ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 października 20 (524) / 2025

Beata Mytych-Forajter,

ZATAŃCZYĆ APO-CALIPSO (KATARZYNA BONI: 'KTÓRĘDY DO WYJŚCIA?')

A A A
„Jedynie pogrążeni w żałobie będą pocieszeni” (Paul Ricoeur).

Chciałabym czytać książkę Katarzyny Boni „Którędy do wyjścia?” jako kolejną część jej reporterskiego projektu, składającego się z pozycji „Ganbare! Warsztaty umierania” (Warszawa 2017) oraz „Auroville. Miasto z marzeń” (Warszawa 2020), jako wypowiedź na temat kryzysu klimatycznego, zawieszoną między wściekłością i smutkiem, żałobą i nadzieją, śmiercią i życiem, jako całość zaprojektowaną z dbałością o jej stronę muzyczną, nieomal wytańczoną słowem. Tym razem obiektem namysłu reporterki stała się historia jej wędrówki ku jakiejś formie zgody na zmianę, której częścią stała się ona sama.

Uwagi doprasza się na pewno kształt publikacji, podzielonej zgodnie z logiką żywiołów na cztery części (ogień, woda, powietrze, ziemia), jednak między segment zatytułowany „powietrze” oraz ten pod szyldem „ziemia” Boni wsunęła „pustkę”, fragment książki poświęcony charakterystycznej dla Japonii afirmacji ciszy, braku, przestrzeni dla myśli. To na pewno frapujący element całości, w większości poświęcony opowieści o żałobie po dziadku oraz wcześniej zmarłej babci. Przeżywanie uczuć związanych z odejściem bliskich osób umożliwiło autorce zmetabolizowanie dotychczas niemożliwej do opracowania żałoby po odchodzącym świecie, której poświęcona jest większość publikacji. Jeśli dodamy do tego osobistą dedykację („Babci Krysi i Dziadydze”) oraz zamykające tom nieduże, czarno-białe zdjęcie zmarłych najbliższych, pochodzące z archiwum rodzinnego autorki, historia umierania dziadków okazać się może kluczem do rozumienia całości książki.

Podział na części, konsekwentnie stosowana tytulatura mniejszych całostek, ale też refrenicznie powracające sekwencje nadają tomowi poetycki, muzyczny charakter, co wydaje się pewną nowością w stosunku do wcześniejszych książek, na pewno subtelnie w nich już obecną, ale jednak w „Którędy do wyjścia?” poprowadzoną konsekwentnie dalej, można by napisać, że z przytupem. By oddać choć odrobinę specyfikę tego wybijanego słowem rytmu, posłużę się frazami-mantrami i za ich pomocą zaprezentuję recenzowaną książkę. Refreny otwiera onomatopeiczna zbitka „Trrrzzz!/ Piiiiii!/ Aaaaaaa!” (s. 10 i inne), za pomocą której Boni kilkunastokrotnie wypowiada dźwiękowy efekt płonącego w różnych miejscach świata, podgrzanego przez kumulujący się w atmosferze dwutlenek węgla. Całość zaczyna się bowiem od próby poczucia na własnej skórze przerażenia gigantycznym upałem po to, by wreszcie przeżyć, doznać sobą to, co dotychczas oglądało się tylko na różnych ekranach. W kończących książkę „Podziękowaniach” autorka w prosty sposób wyłuszcza jej genezę: „Od prawie dziesięciu lat próbuję zrozumieć, czym są zmiany klimatu i powiązane z nimi kryzysy – i na poziomie naukowym, i na poziomie moich emocji” (s. 253).

To połączenie dociekliwości naukowczyni oraz reportażystki z niezwykle emocjonalną dykcją stanowi o wyjątkowości „Którędy do wyjścia?”. Jestem głęboko przekonana, że zobiektywizowane naukowe narracje, które podają fakty, diagnozy, zestawienia, nie mają takiej siły oddziaływania. To książka głęboko osobista, zapraszająca czytelnika i czytelniczkę w rejony bardzo intymne, związane ze zdrowiem psychicznym, rodzicielstwem oraz rodzinną żałobą. Tu także szukałabym źródeł jej siły, właśnie w prywatnej opowieści o doświadczeniach, w których czytelniczki i czytelnicy tej pozycji mogą się rozpoznać, poczuć się zrozumianymi, zbudować wspólnotę przerażonych, rozwścieczonych i zasmuconych czasami ekologicznego kryzysu.

Realny spalony sycylijski las, do którego Boni pielgrzymuje, by poczuć grozę, nie wywołuje jednak oczekiwanej fizjologiczno-emocjonalnej odpowiedzi. Za to na pewno rozdział „Spalony las” otwiera najobszerniejszą i najbardziej nerwową część książki, zatytułowaną „ogień”, a zbudowaną z różnorakich przerażających perspektyw takich jak: wymieranie rafy koralowej wskutek wzrostu temperatury wody morskiej; znikanie gatunków (najpierw dziwnych i rzadkich); podniesienie się poziomu morza, skutkujące zalaniem wielu lądów i wysp; migracje klimatyczne oraz polityczne; anomalie pogodowe, czyli susze występujące na przemian z powodziami; konieczność zmiany nawyków żywieniowych, gdyż globalne ocieplenie zagraża pszenicy, ryżowi i kukurydzy; zmiany fizyczności i psychiczności człowieka, ogarniętego żałobą po świecie, który znał, ale który się już skończył, chorującego na nowe choroby, przegrzanego, wyczerpanego kryzysem. I można powiedzieć, że przecież te tematy wałkujemy od wielu lat, na różne sposoby, powtarzając je jak ekologiczne pacierze, skierowane do boga kryzysu. Stanisław Łubieński w „Książce o śmieciach” (Warszawa 2020) stan, związany z poczuciem winy, własną bezsilnością oraz koniecznością dystansowania się od tych uczuć, by po prostu przeżyć kolejny dzień, nazwał „nerwicą ekologiczną”. Podobne problemy przeżywa Boni, jednak jej opowieść, za sprawą celowej literaryzacji własnego wywodu, ma trochę inny, powiedziałabym, iż bardziej kobiecy charakter.

Oprócz przywołanej już mantry złożonej z pisków i krzyków gotujących się istnień autorka skanduje celowo i refrenicznie do niej powraca zwrotkę, złożoną z nazw leków, zaaplikowanych jej na zaburzenia lękowe i stany depresyjne wywołane (także) pracą w polu ekologicznego kryzysu: „Ven-lec-ti-ne, pre-ga-ba-li-na.// Pre-ga-ba-li-na, ven-lec-ti-ne.// Pre-ga-ba-li-na, oxa-ze-pam” (s. 50 i inne). Podzielone na sylaby łacińskie nazwy medykamentów tworzą strofę o dużej urodzie poetyckiej, przypominającą dziecięcą zabawę językiem jak skakanką, ich uwodzące nazwy kojarzą się z imionami muz lub starożytnych bogiń, jednak wyrażone na początku pragnienie poczucia kryzysu z ich udziałem także nie może się ziścić.

Kiedy przechodzimy wraz z opowiadaczką do części zatytułowanej „woda”, traktującej o nieplanowanej ciąży, genezie koncepcji śladu węglowego oraz wyprawie na Spitzbergen, dotychczas dominujące poczucie winy i wściekłość zaczynają być wypierane przez smutek oraz ciekawość dla tego, co/kto przyjdzie. Po odstawieniu leków w emocjonalnym krajobrazie narratorki zaczęły bowiem dominować łzy oraz zaskakujące ją samą pragnienia, na przykład to (sic!) na surową wołowinę. Wyprodukowane przez koncerny naftowe indywidualne wyrzuty sumienia, związane z klimatycznymi kosztami życia, Boni zaczyna widzieć w szerszym kontekście, cywilizacji pieniądza i ciągłego, liniowego postępu, stojącego w jawnej sprzeczności ze specyfiką życia, zawsze przecież skończonego i ograniczonego przez wiele warunków, bez których się nie wydarzy. Nagle jakoś kojące wydają się rozmowy z geologami, którzy z racji specyfiki swoich badań patrzą na zmagania z kryzysem ekologicznym w zupełnie innej skali, skali nieludzkiej: „Zmiany nie napełniają ich strachem, wiedzą, że kiedyś wszystko wróci do normy. Tylko nasza cywilizacja raczej nie przetrwa” (s. 170). Nagle do głosu dochodzi też przekonanie o tym, iż oto na naszych oczach kończy się, wypala „świat podboju, podporządkowania i wydobywania” (s. 175), a dla przyszłości na Spitzbergenie przechowywane jest Światowe Archiwum Arktyczne ora Globalny Bank Nasion. Zupełnie naturalnie (w kontekście przeżywanej ciąży) pojawia się też koncept antynatalizmu, w gruncie rzeczy głęboko zastanawiającego w świecie, w którym oczekiwane głębokie systemowe zmiany wpływające na decyzje pojedynczych ludzi wciąż nie nadchodzą. Część „woda”, stanowiąca objętościowo jedynie jedną trzecią „ognia”, kończy się pełnią księżyca oraz porodem, otwierającym nowy początek w osobie Maciupka, głównego bohatera ostatniej sekwencji w książce, zatytułowanej „ziemia”.

Zanim jednak narracja Boni dozna uziemienia, rozumianego jako odmiana zgody na własny los, spleciony z losami świata, w książce odnajdziemy dwie krótkie części poświęcone umierającym oraz wspominanym dziadkom („powietrze”, „pustka”). To nieprzypadkowa pauza pomiędzy sekwencją porodu i scenami z życia z dwulatkiem, bez niej niemożliwy byłby powrót do drobnych momentów radości, do czynności takich jak sadzenie ziół i pieczenie bułeczek, tak przecież nieistotnych w kontekście szóstego wymierania, ale przecież to z nich składa się nieodmiennie ludzki los, a już na pewno los ludzkiej matki, pragnącej towarzyszyć własnemu dziecku w procesie wzrastania.

Powolne godzenie się z utratą najbliższych osób, wspominanie dobrych momentów z ich udziałem, opłakiwanie ich dotkliwej nieobecności stanowi opowieść o zdrowotnej funkcji żałoby, bez której pozostajemy w uczuciowym zamrożeniu i odcięciu od własnego ciała. Znany francuski filozof Paul Ricoeur w ostatniej, wydanej pośmiertnie książce „żyć aż do śmierci oraz fragmenty” silnie związał ze sobą temat opłakiwania zmarłych i możliwej afirmacji życia, pisząc „Jedynie pogrążeni w żałobie będą pocieszeni” (Ricoeur 2008: 32), co wydaje się świetnie opisywać fenomen przemiany, jakiej doznaje Boni w „Którędy do wyjścia?”. Opłakiwanie odchodzącego świata zwierząt, roślin, ale też traconych miejsc, smaków i doznań, rozpisane na refrenicznie zabudowane sekwencje wyliczeń, kończy się w części „ogień”. W sekwencji „pustka” wyliczenie pozwala uczyć się od zwierząt różnych form żałobnych zachowań, a dzięki nim powrotu do życia mimo wszystko. Wtedy też do głosu dochodzi przeżywana w ciele/emocjach żałoba po dziadkach. Można by napisać, iż praktykowana w książce „Ganbare! Warsztaty umierania” wizualizacja własnego odchodzenia oraz utraty bliskich, silnie związana z tradycjami duchowymi Wschodu i Zachodu, stanowiła przygotowawcze zaplecze tego procesu.

Ostatnią mantrą, jaką odmawia Boni, jest ta, za sprawą której najbardziej dojmującą kwestią okazuje się poszukiwanie języka do wypowiedzenia uczuć przeżywanych w czasach po końcu świata, jaki znamy. Służy do tego zdanie zaczynające się od pytania: „Jakie jest to niemieckie słowo…” (s. 29 i inne), powracające raz po raz w nieco odmienionym kształcie. Ta poetycka inkantacja pozwala z całą mocą pytać o konieczność zmiany języka, by uchwycić nowy kształt rzeczywistości, ale też właśnie poprzez język szukać sposobów radzenia sobie w niej. Boni tworzy nowe słowa, takie jak „plandzieja”, „światokój”, „ziemrć” (s. 65), „nud-apo” (s. 91), „nirealność” (s. 111), jednak w nich wciąż pobrzmiewa rozpacz i niemoc. Dopiero, kiedy trafia na słowo „apokalipso”, stworzone przez poetkę Evelyn Reilly, a opisane w „An Ecotopian Lexicon” przez Sama Solnicka (s. 245), może dać spokój poszukiwaniom, gdyż ma ono w sobie potencjał „eureki” słynnego Archimedesa. Jest w nim i koniec (apokalipsa), i nadzieja, i smutek, i wola walki, a nawet radosne oczekiwanie (calypso). Spotkanie „apokalipsy”, objawiającej przyszłość, która już nadeszła, z „calipso”, stylem muzyki, wywodzącej się z kultury ludzi pochodzących z plantacji trzciny cukrowej, muzyki i rytmów ognistego oporu, w którym słychać „kaa iso”, czyli „Dalej! Do przodu!”, pozwala wyzyskać żałobę w służbie radości.

LITERATURA:

Ricoeur P.: „żyć aż do śmierci oraz fragmenty”. Przeł. A. Turczyn. Kraków 2008.

Łubieński S.: „Książka o śmieciach”. Warszawa 2020.
Katarzyna Boni: „Którędy do wyjścia?”. Wydawnictwo Agora. Warszawa 2025.