PÓŁ WIEKU ARTYSTYCZNYCH DZIAŁAŃ KRYSTYNY PIOTROWSKIEJ (KRYSTYNA PIOTROWSKA: 'PROSTO W OCZY')
A
A
A
Krystyna Piotrowska jest absolwentką kilku szkół artystycznych i wykładowczynią. Ma za sobą doświadczenie emigracji, gdzie wystawiała w zagranicznych galeriach. Uprawia grafikę, malarstwo, fotografię, tworzy instalacje i wideo. Była kuratorką projektu Próżna, gdzie przez kilka lat w czasie trwania Festiwalu Kultury Żydowskiej Warszawa Singera odbywały się na Próżnej pokazy instalacji, specjalnie przygotowanych dla tego miejsca przez wielu artystów. Pierwsza instalacja na Próżnej, zatytułowana „Luli, luli”, została przygotowana wespół z Krystianą Robb-Narbutt w 2005. W jednym pokoju w zrujnowanej kamienicy na ulicy Próżnej na podłodze leżało pierze, rozsypane przez Piotrowską, które jak kiedyś w getcie w Warszawie unosiło się w powietrzu; słychać było sefardyjską kołysankę „Nani, nani”. W drugim pokoju było posłanie dla Dawida Rabinowicza, przykryte kołderką, ułożone przez Robb-Narbutt; szklana kula miała odbijać sny dziecka.
W gliwickim Domu Pamięci Żydów Górnośląskich (dawnym domu przedpogrzebowym przy ulicy Lipowej) ze wzruszeniem patrzyłam na sfilmowane przez Krystynę Piotrowską portrety kilkunastu osób, które wypowiadały się w języku polskim i języku kraju emigracji na temat „Wyjechałem z Polski, bo …”.
Wystawa ma charakter retrospektywny i została przygotowana przez kuratora Marcina Fedisza na jubileusz pięćdziesięciu lat pracy twórczej. Podczas wernisażu artystka otrzymała Srebrny Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.
Do Galerii Opera podczas przerw w spektaklach wchodzimy z głównego hallu, natomiast w innych godzinach – boczną klatką schodową. W zależności od dnia i godzin zwiedzania widzimy początek wystawy – duży, czarno-biały autoportret lub kilkanaście niewielkich, barwnych portretów na podeście pierwszego piętra. Patrzymy prosto w oczy artystce lub postaciom przez nią stworzonym.
Najpierw idziemy wśród wielu autoportretów i kilku portretów. Zaczynamy rozumieć, że tytuł wystawy nie nawiązuje do mówienia nawet bolesnej prawdy, ale przede wszystkim do patrzenia i uważnego wpatrywania się artystki w widzów i widzów w oczy artystki. Zauważamy też, że twarze nie są odwzorowywane dokładnie, ale są obiektem badania i analizy graficznej. Są pocięte na fragmenty, które pojawiają się w nieoczekiwanych miejscach, niekiedy połowa twarzy, lewa lub prawa jest zasłonięta dłonią, w innym przypadku przyglądamy się twarzy oświetlanej latarką z różnych punktów. Dostrzegamy takie zjawiska, jak multiplikacja, zniekształcenia, przedstawienia z innych punktów widzenia, nie tylko frontalnie, odbicia lustrzane (artystka twierdzi, na przykład w nagraniu z FB, że „Człowiek ogląda w życiu setki tysięcy twarzy, a swojej nie jest w stanie zobaczyć”).
W twórczości wyróżniają się więc, wykonane w rozmaitych technikach i na różnych podłożach autoportrety i portrety - twarze kobiet i mężczyzn, niekiedy zdekonstruowane i ponownie scalone, małych i dużych formatów, czarno-białe i wielobarwne, narysowane w kwadracikach dzielących płaszczyznę blachy lub płótno, co ujawnia w jakimś stopniu warsztat. Oczy portretowanych wyrażają zdziwienie, uważność, skupienie, powagę, trwanie.
Po obejrzeniu tej części wystawy zatrzymujemy się w przestrzeni instalacji, złożonej z kilku luster, w których dostrzegamy i poznajemy siebie w zwielokrotnieniu odbić, a także zauważamy elementy wystawy, w tym dwa długie (175 cm) czarne warkocze, związane kokardami, zawieszone u sufitu, wykonane z włókna sizalowego. Przypominamy sobie, że warkocze były już pokazane na wystawie we wnętrzu zrujnowanej kamienicy przy ulicy Próżnej w Warszawie, a potem – na wystawie w Muzeum Literatury, poświęconej osobie i poezji Zuzanny Ginczanki, obdarzonej pięknymi włosami, często zaplatanymi w dwa warkocze, włosami, które były oznaką urody, a jednocześnie przyczyną cierpienia fizycznego na Pawiaku. Warkocze przypominają o ścinaniu włosów i zakładaniu peruk przez dorosłe kobiety. Kiedy widzimy w lustrach „Dybuka” siebie i warkocze, możemy pomyśleć o odmienności losów osób z różnych grup społecznych, żyjących w różnym czasie i okolicznościach.
Motyw włosów występuje w różnych formach i okazuje się wieloznaczny. Włosy namalowane, uplecione w warkocze, utkane w dywan. Włosy ufarbowane z siwymi odrostami lub włosy blond z czarnymi odrostami. Dwa takie przedstawienia włosów wskazują z jednej strony na starość, a z drugiej – na zagrożenie dla żydowskiej kobiety. Dziecięce warkoczyki łączą portrety koleżanek z jednej klasy, portrety namalowane na podstawie zbiorowej fotografii z 1905 roku.
Idąc dalej, możemy obejrzeć kompozycje, na które składają się zdjęcia różnych kobiet, których podobizny połączyła artystka z innymi elementami. Wcześniej jednak artystka eksponuje poroże jelenia z ostrymi zakończeniami, otulonymi miękka tkaniną, ujawniając i oskarżając myśliwską pasję ojca. W innym „zaułku” pokazuje artystka na ścianach dziecięce ubranka.
Wracając do twarzy i włosów, Piotrowska wydobyła ze zbiorowej, szkolnej fotografii pojedyncze twarze dziewcząt i połączyła je domalowanym łańcuchem z warkoczy. Na podstawie zdjęć kobiet ukaranych więzieniem namalowała w kolorze ich portrety. Z kolei oprawczyniom z obozów koncentracyjnych zamieniła twarze na główki lalek z pustymi oczyma, wydobywając grozę i upiorność sytuacji, w których kobiety uczestniczyły.
Refleksje i emocje związane z żydowskim losem wyraża poruszająca, syntetyczna kompozycja, na którą składają się dwie prawie takie same, powiększone fotografie twarzy matki, ale z tęczówkami w dwu barwach: czarnej i niebieskiej. Komentarzem do zestawienia dwu fotografii są słowa zaczerpnięte z piosenki: oczy niebieskie – życie królewskie; oczy czarne – życie marne.
Na podłodze w ostatniej sali leży duży dywan z włosów, w barwach jesieni, brązach i rudości. Wydaje mi się piękny, myślę o zamiłowaniu artystki do takiego rękodzieła, do szydełkowania, ale nie mogę zapomnieć o skłębionych włosach uduszonych z gablot w Auschwitz, włosach uwiecznionych w liryku Tadeusza Różewicza „Warkoczyk” w obrazie wykorzystującym metaforę dźwiękową. Włosy przywołują pamięć o tych, którzy z nimi kiedyś żyły, a teraz i osoby, i włosy są martwe. Dywan piękny czy odrażający? Piotrowska wykorzystała nieoczywiste, zaskakujące tworzywo – włosy. W innych instalacjach tworzywem czyni też puch, karpia, przepisy kulinarne, ulotki reklamowe, ubrania, lalki i inne.
Wychodząc z wystawy na podeście widzimy kilkanaście portretów; twarze znajome i wymyślone. W rozmowie z kuratorem, zamieszczonej w katalogu, artystka powiedziała, że lubi ludzi, których stworzyła (architecturaldigest.pl).
Artystka mówi o radości tworzenia, a zwłaszcza radości malowania. Wystawa dostarcza także radości odwiedzającym, mimo świadomości trudnych doświadczeń artystki. Podziw budzi pomysłowość estetyczna Piotrowskiej i głębia podejmowanych tematów tożsamości, Zagłady i pamięci. Zachwycają poszczególne dzieła i całość ekspozycji. Nie mam wątpliwości, że warto byłoby na żywo zobaczyć warszawską wystawę, tę osobliwie piękną wystawę, jak napisał Jan Zieliński.
Warto także zapoznać się z esejami krytycznymi Andy Rottenberg, Bożeny Kowalskiej, Ewy Toniak, Moniki Kozioł i innych w katalogach po tej wystawie i po wystawach wcześniejszych lub przeczytać wywiady z artystką czy posłuchać nagrań.
LITERATURA:
Marcin Fedisz: „Lubię ludzi, których stworzyłam” – rozmowa z artystką Krystyną Piotrowską. https://architecturaldigest.pl/lubie-ludzi-ktorych-stworzylam-rozmowa-z-artystka-krystyna-piotrowska/
W gliwickim Domu Pamięci Żydów Górnośląskich (dawnym domu przedpogrzebowym przy ulicy Lipowej) ze wzruszeniem patrzyłam na sfilmowane przez Krystynę Piotrowską portrety kilkunastu osób, które wypowiadały się w języku polskim i języku kraju emigracji na temat „Wyjechałem z Polski, bo …”.
Wystawa ma charakter retrospektywny i została przygotowana przez kuratora Marcina Fedisza na jubileusz pięćdziesięciu lat pracy twórczej. Podczas wernisażu artystka otrzymała Srebrny Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.
Do Galerii Opera podczas przerw w spektaklach wchodzimy z głównego hallu, natomiast w innych godzinach – boczną klatką schodową. W zależności od dnia i godzin zwiedzania widzimy początek wystawy – duży, czarno-biały autoportret lub kilkanaście niewielkich, barwnych portretów na podeście pierwszego piętra. Patrzymy prosto w oczy artystce lub postaciom przez nią stworzonym.
Najpierw idziemy wśród wielu autoportretów i kilku portretów. Zaczynamy rozumieć, że tytuł wystawy nie nawiązuje do mówienia nawet bolesnej prawdy, ale przede wszystkim do patrzenia i uważnego wpatrywania się artystki w widzów i widzów w oczy artystki. Zauważamy też, że twarze nie są odwzorowywane dokładnie, ale są obiektem badania i analizy graficznej. Są pocięte na fragmenty, które pojawiają się w nieoczekiwanych miejscach, niekiedy połowa twarzy, lewa lub prawa jest zasłonięta dłonią, w innym przypadku przyglądamy się twarzy oświetlanej latarką z różnych punktów. Dostrzegamy takie zjawiska, jak multiplikacja, zniekształcenia, przedstawienia z innych punktów widzenia, nie tylko frontalnie, odbicia lustrzane (artystka twierdzi, na przykład w nagraniu z FB, że „Człowiek ogląda w życiu setki tysięcy twarzy, a swojej nie jest w stanie zobaczyć”).
W twórczości wyróżniają się więc, wykonane w rozmaitych technikach i na różnych podłożach autoportrety i portrety - twarze kobiet i mężczyzn, niekiedy zdekonstruowane i ponownie scalone, małych i dużych formatów, czarno-białe i wielobarwne, narysowane w kwadracikach dzielących płaszczyznę blachy lub płótno, co ujawnia w jakimś stopniu warsztat. Oczy portretowanych wyrażają zdziwienie, uważność, skupienie, powagę, trwanie.
Po obejrzeniu tej części wystawy zatrzymujemy się w przestrzeni instalacji, złożonej z kilku luster, w których dostrzegamy i poznajemy siebie w zwielokrotnieniu odbić, a także zauważamy elementy wystawy, w tym dwa długie (175 cm) czarne warkocze, związane kokardami, zawieszone u sufitu, wykonane z włókna sizalowego. Przypominamy sobie, że warkocze były już pokazane na wystawie we wnętrzu zrujnowanej kamienicy przy ulicy Próżnej w Warszawie, a potem – na wystawie w Muzeum Literatury, poświęconej osobie i poezji Zuzanny Ginczanki, obdarzonej pięknymi włosami, często zaplatanymi w dwa warkocze, włosami, które były oznaką urody, a jednocześnie przyczyną cierpienia fizycznego na Pawiaku. Warkocze przypominają o ścinaniu włosów i zakładaniu peruk przez dorosłe kobiety. Kiedy widzimy w lustrach „Dybuka” siebie i warkocze, możemy pomyśleć o odmienności losów osób z różnych grup społecznych, żyjących w różnym czasie i okolicznościach.
Motyw włosów występuje w różnych formach i okazuje się wieloznaczny. Włosy namalowane, uplecione w warkocze, utkane w dywan. Włosy ufarbowane z siwymi odrostami lub włosy blond z czarnymi odrostami. Dwa takie przedstawienia włosów wskazują z jednej strony na starość, a z drugiej – na zagrożenie dla żydowskiej kobiety. Dziecięce warkoczyki łączą portrety koleżanek z jednej klasy, portrety namalowane na podstawie zbiorowej fotografii z 1905 roku.
Idąc dalej, możemy obejrzeć kompozycje, na które składają się zdjęcia różnych kobiet, których podobizny połączyła artystka z innymi elementami. Wcześniej jednak artystka eksponuje poroże jelenia z ostrymi zakończeniami, otulonymi miękka tkaniną, ujawniając i oskarżając myśliwską pasję ojca. W innym „zaułku” pokazuje artystka na ścianach dziecięce ubranka.
Wracając do twarzy i włosów, Piotrowska wydobyła ze zbiorowej, szkolnej fotografii pojedyncze twarze dziewcząt i połączyła je domalowanym łańcuchem z warkoczy. Na podstawie zdjęć kobiet ukaranych więzieniem namalowała w kolorze ich portrety. Z kolei oprawczyniom z obozów koncentracyjnych zamieniła twarze na główki lalek z pustymi oczyma, wydobywając grozę i upiorność sytuacji, w których kobiety uczestniczyły.
Refleksje i emocje związane z żydowskim losem wyraża poruszająca, syntetyczna kompozycja, na którą składają się dwie prawie takie same, powiększone fotografie twarzy matki, ale z tęczówkami w dwu barwach: czarnej i niebieskiej. Komentarzem do zestawienia dwu fotografii są słowa zaczerpnięte z piosenki: oczy niebieskie – życie królewskie; oczy czarne – życie marne.
Na podłodze w ostatniej sali leży duży dywan z włosów, w barwach jesieni, brązach i rudości. Wydaje mi się piękny, myślę o zamiłowaniu artystki do takiego rękodzieła, do szydełkowania, ale nie mogę zapomnieć o skłębionych włosach uduszonych z gablot w Auschwitz, włosach uwiecznionych w liryku Tadeusza Różewicza „Warkoczyk” w obrazie wykorzystującym metaforę dźwiękową. Włosy przywołują pamięć o tych, którzy z nimi kiedyś żyły, a teraz i osoby, i włosy są martwe. Dywan piękny czy odrażający? Piotrowska wykorzystała nieoczywiste, zaskakujące tworzywo – włosy. W innych instalacjach tworzywem czyni też puch, karpia, przepisy kulinarne, ulotki reklamowe, ubrania, lalki i inne.
Wychodząc z wystawy na podeście widzimy kilkanaście portretów; twarze znajome i wymyślone. W rozmowie z kuratorem, zamieszczonej w katalogu, artystka powiedziała, że lubi ludzi, których stworzyła (architecturaldigest.pl).
Artystka mówi o radości tworzenia, a zwłaszcza radości malowania. Wystawa dostarcza także radości odwiedzającym, mimo świadomości trudnych doświadczeń artystki. Podziw budzi pomysłowość estetyczna Piotrowskiej i głębia podejmowanych tematów tożsamości, Zagłady i pamięci. Zachwycają poszczególne dzieła i całość ekspozycji. Nie mam wątpliwości, że warto byłoby na żywo zobaczyć warszawską wystawę, tę osobliwie piękną wystawę, jak napisał Jan Zieliński.
Warto także zapoznać się z esejami krytycznymi Andy Rottenberg, Bożeny Kowalskiej, Ewy Toniak, Moniki Kozioł i innych w katalogach po tej wystawie i po wystawach wcześniejszych lub przeczytać wywiady z artystką czy posłuchać nagrań.
LITERATURA:
Marcin Fedisz: „Lubię ludzi, których stworzyłam” – rozmowa z artystką Krystyną Piotrowską. https://architecturaldigest.pl/lubie-ludzi-ktorych-stworzylam-rozmowa-z-artystka-krystyna-piotrowska/
Krystyna Piotrowska: „Prosto w oczy”. Kurator: Marcin Fedisz. 10.10.–30.11.2025. Galeria Opera.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |










ISSN 2658-1086

