motyką na słońce. „Widnokrąg” to powieść wybitna, w której wieś potraktowano z szacunkiem i godnością, a nie jako nieznaczące tło, pretekst. Stylizację językową poprowadzono konsekwentnie, bez niewytłumaczalnych odstępstw, takich jak przytoczone wyżej „Matko Boska”. Kompozycja szkatułkowa do dziś zachwyca swoją misternością. Postaci bywają proste, ale nigdy nie papierowe.
To, że „Światłoczułość” chciałaby dorównać największym arcydziełom polskiej literatury, widać nieustannie. W jednym z listów Żerka nieudolnie przywołuje „Lalkę”, traktując ją jako asumpt do snucia osobliwych rozważań: „Z tego czytania w piwnicy sporo się dowiaduję o innych ludziach, tylko że oni nie istnieją. Chyba. Już sama nie wiem. Wczoraj na przykład tamten pan czytał Lalkę, już prawie do końca dochodzimy, i wydaje mi się, że znam Staszka bardziej niż tych wszystkich ludzi, co siedzą wokół. / Wiem, czemu to, czemu tamto, co do Izabeli czuje, że nosi biały cylinder albo że ma czerwone ręce. Ale też dużo innych rzeczy, co myśli, co robił wcześniej, dlaczego teraz robi takie rzeczy, a nie inne. Bliższy mi jest niż ktokolwiek inny teraz. / Ale nie wiem, czybym chciała mieć takiego Wokulskiego. Gdyby mi wszystko mówił tak, jak teraz mówi, to chyba mogłabym mieć. Bez tego to nie byłoby jak wiedzieć o pewnych sprawach i chybaby mnie martwiło, co wokół mnie cały czas stara się usilnie zrobić” (s. 157–158).
Szkoda, że ludzi nie można rozumieć jak książki, chociaż z drugiej strony gdybyśmy byli skazani na to, że dołączona do nas zostanie „Światłoczułość”, to może i lepiej. Stalibyśmy się wtedy nijacy. Tak właśnie można ocenić powieść Jarny – jest ona po prostu nijaka. Próbuje być wszystkim i dlatego okazuje się niczym.
Przede wszystkim garściami czerpie inspiracje z literatury wysokoartystycznej. Już po samym tytule możemy się spodziewać od debiutanta erudycji, zabrania czytelników w metafizyczną podróż. Kompozycja ma nam zapowiadać pisarskie objawienie i poszukiwanie nowych dróg za pomocą prozatorskiego eksperymentu powieści w powieści. Do tego listy wplecione w narrację o wojnie nasuwają niebezpieczne skojarzenie z literaturą świadectwa, choć skrywa się za nimi czysta fikcja. Język, jak już zostało wspomniane, również stara się chłonąć to, co sprawdzone i docenione – obrazowe metafory, epickość, gawędę o starych, lepszych czasach. Elementy te otula pseudomądrymi zdaniami o filozoficznej głębi, tak by wywołać wrażenie dzieła, które zna życie i z którym się nie dyskutuje.
W rzeczywistości jednak „Światłoczułość” niewiele różni się od literatury popularnej. Jej trójdzielna struktura okazuje się wydmuszką. Jej celem nie jest polifonia, która przyświeca wybitnym pisarzom jako ideał wielkiego realizmu. Nie można bowiem mówić o wielogłosowości, jeśli przez 2/3 utworu wypowiada się jeden bohater, tyle że raz odgrywając zwyczajną rolę Witka, raz autora „Migotania”. Nietypowej kompozycji użyto tak naprawdę tylko po to, by pod koniec utworu sięgnąć po zabieg charakterystyczny dla tanich romansów, a zatem daleki od aspiracji literatury wysokiej. Schematyczni bohaterowie popychają jedynie fabułę do przodu, nie zostawiając przestrzeni na wewnętrzne zróżnicowanie. Styl pisania też odbiega od pierwszorzędnych przykładów światowej beletrystyki, rozczarowując podobieństwem do pop-psychologii: „Dysonans w duszy piękną ma melodię. Wyrugować go to jak zniszczyć instrument, na którym tworzy się muzykę naszego życia. / Trzeba się uczyć na nim grać, wsłuchiwać się w dźwięki, które wydaje. To co z początku kakofonią się zdaje, w końcu zaczyna układać się w rytm, zyskiwać właściwe tempo, odpowiednie brzmienie. Trzeba tylko próbować. Słuchać. Nie przycinać żadnych dźwięków do prostych melodii, jakie w radiu lecą” (s. 216).
Powieść Jarny stoi zatem na rozdrożu – może udać się albo w piękną, wysokoartystyczną wędrówkę po wielowymiarowej wsi, albo w fascynującą gonitwę zdarzeń z wiejskimi dekoracjami w tle. Nie decyduje się ani na pierwsze, ani na drugie rozwiązanie, pragnąc jednocześnie zadowolić wymagającą krytykę i szerokie grona odbiorców. Chce mieć ciastko i zjeść ciastko tak bardzo, że aż angażuje wydawnictwo w nieuczciwy marketing. Udaje literaturę wysoką, nie będąc też w pełni literaturą popularną. Gubi się w tym, co ma przekazać. A przecież w wyborze każdej ze ścieżek nie byłoby nic złego. Świat potrzebuje zarówno lektur zgłębiających tajemnice istnienia, jak i tych do czytania z wypiekami na twarzy. Nie potrzebuje jednak książek, które same nie wiedzą, czym są.
Trudno jest takie wymagania zaspokoić, a jeszcze trudniej zadowolić jednocześnie czytelników i krytykę. Książki, które oczarowują tych pierwszych i sprzedają się w wielkich nakładach, są często przez recenzentów prozy wysokoartystycznej z pogardą omijane. To zaś, co zachwyca ekspertów, rzadko ekscytuje szerokie grona odbiorców.
W 2024 roku debiutowali m.in. Marta Hermanowicz i Jul Łyskawa, nominowani do Paszportów „Polityki”, oraz doceniony przez „Gazetę Wyborczą” Jan Bliźniak. Żadna jednak z wymienionych pozycji nie zyskała tak przychylnych opinii na portalach Lubimyczytać.pl i Goodreads jak „Światłoczułość” enigmatycznego Jakuba Jarny. Żadna nie była tak bardzo reklamowana; jak trafnie zauważył Wojciech Szot, żadna też nie doczekała się od razu po premierze audiobooka z gwiazdorską obsadą. Przez moment można było marzyć, że nareszcie pojawiła się powieść przełomowa, wyjątkowa, wartościowa, która zadowoli wszystkich. Powieść na miarę Wiesława Myśliwskiego.
Na marzeniach jednak się skończyło, bowiem po pierwszych najwyższych ocenach internautów, zaskakującym blurbie autorstwa filozofa Tomasza Stawiszyńskiego i entuzjastycznej recenzji Piotra Knioły na blogu „PigOut” „Onet” przeprowadził śledztwo. Amelia Sarnowska ujawniła szereg poszlak, które wskazują na to, że Jarno to w rzeczywistości Remigiusz Mróz. Justyna Sobolewska i Krzysztof Cieślik jeszcze dobitniej uwidocznili, że autor Chyłki ponownie kryje się pod pseudonimem. Co na to sam zainteresowany? Żartuje. Ani nie zaprzecza, ani nie potwierdza. Mróz Schrödingera.
Oszukiwanie ludzi i sztuczne promowanie przez prestiżowe Wydawnictwo Literackie znanego pisarza pod płaszczykiem nowo odkrytego objawienia jest oczywiście nieetyczne, co wielokrotnie podkreślali już wspomniani przeze mnie komentatorzy. Uznałam jednak, że dam szansę samej opowieści, tak jak oczekuje tego Jarno. Obedrę literaturę z socjologicznej otoczki skandalu i przyjrzę się tylko językowi, kompozycji i bohaterom.
Co otrzymałam? Niewiele.
Całość traktuje o II wojnie światowej (musimy się tego domyślić, ponieważ przez 270 stron nie padają ani daty, ani historyczne konkrety – albo miała być to próba uniwersalizacji, albo sprytny unik od zgłębiania namacalnych realiów epoki). Protagonistą i pierwszoosobowym narratorem uczyniono Witka Szczombrowskiego, chłopaka żyjącego na wsi, który w tragicznych okolicznościach zostaje pozbawiony domu, wskutek czego przygarniają go obcy. Poznaje on Żerkę, ale wojenne dramaty i zmiany, jakie na wschodnich ziemiach nadchodzą wraz z pojawieniem się wrogów, utrudniają kształtowanie się relacji między nimi.
Pod względem językowym jest to dzieło udające podniosłe, wydmuszka, która nęci pozornie wyszukanymi metaforami i porównaniami, lecz tak naprawdę jej przekaz można by zestawić z przemyśleniami z jednej strony niedojrzałego nastolatka, z drugiej zaś boomera, powtarzającego non stop „Kiedyś to było, teraz to nie ma”. I jest to połączenie najgorsze z możliwych.
Narrator raz dzieli się z nami dziwnymi refleksjami, przypominającymi złote myśli ze szkolnego pamiętniczka – „Chociaż Bóg kreśli nasz los w prosty sposób, czasem tylko krzywymi liniami” (s. 214) – a innym razem narzeka na teraźniejszy świat niczym człowiek zupełnie zgorzkniały. „Kiedyś się odchodziło przy swoich. Kiedyś w ogóle się odchodziło, można powiedzieć, teraz już się po prostu przestaje być” (s. 142) – tak jakby znieczuleni ludzie nie wiedzieli dziś, co oznacza strata kogoś z rodziny i nie starali się wspierać swoich bliskich do ostatnich chwil: „Jakoś się ten kres życia oswajało, czuło się, że taki jest porządek świata. Każdą śmierć się traktowało jako coś, co istnieje, a nie jako coś, co się nie wydarzyło. Nie wypierało się tego, przeciwnie, przyciągało do siebie, obejmowało jakiś sposób. / Rozmawiało się o niej tak, jak my teraz rozmawiamy. Każdy wiedział, co mówić, teraz tego nie wie nikt. Bo temat zakazany, bo nie można. Bo się negatywna myśl pojawi, a z nią pomór, choroby. Jakby miała przyspieszyć skończoność ludzkiego istnienia. Jakby śmierć sama była czymś, co przekreśla jego wagę. A zupełnie odwrotnie przecież jest. To ona nadaje mu sens. Bez niej wszystko byłoby ciągiem niekończących się, pozbawionych treści zdarzeń, w których nie sposób się odnaleźć” (s. 143).
Jeszcze ciekawszy jest akapit, w którym bohater opowiada nam, że dawniej chłopi chadzali w wigilię do krów, aby podzielić się z nimi opłatkiem. Intrygująca staje się także żydowska dziewczynka, która w jednej scenie spontanicznie mówi „Matko Boska”, w późniejszej zaś nie potrafi przypomnieć sobie nawet króciutkiego fragmentu jakiejkolwiek modlitwy.
Sądziłam, że chociaż kompozycja utworu okaże się jego mocnym punktem. Rozbito go na trzy przeplatające się części: monolog Witka, fragmenty napisanej przez niego powieści pt. „Migotanie” i listy od Żerki. Różnice między rozdziałami autorstwa Szczombrowskiego a jego luźnym opowiadaniem są znikome, gdyż narratorem „Migotania” jest również Witek. Mamy zatem do czynienia z fikcyjną powieścią w powieści, która niedużo wnosi, mimo że jej funkcja zostaje teoretycznie uzasadniona pod koniec utworu. Powiew świeżości w niewielkim stopniu zapewniają listy Żerki, lecz nawet one zdążyły przesiąknąć grafomanią i pop-intelektualizmem. Zresztą po tych niedługich przerywnikach czytelnik i tak znów jest skazany albo na perspektywę Witka-monologisty, albo Witka-powieściopisarza.
Bohaterowie drugoplanowi zostali ukazani jako skrajnie pozytywni lub jako skrajnie negatywni – nie ma nic pomiędzy. Wyjątek stanowi Krystyna, której działania trudno przewidzieć; uważam ją za niewątpliwy atut powieści. Poza nią brakuje tu szarości. Czytelnika oślepia się światłem bezsprzecznie dobrych postaci bądź wtrąca się go w przerażający mrok zbiorowych gwałtów i mordów. Jest to zabieg typowy dla literatury popularnej, w której autorzy kreślą ludzi papierowych, schematycznych, niepogłębionych psychologicznie. Witek i Żerka próbują wymknąć się prostym klasyfikacjom, lecz niestety stają się przez to jeszcze bardziej nijacy niż ich czarno-białe otoczenie.
Czytając „Światłoczułość”, wchodzimy zatem do świata uproszczonego języka, uproszczonej kompozycji i uproszczonych bohaterów. Świata, który obiecywał nam arcydzieło, ale nie potrafił tych obietnic spełnić.
Na portalach Lubimyczytać.pl i Goodreads wielu komentatorów porównało książkę Jarny do genialnej prozy Myśliwskiego. Wydawnictwo Literackie najwidoczniej również uznało, że dobrym pomysłem będzie oparty na tym skojarzeniu marketing, gdyż na swojej stronie zamieściło fragment recenzji Katarzyny Oklińskiej z „Radia Nowy Świat”, która opisując „Światłoczułość” nawiązała do „Traktatu o łuskaniu fasoli”. Czy Jarno to rzeczywiście drugi Myśliwski?
Debiutant zadbał o to, byśmy tak myśleli. Wzorując się na plastycznym języku autora „Nagiego sadu” i jego wyszukanych metaforach, próbował za pomocą języka wytworzyć uniwersalny ekosystem, utraconą krainę głębokich aforyzmów i pradawnych wartości. Wieś wydaje się do tego idealną scenerią. Liczni pisarze umiejscawiają współcześnie akcję utworów poza miastem, lecz niewielu łączy kategorię wiejskości z epickim rozmachem. Myśliwskiego pokochano w latach 90. właśnie za to, że dał ludziom wielkie, polifoniczne, ponadczasowe dzieło, odwołujące się do tradycji i afirmujące życie. Jarno potraktował to jako przepis na sukces, jednakże porwał się z motyką na słońce. „Widnokrąg” to powieść wybitna, w której wieś potraktowano z szacunkiem i godnością, a nie jako nieznaczące tło, pretekst. Stylizację językową poprowadzono konsekwentnie, bez niewytłumaczalnych odstępstw, takich jak przytoczone wyżej „Matko Boska”. Kompozycja szkatułkowa do dziś zachwyca swoją misternością. Postaci bywają proste, ale nigdy nie papierowe.
To, że „Światłoczułość” chciałaby dorównać największym arcydziełom polskiej literatury, widać nieustannie. W jednym z listów Żerka nieudolnie przywołuje „Lalkę”, traktując ją jako asumpt do snucia osobliwych rozważań: „Z tego czytania w piwnicy sporo się dowiaduję o innych ludziach, tylko że oni nie istnieją. Chyba. Już sama nie wiem. Wczoraj na przykład tamten pan czytał Lalkę, już prawie do końca dochodzimy, i wydaje mi się, że znam Staszka bardziej niż tych wszystkich ludzi, co siedzą wokół. / Wiem, czemu to, czemu tamto, co do Izabeli czuje, że nosi biały cylinder albo że ma czerwone ręce. Ale też dużo innych rzeczy, co myśli, co robił wcześniej, dlaczego teraz robi takie rzeczy, a nie inne. Bliższy mi jest niż ktokolwiek inny teraz. / Ale nie wiem, czybym chciała mieć takiego Wokulskiego. Gdyby mi wszystko mówił tak, jak teraz mówi, to chyba mogłabym mieć. Bez tego to nie byłoby jak wiedzieć o pewnych sprawach i chybaby mnie martwiło, co wokół mnie cały czas stara się usilnie zrobić” (s. 157–158).
Szkoda, że ludzi nie można rozumieć jak książki, chociaż z drugiej strony gdybyśmy byli skazani na to, że dołączona do nas zostanie „Światłoczułość”, to może i lepiej. Stalibyśmy się wtedy nijacy. Tak właśnie można ocenić powieść Jarny – jest ona po prostu nijaka. Próbuje być wszystkim i dlatego okazuje się niczym.
Przede wszystkim garściami czerpie inspiracje z literatury wysokoartystycznej. Już po samym tytule możemy się spodziewać od debiutanta erudycji, zabrania czytelników w metafizyczną podróż. Kompozycja ma nam zapowiadać pisarskie objawienie i poszukiwanie nowych dróg za pomocą prozatorskiego eksperymentu powieści w powieści. Do tego listy wplecione w narrację o wojnie nasuwają niebezpieczne skojarzenie z literaturą świadectwa, choć skrywa się za nimi czysta fikcja. Język, jak już zostało wspomniane, również stara się chłonąć to, co sprawdzone i docenione – obrazowe metafory, epickość, gawędę o starych, lepszych czasach. Elementy te otula pseudomądrymi zdaniami o filozoficznej głębi, tak by wywołać wrażenie dzieła, które zna życie i z którym się nie dyskutuje.
W rzeczywistości jednak „Światłoczułość” niewiele różni się od literatury popularnej. Jej trójdzielna struktura okazuje się wydmuszką. Jej celem nie jest polifonia, która przyświeca wybitnym pisarzom jako ideał wielkiego realizmu. Nie można bowiem mówić o wielogłosowości, jeśli przez 2/3 utworu wypowiada się jeden bohater, tyle że raz odgrywając zwyczajną rolę Witka, raz autora „Migotania”. Nietypowej kompozycji użyto tak naprawdę tylko po to, by pod koniec utworu sięgnąć po zabieg charakterystyczny dla tanich romansów, a zatem daleki od aspiracji literatury wysokiej. Schematyczni bohaterowie popychają jedynie fabułę do przodu, nie zostawiając przestrzeni na wewnętrzne zróżnicowanie. Styl pisania też odbiega od pierwszorzędnych przykładów światowej beletrystyki, rozczarowując podobieństwem do pop-psychologii: „Dysonans w duszy piękną ma melodię. Wyrugować go to jak zniszczyć instrument, na którym tworzy się muzykę naszego życia. / Trzeba się uczyć na nim grać, wsłuchiwać się w dźwięki, które wydaje. To co z początku kakofonią się zdaje, w końcu zaczyna układać się w rytm, zyskiwać właściwe tempo, odpowiednie brzmienie. Trzeba tylko próbować. Słuchać. Nie przycinać żadnych dźwięków do prostych melodii, jakie w radiu lecą” (s. 216).
Powieść Jarny stoi zatem na rozdrożu – może udać się albo w piękną, wysokoartystyczną wędrówkę po wielowymiarowej wsi, albo w fascynującą gonitwę zdarzeń z wiejskimi dekoracjami w tle. Nie decyduje się ani na pierwsze, ani na drugie rozwiązanie, pragnąc jednocześnie zadowolić wymagającą krytykę i szerokie grona odbiorców. Chce mieć ciastko i zjeść ciastko tak bardzo, że aż angażuje wydawnictwo w nieuczciwy marketing. Udaje literaturę wysoką, nie będąc też w pełni literaturą popularną. Gubi się w tym, co ma przekazać. A przecież w wyborze każdej ze ścieżek nie byłoby nic złego. Świat potrzebuje zarówno lektur zgłębiających tajemnice istnienia, jak i tych do czytania z wypiekami na twarzy. Nie potrzebuje jednak książek, które same nie wiedzą, czym są.
Jakub Jarno: „Światłoczułość”. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2024.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

