ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 października 20 (524) / 2025

Paulina Zięciak,

PRACOWNIA TO ŻYCIE (KAROLINA DZIMIRA-ZARZYCKA: 'WŁASNA PRACOWNIA. GDZIE TWORZYŁY ARTYSTKI PRZEŁOMU WIEKÓW')

A A A
Czego potrzebowały artystki przełomu XIX i XX wieku? „Własnego kąta. Własnego pokoju. Własnej pracowni” (s. 6). Pisała już o tym Virginia Woolf w eseju „Własny pokój”, choć jej rozważania dotyczyły pisarek. Można jednak śmiało rozumieć je szerzej – jako postulat obejmujący wszystkie artystki. A może malarki i rzeźbiarki jeszcze bardziej? Bo literatki do pracy potrzebowały papieru, pióra i stołu, a malarki? Możliwości rozłożenia sztalug, których nie dało się szybko schować do szuflady. „Pokój” najlepiej więc rozumieć również w sensie metaforycznym – jako spokój, swobodę i przestrzeń, do której „drzwi dadzą się zamknąć na klucz” (s. 6). I to również w sensie metaforycznym.

Karolina Dzimira-Zarzycka zabiera nas do pracowni artystek. W książce „Własna pracownia. Gdzie tworzyły artystki przełomu wieków” od wydawnictwa Marginesy prezentuje ponad dwadzieścia tekstów, które przybliżają twórczość mniej lub bardziej znanych artystek oraz blaski i cienie pracy w pracowniach artystycznych. Książka ma jedną z moich ulubionych form – zbiór czytelnie sklasyfikowanych tematycznie esejów, a ich kolejność czytania jest dowolna.

Wybór omówionych nazwisk również jest ciekawy, bo obok doskonale znanych „klasyczek” sztuki polskiej: Olgi Boznańskiej, Anny Bilińskiej, Marii Dulębianki i Anieli Pająkówny, pojawiają się mniej wyeksploatowane w literaturze herstorycznej nazwiska: Emilia Dukszyńska, Tola Certowiczówna, Aniela Biernacka, Józefa Geppert, Zofia Stankiewiczówna, Leona i Karolina Bierkowskie, Bronisława Poświkowa i Bronisława Rychter-Janowska.

Po co ta książka? Czy po raz kolejny po to, aby odpowiedzieć na pytanie: dlaczego nie było wielkich artystek? Nie do końca. Warto sobie zdać sprawę, że pracownia w ówczesnym czasie była wyznacznikiem statusu artystycznego. Nie była miejscem prywatnym, a miejscem spotkań i salonem artystycznym. Wizytówką. Dawała możliwość poznania samego artysty. Oczywiście było to miejsce pracy, ale też „miejsce warte odwiedzenia” – polecane w przewodnikach. Nie tylko samo jej posiadanie, ale również jej lokalizacja i wygląd miały ogromne znaczenie. Jej zdjęcia prezentowane w prasie, były niczym dzisiejszy rzut oka na instagramowego walla znanych osób – sposobem postrzegania przez obserwatorów (wtedy potencjalnych klientów). Elementem budowania wizerunku. Nie masz pracowni – nie istniejesz. Może to przesada, ale częściowo tak. A dla artystek, dla których edukacja artystyczna i możliwość rozwoju artystycznego od zawsze były ograniczone, miało to podwójne znaczenie.

Jeśli nie było się zamożnym artystom i nie mieszkało w Paryżu czy Monachium, to samo zdobycie lokum na pracownię było problemem. W efekcie malarki najczęściej pracowały we własnych mieszkaniach. Nie był to jednak komfortowy home office. Praca w często małym, dusznym mieszkaniu wiązała się z ciągłym wąchaniem zapachu farb olejnych. Trudności sprawiało nawet zwykłe sprzątanie, podczas którego kurz osiadał na schnącej farbie. Trzeba też gdzieś przechowywać narzędzia malarskie i płótna, a wbrew pozorom nie jest to tylko paleta i kilka pędzli. Artystki miały jeszcze jeden problem – ciężko było wynająć mieszkanie samotnej kobiecie.

W jeszcze gorszej sytuacji znajdowały się rzeźbiarki. Pracownia rzeźbiarska to nie atelier malarskie, ale prawdziwy warsztat – potrzebna jest dużo większa przestrzeń, więc pokój w wynajmowanym mieszkaniu nie wchodził w grę. Pojawiały się też inne techniczno-praktyczne trudności, jak konieczność pracy na parterze, brak schodów, szerokie drzwi (aby móc wynieść z pracowni rzeźbę i nie musieć dźwigać materiałów rzeźbiarskich), ale przy zachowaniu dostępu do światła. Takich miejsc w Krakowie, Warszawie czy Lwowie do wynajęcia nie było. Dlatego niezwykle inspirujący jest rozdział dotyczący Toli Certowiczówny, której udało się karierę rzeźbiarki zbudować. Sposób na sukces? Talent i komfort, którym nie mogły poszczycić się wszystkie artystki – pieniądze z posagu. Jednak w obliczu jej zmysłu artystycznego, to wielkie szczęście taki komfort mieć.

Dzimira-Zarzycka pisze w swojej książce o malarkach i o rzeźbiarkach. O tych, które musiały walczyć o byt i o tych, które dysponowały zapleczem finansowym. Przygląda się też jeszcze jednej, bardzo ciekawej i chyba zapomnianej grupie – kopistkom. W XIX wieku kopiowanie obrazów w galeriach było praktyką popularną. Artystki tak pracujące musiały tworzyć w zupełnie innych warunkach niż pracownia czy pokój – przestrzeni publicznej pełnej zwiedzających i turystów. Były narażone na uwagi i komentarze, które w stronę mężczyzn-kopistów raczej nie padały. Z podobnymi nieprzyjemnościami spotykały się też malarki plenerowe.

Takich problemów nie miały artystki zajmujące się rękodziełem i rzemiosłem. Najczęściej pracowały one w swoich domach, a tak naprawdę w każdym możliwym miejscu. Było to czasami hobby, szczególnie w zamożniejszych rodzinach, ale głównie obowiązkowa praca zarobkowa – motywowana przede wszystkim podreperowaniem domowego budżetu. Tu problemy były inne, a należały do nich: promocja i dystrybucja. Mimo dużej popularności sztuki użytkowej, pod wpływem ruchów typu Arts&Crafts, nieznane artystki musiały pracować dużo, a sprzedawały i zarabiały mało. Niektórym się jednak udawało.

„Własna pracownia” jest więc spojrzeniem na kobiety w sztuce z innej perspektywy. Punktem wyjścia każdej z opowiedzianych historii jest pracownia – malarskie atelier, warsztat rzeźbiarski, wynajmowany pokój, część domu pod miastem… Poznajemy miejsca, a przez nie biografie i dzieła. Są historie zabawne jak ta o pracowni Boznańskiej pełnej myszy. Smutne jak historia małżeńska malarzy Rychterów. I inspirujące jak filantropijna działalność Toli Certowiczówny. A same pracownie? W większości nie przetrwały. Choć niektóre miejsca miały odrobinę szczęścia. Ducha Marii Dulębianki możemy poczuć w dworku Konopnickiej w Żarnowcu (dziś Muzeum Marii Konopnickiej), Boznańskiej – w Biurze Karier ASP przy Piłsudskiego w Krakowie, a słynną i pełną zwierząt pracownię Rosy Bonheur zwiedzić w podparyskim Thomery.
Karolina Dzimira-Zarzycka: „Własna pracownia. Gdzie tworzyły artystki przełomu wieków”. Wydawnictwo Marginesy. Warszawa 2025.