ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 października 19 (523) / 2025

Sara Nowicka,

NIECH JAD STRUMIENIAMI SIĘ LEJE (TOMASZ LADA: 'WSZYSTKO JAK LECI')

A A A
„Przychodzisz do firmy z kasetą audio.
Podchodzisz do niego i patrzysz mu w twarz.
Nagrałeś na niej swoje piosenki.
Nerwowo z nadzieją oczekujesz na werdykt.
On marszczy brwi podnosi oko.
Pyta się, co zawiera ten materiał.
Chciałbyś, aby posłuchał go wnikliwie.
Ale on nie ma na to czasu.
E.M.I. – Kopeć i Kabaj”.

T. Love, „E.M.I.”
W „Zagranych na śmierć” Tomasz Lada opowiadał (głosem ich przyjaciół i współpracowników) o trzech reprezentantach polskiej alternatywy: Januszu Rołcie, Dariuszu Hajnie i Robercie Sadowskim. Muzykach, którzy współtworzyli najciekawsze płyty na rynku oraz wzięli sobie do serca rock’n’rollową maksymę, by żyć szybko i umrzeć młodo. Ta wydana w 2022 roku historia mówiona, która raczej rozbija romantyczne mity, niż je tworzy, w centrum stawia sztukę i artystyczny etos. „Wszystko jak leci. Polski pop 1990-2000” to podana w tej samej formie opowieść o muzyce, opowiedziana z przeciwnej perspektywy – biznesu i zysku. Głos zostaje oddany przede wszystkim osobom z zaplecza: wydawcom, producentom, dziennikarzom, właścicielom firm fonograficznych, specjalist(/k)om ds. promocji i twórcom ówczesnych mediów. Wypowiedzi samych artystek i artystów schodzą na dalszy plan, co jest jednocześnie największą zaletą i trudnością książki – mniej w niej soczystych anegdot opowiadanych barwnym językiem twórczyń i twórców, a więcej konkretnych opowieści o tym, jak w nowej Polsce budowała się branża muzyczna.

Mój wydawca jest złodziejem

Fragment utworu zacytowanego na początku pochodzi z płyty „Antyidol” T. Love, wydanej przez Pomaton E.M.I., wytwórnię zarządzaną przez wymienionych w refrenie Tomasza Kopcia i Piotra Kabaja. To oni obok Marka Kościkiewicza i Pawła „Uzka” Jóźwickiego są pierwszoplanowymi głosami opowiadającymi o polskim rynku muzycznym w latach 90. Obraz krwiożerczych kapitalistów, który m.in. dzięki utworom T. Love i Kultu („Mój wydawca”) utrwalił się w zbiorowej wyobraźni, rozpada się z każdą kolejną stroną. Kościkiewicz jawi się, nie tylko ze swojej perspektywy, jako najmilszy człowiek w branży, uzbrojony w dar pozwalający bez pudła wyczuć w kogo warto inwestować i kogo z kim połączyć, by współpraca dała najlepsze efekty. Wpływ Kościkiewicza na rynek w latach 90. jest bezprecedensowy i wielowymiarowy – jako muzyka, producenta, kompozytora, ale też założyciela firmy fonograficznej Zic Zac, czy współtwórcy pisma „Machina”. Kopeć i Kabaj opisują siebie jako chłopaków z harcerstwa, o mocnym kręgosłupie moralnym, którzy zaczynali od zera, najpierw wydając śpiewniki swojego idola Jacka Kaczmarskiego. Droga od założenia Kompanii Muzycznej Pomaton i prowadzenia firmy w wynajętym mieszkaniu, gdzie łazienka zastępowała magazyn, do wydawania obłędnych nakładów, w tym debiutu reprezentującej Polskę na festiwalu Eurowizji Edyty Górniak, była szybka i spontaniczna – jak wszystkie działania tamtych czasów. Uzek jest przykładem pasjonata, który poznał branżę z wielu stron – od radia, po założenie własnej wytwórni Sissy Records.

Obok wydawców i producentów wiele do powiedzenia mają dziennikarze (radiowi, telewizyjni i prasowi), którzy mieli dużo większy wpływ na promowanie i wygląd sceny muzycznej niż dzisiaj. Wśród wypowiadających się są m.in. Maciej Chmiel, Grzegorz Brzozowicz, Rafał Księżyk, Filip Łobodziński, Piotr Metz, Tomasz Żąda czy sam Tomasz Lada, który jest nie tylko autorem, ale też bohaterem książki, jako szef biura organizacyjnego festiwalu Jarocin ’93, specjalista do spraw promocji w Schubert Music i Koch International, dziennikarz w „Życiu Warszawy”, „Życiu” i „Maximie” oraz współpracownik magazynów „Tylko Rock” i „Brum”. „To były czasy, kiedy tworzyliśmy wielką rodzinę. Były w niej zespoły, wytwórnie i dziennikarze” (s. 136) – wspomina Żąda, świetnie określając specyfikę działania branży. Kayah spotyka w aptece brata Kościkiewicza, dzięki czemu on wydaje jej płytę, Urbaniak w pociągu zagaduje do Yara w sprawie nagrań, Kamil Sipowicz omawia z Kabajem wypuszczenie nowej płyty Maanamu na ławce rezerwowych podczas treningu koszykówki – brak sprecyzowanych zasad gry jest błogosławieństwem i przekleństwem tych czasów. Tym drugim szczególnie dla artystek i artystów, którzy ze względu na brak ustawy o prawie autorskim, tracili ogromne pieniądze przez nagminne piracenie ich płyt. Niewiele miejsca zajmują najbardziej kontrowersyjne historie tamtych lat, związane np. z producentką i menadżerką Katarzyną Kanclerz, która nie zgodziła się udzielić wywiadu do książki. Zresztą w całej publikacji mało jest afer, kontrowersji, kłótni, czy wzajemnych oskarżeń – wielka rodzina branży muzycznej nawet po latach trzyma się razem i nie pierze brudów publicznie.

„Wszystko jak leci” pokazuje przełom w pojmowaniu muzyki, początek komercyjnego myślenia o niej. To historie powstawania programów, audycji i czasopism kształtujących gusta młodych odbiorców. Wiek ma tu kolosalne znaczenie. W tej dekadzie młodzi ludzie zaczynali tworzyć dla młodych ludzi, ciesząc się odbiorem swojej twórczości na niespotykaną dotąd w Polsce skalę.

P.O.L.O.V.I.R.U.S.

Polska w erze transformacji jest, obok muzyki, główną bohaterką „Wszystko jak leci”. Obok „Dzikiej rzeczy. Polskiej muzyki i transformacji 1989-1993” Rafała Księżyka oraz „Miłej robótki. Polskich świerszczyków, harlekinów i porno z satelity” Ewy Stusińskiej to najbardziej przekrojowy reportaż o tym, jak wyglądała mentalność Polek i Polaków w latach 90., co ich interesowało i co naprawdę zasługiwało na miano popu. Z dzisiejszej perspektywy może dziwić, że nie przyjęły się u nas kalki zachodnich trendów, takie jak zespół Just 5. Przy całym zachłyśnięciu się wolnością i amerykańską kulturą to właśnie podobne twory powinny sprzedawać platynowe nakłady. Książka opowiada o nie oczywistości trendów, przebojach łatwych do przewidzenia, ale też przypadkach porażek, których przyczyny nadal są nie do końca czytelne dla wydawców. Ogromna popularność smutnych wokalistek, marzenia o wielkiej karierze za granicą, fenomen musicalu „Metro”, powrót takich gwiazd lat 80. jak Maanam czy Urszula oraz najbardziej intrygujące przykłady zespołów Golden Life i Big Day, których świeża muzyka nie spotkała się z wiarą producentów i wystarczającą promocją – to tylko krople w morzu tematów poruszonych w publikacji.

„Wszystko jak leci” odmalowuje często zabarwiony nostalgią optymistyczny obraz przełomowej dekady – narodziny Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, niespotykaną dziś wspólnotowość i wolność. Wiele legend zostaje opowiedzianych na nowo, np. o słynnej rozróbie na festiwalu w Jarocinie w 1993 roku, która zdaniem rozmówców była epizodem, później niepotrzebnie rozdmuchanym. Jednak chociaż czasami wybrzmiewają bardziej gorzkie refleksje, wypowiadane np. przez Wojciecha Ladę o tym, że nadmierne bratanie się muzyków z dziennikarzami było złe, lub Uzka o zmęczeniu materiału i zbyt masowym wydawaniu muzyki bez zastanowienia (tytułowe wydawanie „wszystkiego jak leci”, s. 297) to nie ulega wątpliwości, że większość rozmówczyń i rozmówców, a pewnie i osób czytających książkę, wspomina tamten okres z ogromnym sentymentem. „Wszystko jak leci” podtrzymuje mit o złotych czasach – idyllicznych nie tylko ze względu na ogromne nakłady i ważną rolę, jaką odgrywała polska muzyka, ale przede wszystkim przez sposób współpracy – bardziej spontaniczny i mniej podporządkowany twardym regułom. Tęsknota za dzikością lat 90. i panującą wówczas wiarą w nieograniczone możliwości dziś świetnie się sprzedaje, dlatego potencjał komercyjny książki można porównać do tego prezentowanego w tamtej dekadzie przez zespół Varius Manx.

Zoil

„Wszystko jak leci” to także opowieść o najbardziej intensywnych czasach polskiego dziennikarstwa. Rodzące się stacje radiowe, RMF i Radio Zet, „Muzyczna jedynka” w telewizji, czy teksty ukazujące się na łamach „Rock’n’Rolla”, „Gazety Wyborczej”, „Brumu” i „Machiny” miały nieporównywalny z dzisiejszym wpływ na kreowanie przebojów. Wspomniana już atmosfera przyjaźni nie raz ustępowała miejsca jawnym antagonizmom w przypadku niepochlebnych recenzji. Robert Leszczyński czy Grzegorz Brzozowicz byli bohaterami muzycznych paszkwili, np. w takich utworach jak „Zoil” Katarzyny Nosowskiej i Kazika Staszewskiego, czy „Twoja generacja” Pidżamy Porno.

Władza dziennikarzy i kilku dziennikarek (w książce pojawia się jedynie Bogna Świątkowska, niestety tylko jako autorka cytowanych recenzji w „Machinie” i w wypowiedziach innych osób) była niezaprzeczalna, podobnie jak ich umiejętności. Przyznam, że tęsknię za prasą drukowaną, magazynami takimi jak „Machina” i jakościowym dziennikarstwem. Przypomnienie sobie fragmentów ówczesnych recenzji pozwoliło mi jednak zobaczyć, jak wiele w mojej nostalgii jest idealizacji. Mizoginiczne recenzje Brzozowicza nie bez powodu spotykały się z ostrą reakcją, a system przyznawania kluczy w „Machinie” to szczyt absurdu: „macie do dyspozycji sześć kluczy, ale za waszego życia pojawią się może dwie płyty zasługujące na tę szóstkę. Oceniacie płyty nie na podstawie tego, czy wam się podobają, ale na podstawie tego, co wykonawca do tej pory nagrał i co dzieje się w danym gatunku. Dlatego nawet najlepsza płyta czwartoligowego wykonawcy nigdy nie może zasłużyć na więcej niż trzy klucze, bo i tak nie będzie lepsza niż byle jaka płyta wykonawcy pierwszoligowego. Punktem odniesienia jest pierwsza liga” (s. 278). Dziennikarze sami przyznają, że pisali tylko o tym, co ich interesowało – zajawka pozwalała im zachować żarliwość pisania, ale też była przyczyną nadmiernego krytykanctwa. Widać to m.in. w recenzji płyty „Klucz” Maanamu autorstwa Rafała Księżyka – który notabene najlepiej ze wszystkich bohaterów odnalazł się we współczesności, znajdując swoją niszę – gdzie obok słusznych uwag dotyczących samego nagrania, autor wzbija się na wyżyny negacji gustu społeczeństwa: „Nieznośne są manieryczna artykulacja i pretensjonalne natchnienie wokali Kory, bujające klezmerskie umpa-umpa muzyki, banał tekstów. Maanam osiągnął wielką sztukę, stając się grupą dla wszystkich, ale zapłacił za to ogromną cenę estetycznego samobójstwa. W polskich realiach masowość oznacza bowiem zaprzedanie pióra tanim wzruszeniom, emocjonalne spłycenie, kokieterię na poziomie niemieckiego pisma dla kobiet, niewadzenie nikomu, uproszczenia do szablonu” (s. 398). Redaktor naczelny „Brumu”, Kuba Wojewódzki (który również nie odpowiedział na prośbę o rozmowę do książki) jest esencją tego, co najbardziej w latach 90. i kolejnej dekadzie poruszało publiczność – złośliwości, ironii i intelektualnie wysmakowanej drwiny z ludzi o innym guście muzycznym. Pod pewnymi względami dzisiejsza rzeczywistość jest zdecydowanie lżejsza.

Doskonałym pomysłem jest wprowadzenie postscriptum, czyli dalszych losów bohaterek i bohaterów „Wszystko jak leci” w latach 2001-2025. Często przygnębiające historie o artystkach i artystach, których kariery utkwiły w martwym punkcie, są napisane językiem tamtej dekady – soczystym, ciętym i bezkompromisowo podsumowującym sytuacje wybranych osób. To może budzić pewne kontrowersje, np. w przypadku Justyny Steczkowskiej, której porażka na tegorocznym festiwalu Eurowizji zostaje zaakcentowana bez kontekstu pozytywnego odbioru polskiej publiczności, pierwszy raz od lat wiernie kibicującej przedstawicielce naszego kraju.

„Wszystko jak leci” pozostawia z poczuciem niedosytu, co jest naturalne przy tak obszernym temacie. Brakuje nie tylko wspomnianych już spornych tematów, ale też elementów, które wydają się ważne w opowieści o rodzimym popie. Mnie zabrakło postaci wydawanego przez Pomaton E.M.I. Grzegorza Turnaua, którego poetyckie płyty pokrywały się w latach 90. złotem i platyną. Zjawisko poezji śpiewanej jest ledwo muśnięte, a wydaje się kluczowe dla zrozumienia gustu polskiej publiczności, również tej współczesnej, słuchającej wierszy Wisławy Szymborskiej w interpretacji Sanah. Nie jest to jednak znaczący zarzut – nie sposób opisać w wyczerpujący sposób całego bogactwa muzycznego tamtej dekady. Na pewno „Wszystko jak leci” jest książką istotną jako świadectwo czasów, które minęły bezpowrotnie.
Tomasz Lada: „Wszystko jak leci. Polski pop 1990-2000”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2025.