ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 października 19 (523) / 2025

Jakub Jakubik,

DOM NA SEZON (ILONA WIŚNIEWSKA: 'HJEM. NA PÓŁNOCNYCH WYSPACH')

A A A
Na północ od Lofotów, na zachód od Laponii i na południe od Spitsbergenu rozciągają się norweskie wyspy. Na stosunkowo małej Tromsøyi największe miasto północy – Tromsø. Dalej klimat mocno daje w kość. Ilona Wiśniewska, znana i nagradzana reporterka oraz fotografka, polska specjalistka od północy, po dwóch książkach grenlandzkich wraca do Norwegii. Konkretniej, do „Paryża północy”, miasta, nad którym przez pół roku słońce nie zachodzi, a od niedawna będące także miastem mew. Wiśniewska zaprasza nas do domu, do hjem.

Prawo do domu

Bjørg Korsberg dobrze zna okolice. Mieszka sama w za dużym wolnostojącym domu. To tu zajmowała się matką aż do jej odejścia. Rodzeństwo dawno się wyprowadziło. Umówili się, że może tu mieszkać do emerytury, potem dom idzie na sprzedaż. A ten czas nieuchronnie nadchodzi. Niebawem straci miejsce, w którym mieszkała całe życie. Utrzymywanie domu jest za drogie, a zaadaptowanie pod wynajem krótkoterminowy jest nieopłacalne. Mimo to, ma jednego sezonowego gościa – JJ. Rokrocznie z ekscytacją wypatruje jego przylotu. To tak wyjątkowa relacja, że nakręcono o niej, o Bjørg i JJ, film – „Lovebirds” (2006). JJ to mewa trójpalczasta po norwesku krykkje albo urbane krykkjer, Wiśniewska nazywa je „krysie” (po norwesku dyftong kj wymawia się podobnie do polskiego sz). Od niedawna nazywane „mewami miejskimi”, bo wprowadziły się do Tromsø ze względu na erozję środowiska naturalnego. Natywni mieszkańcy, z wyjątkami, niekoniecznie przypadają za gośćmi. Podobnie do gołębi miejskich – brudzą, śmierdzą i są głośne.

Mewy to problem. Problem społeczny, środowiskowy i światopoglądowy. Ich losem przepełnionym cierpieniem interesują się m.in. kittiwalkersi, grupa „krysiowych spacerowiczów”. Obserwują gniazda, liczą je, dbają o podrostki, które wypadły z gniazda. Powstają organizacje pozarządowe, walczą o trwałe i dobre rozwiązania. Wielu spacerowiczów ma coś wspólnego z krysiami – nie są stąd. Są gośćmi, przyjechali, żeby zacząć nowe życie. Nowe życie w kraju, gdzie opresja nie dławi w nich nadziei na lepszą przyszłość. Ale to nie jest takie proste. Niełatwo jest się rozgościć, rozwiązać supły niełatwego języka, zmieścić się w mieście.

Jest też grupa, która nie musi się tymi problemami przejmować. Jak mogłoby się wydawać, żadnym z nich. Turystów przybywa w zawrotnym tempie. Miasto się przeobraża po to, by móc przyjąć ich więcej. Turyści zachłyśnięci florą i fauną rozbijają namioty, robią zdjęcia i załatwiają potrzeby fizjologiczne w naturze, nawet jeżeli ta jest częścią czyjegoś ogródka. Dlatego nie dziwi znak „We do not like tourists” w pobliskim Kvaløyvågen. Choć zapewne ten znak zostanie zignorowany podobnie jak wiele innych do tej pory.

To dom dla wielu, ale w korytarzu przeciąg.

W poszukiwaniu ciepła

„Mój wzrok przykuwa kartka na parapecie w kuchni: «Niestety, w domu jest bałagan. A to dlatego, że skupiam się na mojej nowej przyjaciółce, która wynajęła dom, by czekać na JJ. Ona pisze książkę». W norweskim nie ma słowa oznaczającego koleżankę. Jest kompis w męskiej formie, ale brak odpowiednika w rodzaju żeńskim. Jest «przyjaciółka» vennine. Jakby znajomości między kobietami od razu wchodziły na wyższy poziom” (s. 84). Styl Wiśniewskiej jest niespieszny, pisze jakby od niechcenia. Czytelnik nie uświadczy tu kokieterii, autorka skrzętnie stroni od dynamicznych punktów narracyjnych, tak, by każdy element, każde zdanie miało równe szanse. W tym niechceniu zawsze jest zachowana plastyczność obrazu, dopełniona zrazu fotografiami rozmieszczonymi co kilkanaście stron. Czasem to zdjęcia towarzyszące narracji, czasem opowieści same w sobie. Widokówki.

Podobnie jak w „Hen. Na północy Norwegii” (Wydawnictwo Czarne 2016) Wiśniewska sprawia wrażenie próby ocalenia starego świata. Świata, który powoli umiera, jeszcze istnieje, ale to już ostatnie chwile. Nie są to bynajmniej próby ocalenia stereotypów, które mamy o Norwegii. Ci Norwegowie, którzy kochają naturę, prywatnie na swojej posesji zawieszają siatki śmiercionośne dla zagrożonego gatunku mew – nivil novi sub sole, a jednak myśląc o Norwegii, myślimy o kraju oświeconym w myśleniu o przyrodzie. Z drugiej strony jest grupa entuzjastów z Bjørg na czele, która pozostaje adwokatami środowiska. I jeżeli Wiśniewska w istocie coś próbuje ocalić, to nie Norwegię, bo ta będzie miała się dobrze, ale konkretne, indywidualne historie, które zasługują na opowiedzenie. Nie jest to odkrywcze w gatunku reportażu, ale i tak warto to podkreślić. To historie, które emanują ciepłem, nadzieją mimo przeciwności – ciepłem mimo chłodu. Warto też podkreślić, że to nie reportaż pisany tylko „z rozmowy”, autorka sięga do polskiej literatury poświęconej Tromso (z 60. ubiegłego wieku) oraz niepopularnej, „starej”, książki napisanej przez lokalsów – to reportaż „pełną gębą”, od archiwum do ulicy i z lotu ptaka. Po lekturze książki czytelnik czuje się częścią tej społeczności. Zna jej problemy. Zna ludzi, zna nazwy ulic i nazwy wysp. Wie, gdzie jedzie który autobus – a to się dzieje mimochodem.

Niezwykle cenię sobie w reportażach elementy, które pomagają mi się zanurzyć w opisywanych krajobrazach „multisensorycznie”. Szczególnie cenię notki muzyczne. Odkąd odkryłem w „Nie ma” Mariusza Szczygła poruszający islandzki zespół Múm, czatuję na wszelkie przejawy reportażowego umuzycznienia. Dla zainteresowanych, dzięki „Hjem” muzycznie odkryłem Kari Bremnes, Röyksopp i Geira Jenssena (Biosphere).

Być świadkiem

Jest też jeden bohater, który przejawia się stopniowo, na początku nieśmiało, później coraz częściej. To Wiśniewska. Jej historia, czasem złożona z niedopowiedzeń, innym razem ze wspomnień, a jeszcze innym razem z różnych nadziei na przyszłość. To niebezpośredni i przez to intymny portret składający się na Hjem, na dom. Przez cały czas pozostaje w cieniu, jakby podnosiła tylko rąbek sukienki (albo raczej swetra), a to przedstawiając swój warsztat, a to opowiadając o tańcu w rytmie techno, a to o ratowaniu pisklęcia. Norwegowie bardzo sobie cenią Kapuścińskiego i chciałoby się powiedzieć, że Wiśniewska jest Kapuścińskim północy, ale chyba już wyrośliśmy z tego rodzaju tanich porównań. Wiśniewska jest Wiśniewską, reporterką totalną, komiwojażerką niuansów, propagatorką uważności. Narody północy nie mogły by sobie wybrać lepszej opowiadaczki. Mam nadzieję, że przyjdzie czas, kiedy będą mieli szansę zapoznać się z jej twórczością w swoim „języku-serca”.

Ale to dopiero początek historii Ilony. Wiśniewska pisze: „To jest opowieść o Bjørg Korsberg i jej mewie. Ja na swoją muszę jeszcze poczekać”. Czekamy.
Ilona Wiśniewska: „Hjem. Na północnych wyspach”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2025.