TO, CO CIAŁO PAMIĘTA - O BÓLU W TEATRZE ('BÓLE FANTOMOWE', REŻ. DOMINIKA FEIGLEWICZ-PENARSKA)
A
A
A
Zawsze po obejrzanym spektaklu próbuję w paru słowach określić i nazwać to, co czułam w trakcie oglądania, oraz to, z czym wracam do domu. W przypadku monodramu „Bóle fantomowe” w reżyserii Dominiki Feiglewicz-Penarskiej nazwanie tych uczuć nie było łatwe. Jednak po przetrawieniu trudnych emocji określiłabym ten spektakl mianem przeszywającego na wskroś – rozpaczą, niemocą, a jednocześnie nadzieją i światłem.
Dominika Feiglewicz-Penarska w roli Magdaleny Sipowicz, tłumaczki Polskiego Języka Migowego ocalałej z katastrofy pociągowej pod Szczekocinami w 2012 roku, zabiera widzów w metafizyczną podróż, w której wędrówka dusz przeplata się z bolesną fizycznością. Podczas oglądania monodramu miałam wrażenie, że wraz z umieraniem bohaterki we mnie także coś umiera. Bezwładne ciało aktorki, upadające i odbijające się od gum czarnego ringu, przy odgłosach miażdżących się wzajemnie dwóch pociągów, brutalnie wrzuca widza w wir zdarzeń i przeżyć, w których zacierają się granice między tym, co fizyczne i tym, co duchowe. W żadnym przypadku nie chodzi tu o relacje sfer sacrum i profanum. Oba aspekty przedstawianych wydarzeń są bolesne i prawdziwe – zarówno te rozgrywające się w przestrzeni fizycznej, jak i te, dziejące się w duszy bohaterki.
Już wcześniej wspomniałam o wymownym, czarnym ringu na środku sceny, gdzie rozgrywa się cała akcja monodramu. Dodatkowo u góry tej konstrukcji rozwieszono czarną siatkę, przypominającą sieć rybacką – na niej aktorka zawiesza się, wykonując układy choreograficzne podczas scen wędrówki duszy między życiem a śmiercią. W tych chwilach śmierć staje się namacalna i prawdziwa – jest jak zwykły spacer po piasku nad brzegiem morza. Oświetlenie jest punktowe. Zmiany koloru światła wyznaczają zmianę przestrzeni, w której odbywa się akcja: białe światło towarzyszy scenom świata fizycznego, a niebieskie – tym, które rozgrywają się w świecie metafizycznym. Gdy ciało Magdy leży w szpitalu pogrążone w śpiączce, jej dusza kluczy między życiem a śmiercią.
„Bóle fantomowe” to opowieść o kobiecie, która została przez los zmielona, rozbita na cząstki, a potem – z bólem i wysiłkiem – poskładana na nowo. Nie do dawnego kształtu, ale do nowego istnienia, w którym każda komórka pamięta ból, a mimo to wciąż pulsuje pragnieniem życia. Feiglewicz-Penarska pokazuje ten proces w sposób nie tylko emocjonalny, ale także empiryczny – widz doświadcza bólu razem z bohaterką. Każdy ruch ciała, każde zgięcie, zawieszenie w siatce, czy głęboki oddech, stają się tu zapisem pamięci somatycznej, w której cierpienie i ocalenie stapiają się w jedno. Spektakl działa nie tyle poprzez słowa, ile poprzez fizyczność – przez ciało, które mówi, drży, szarpie się z losem. Ciało, które staje się archiwum bólu, ale też narzędziem odrodzenia. W tym sensie „Bóle fantomowe” stają się nie tylko historią jednej kobiety, lecz także cichym hołdem dla wszystkich, którzy doświadczyli rozpadu siebie i z trudem uczą się nowego kształtu istnienia.
Najbardziej przejmującym momentem premiery była dla mnie chwila po zakończeniu spektaklu, gdy prawdziwa Magdalena Sipowicz podeszła do Dominiki Feiglewicz-Penarskiej i bez słów ją przytuliła. W tym prostym geście zawarło się wszystko, czego nie sposób wypowiedzieć – wdzięczność, zrozumienie, wspólnota bólu i czułość, która na moment zniosła granicę między teatrem a rzeczywistością. Nie sposób też nie wspomnieć o obecności Małgorzaty Limanówki, tłumaczki Polskiego Języka Migowego. Jej praca była czymś więcej niż przekładem – mogłabym ją określić jako współbrzmienie.
„Bóle fantomowe” to teatr, który nie pozwala o sobie zapomnieć. Widz wychodzi z sali w ciszy, jak po doświadczeniu, które bardziej się przeżywa niż ogląda. To nie jest spektakl, który się interpretuje – to spektakl, który się czuje w ciele, w mięśniach, w oddechu. Feiglewicz-Penarska z niezwykłą wrażliwością prowadzi nas przez doświadczenie utraty, by w końcu pokazać, że z bólu można zrodzić nową wersję siebie, pełną akceptacji i spokoju. Teatr może być przestrzenią uzdrowienia, gdzie trauma nie kończy się cierpieniem, lecz przemienia w obecność. Czasem wystarczy dotyk, gest przytulenia, by przypomnieć sobie, że nadal jesteśmy – pomimo wszystko.
Dominika Feiglewicz-Penarska w roli Magdaleny Sipowicz, tłumaczki Polskiego Języka Migowego ocalałej z katastrofy pociągowej pod Szczekocinami w 2012 roku, zabiera widzów w metafizyczną podróż, w której wędrówka dusz przeplata się z bolesną fizycznością. Podczas oglądania monodramu miałam wrażenie, że wraz z umieraniem bohaterki we mnie także coś umiera. Bezwładne ciało aktorki, upadające i odbijające się od gum czarnego ringu, przy odgłosach miażdżących się wzajemnie dwóch pociągów, brutalnie wrzuca widza w wir zdarzeń i przeżyć, w których zacierają się granice między tym, co fizyczne i tym, co duchowe. W żadnym przypadku nie chodzi tu o relacje sfer sacrum i profanum. Oba aspekty przedstawianych wydarzeń są bolesne i prawdziwe – zarówno te rozgrywające się w przestrzeni fizycznej, jak i te, dziejące się w duszy bohaterki.
Już wcześniej wspomniałam o wymownym, czarnym ringu na środku sceny, gdzie rozgrywa się cała akcja monodramu. Dodatkowo u góry tej konstrukcji rozwieszono czarną siatkę, przypominającą sieć rybacką – na niej aktorka zawiesza się, wykonując układy choreograficzne podczas scen wędrówki duszy między życiem a śmiercią. W tych chwilach śmierć staje się namacalna i prawdziwa – jest jak zwykły spacer po piasku nad brzegiem morza. Oświetlenie jest punktowe. Zmiany koloru światła wyznaczają zmianę przestrzeni, w której odbywa się akcja: białe światło towarzyszy scenom świata fizycznego, a niebieskie – tym, które rozgrywają się w świecie metafizycznym. Gdy ciało Magdy leży w szpitalu pogrążone w śpiączce, jej dusza kluczy między życiem a śmiercią.
„Bóle fantomowe” to opowieść o kobiecie, która została przez los zmielona, rozbita na cząstki, a potem – z bólem i wysiłkiem – poskładana na nowo. Nie do dawnego kształtu, ale do nowego istnienia, w którym każda komórka pamięta ból, a mimo to wciąż pulsuje pragnieniem życia. Feiglewicz-Penarska pokazuje ten proces w sposób nie tylko emocjonalny, ale także empiryczny – widz doświadcza bólu razem z bohaterką. Każdy ruch ciała, każde zgięcie, zawieszenie w siatce, czy głęboki oddech, stają się tu zapisem pamięci somatycznej, w której cierpienie i ocalenie stapiają się w jedno. Spektakl działa nie tyle poprzez słowa, ile poprzez fizyczność – przez ciało, które mówi, drży, szarpie się z losem. Ciało, które staje się archiwum bólu, ale też narzędziem odrodzenia. W tym sensie „Bóle fantomowe” stają się nie tylko historią jednej kobiety, lecz także cichym hołdem dla wszystkich, którzy doświadczyli rozpadu siebie i z trudem uczą się nowego kształtu istnienia.
Najbardziej przejmującym momentem premiery była dla mnie chwila po zakończeniu spektaklu, gdy prawdziwa Magdalena Sipowicz podeszła do Dominiki Feiglewicz-Penarskiej i bez słów ją przytuliła. W tym prostym geście zawarło się wszystko, czego nie sposób wypowiedzieć – wdzięczność, zrozumienie, wspólnota bólu i czułość, która na moment zniosła granicę między teatrem a rzeczywistością. Nie sposób też nie wspomnieć o obecności Małgorzaty Limanówki, tłumaczki Polskiego Języka Migowego. Jej praca była czymś więcej niż przekładem – mogłabym ją określić jako współbrzmienie.
„Bóle fantomowe” to teatr, który nie pozwala o sobie zapomnieć. Widz wychodzi z sali w ciszy, jak po doświadczeniu, które bardziej się przeżywa niż ogląda. To nie jest spektakl, który się interpretuje – to spektakl, który się czuje w ciele, w mięśniach, w oddechu. Feiglewicz-Penarska z niezwykłą wrażliwością prowadzi nas przez doświadczenie utraty, by w końcu pokazać, że z bólu można zrodzić nową wersję siebie, pełną akceptacji i spokoju. Teatr może być przestrzenią uzdrowienia, gdzie trauma nie kończy się cierpieniem, lecz przemienia w obecność. Czasem wystarczy dotyk, gest przytulenia, by przypomnieć sobie, że nadal jesteśmy – pomimo wszystko.
„Bóle fantomowe”. Reżyseria: Dominika Feiglewicz-Penarska. Autor tekstu i muzyki: Paweł Feiglewicz-Penarski. Choreografia: Anna Maria Krysiak. Scenografia: Marcin Chlanda. Konsultacje reżyserskie: Anna Gryszkówna. Premiera: 24.09.2025, Cricoteka w Krakowie.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |










ISSN 2658-1086

