'KORZENIE WSZYSTKIEGO' LECOWSKIEGO (LIDIA KOŚKA: 'WYCIECZKA DO SZERSZENIOWIEC. W STRONĘ LECA')
A
A
A
Prawie dekadę temu pisałam: „Monografia »Lec. Autobiografia słowa« nie zamyka dróg, lecz je otwiera. Właściwie dopiero mając taką solidną podstawę, będzie można »ruszyć na Leca« z nowoczesnymi narzędziami literaturoznawczymi, rozwinąć pojedyncze wątki albo nawet wdać się z monumentalną publikacją Kośki w polemikę”. Cóż. Nie skorzystano z tej możliwości (tak, wiem, sama też tego nie zrobiłam) i dziesięć lat później wciąż jesteśmy w sytuacji, że jeśli Lidia Kośka chce mieć kolejną dobrą książkę o Stanisławie Jerzym Lecu, to musi sobie ją sama napisać.
Na okładce „Wycieczki do Szerszeniowiec” czytamy, że autorka „"[j]est dumna z tego, że niniejsza [książka – K.C.] wyszła jej cieńsza, płonne jednak nadzieje, by kiedykolwiek doszła do lakoniczności aforyzmów”. Faktycznie, na półce nowa publikacja wygląda obok starszej jak suplement do encyklopedii – i chyba coś w tym skojarzeniu gra, bo „Autobiografia słowa” to dzieło totalne, próbujące uchwycić całego Leca, podczas gdy „Wycieczka…” w pięciu esejach – z których dwa opublikowano wcześniej w „Kontekstach”, jeden w tomie zbiorowym „Marani literatury polskiej”, jeden powstał na podstawie konferencyjnego referatu, natomiast tytułowy to najwyraźniej premiera (edycje i wygłoszenia pozostałych autorka odnotowuje pod tekstami i w przypisach) – rozwija wybrane wątki lecologiczne, na które nawet w tak obszernej pracy jak ta z 2015 roku nie było miejsca. Zresztą widać, że Kośka przez lata zgłębiała tę twórczość nadal, pewnie więc ma do powiedzenia dziś rzeczy, o których nie wiedziała wtedy, zwłaszcza że była jeszcze przed swoją tytułową realną wycieczką. Jak dowiadujemy się bowiem z okładki, nowa książka „jest przewodnikiem po nakładających się na siebie krajobrazach realnych i intelektualnych”. Trochę się bałam przed lekturą, czy realne nie przesłonią intelektualnych – czy też ściślej: literaturoznawczych – ale te obawy okazały się tylko w niewielkich stopniu słuszne.
Esej „Lec, lektura purimowa”, zanim został artykułem w „Kontekstach” i rozdziałem w omawianej książce, był wykładem wygłoszonym z okazji rocznicy urodzin pisarza – i pobrzmiewa tu ta oralność, przystępność przekazu. A równocześnie to niezwykle erudycyjny wywód, uświadamiający także osobom słabo obeznanym z judaizmem, dlaczego „nie ma lepszej daty na urodziny satyryka niż Purim” (s. 16). Znajdziemy tu splot indywidualnej biografii oraz kultury żydowskiej z jej świętami i imionami z analizami satyry jako gatunku oraz bardzo konkretnymi uwagami na temat twórczości Leca, jak choćby ta: „I oto uruchamia się w mojej czytelniczej głowie jeden z najważniejszych mechanizmów stymulujących proces poetycki Leca, czyli asocjacja” (s. 11). Wprawdzie niektóre diagnozy, jak tę o wskrzeszaniu słów w swoistym sanatorium (zob. s. 50, por. Kośka 2015: 668-669), znam z poprzedniej książki, ale dużo tu wiedzy nowej, świadczącej i o znajomości kontekstów, i o imponującym obyciu z dziełem Leca – czasem równocześnie: „Zawsze szczątkowa i skontaminowana z innymi topika żydowska niemal znika z jego tekstów po wojnie – bo znikają jej temat i odbiorca, a pojawiają się tabu i cenzor” (s. 42).
Drugi rozdział, „Kraus, Lec, Bernhard – spotkanie pod wieżą Babel”, to szczegółowa analiza podobieństw i różnic w twórczości jego trzech bohaterów. „Fałszywe pocieszenie, mniemanie, samoświadomość, a także prosta bezmyślność to wspólny temat Leca, Krausa i Bernharda” (s. 59) – zauważa Kośka, dodając w innym miejscu: „(…) stali się analitykami i krytykami mechanizmów i mentalności społeczeństw, walcząc na śmierć i życie z komunałem, sloganem, frazesem (…)” (s. 62), ale śledzi też rozdźwięki, stawiając zwięzłe, a celne diagnozy: „Zdanie Krausa jest kostyczne, zdanie Leca poetyckie, zdanie Bernharda szalone” (s. 82). Chociaż część historii powiązań znałam z poprzedniej książki, to nadal wiele się dowiedziałam. Najmniej przekonywała mnie Kośka wtedy – zresztą nie tylko w tym rozdziale – kiedy „gdybała”, na przykład mnożąc hipotezy o przedmiocie rozmów Leca z Bernhardem, by ostatecznie przyznać: „Wszystko to być może, lecz ujawniony zostaje tylko jeden temat” (s. 69).
„Judaizm jako -izm”, kończy się diagnozą raczej przewrotną jak na pierwodruk w ramach projektu dotyczącego marranizmu: „Lec nie był także dziedzicem kultury żydowskiej zmierzającym do marranizmu, lecz dziedzicem asymilacji przymuszonym do rozliczeń z tożsamości” (s. 118), ale jest bardzo solidną analizą judaizmu jako części Lecowskiej poetyki, dzięki czemu znajdujemy tu celne spostrzeżenia na temat twórczości autora „Myśli nieuczesanych” („Lec nie jest poetą neologizmu, lecz poetą palimpsestu, jakim jest także słowo. On słowa czyta, nie pisze” [s. 89]), sytuacji żydowskiej z utworu „Poema małego wnuka”, którego fragment Kośka streszcza bezlitośnie: „Pogrom i chrzest – dwa sposoby na Żyda” (s. 89), oraz głębszych powiązań dzieła i dziedzictwa: „Przysłowia to pouczenia, odpowiedzi. W żydowskim stylu rozumowania, tak właśnie jak w »Myślach nieuczesanych«, ujawnia się jednak przede wszystkim moc pytania” (s. 107). Zaznacza badaczka, że chociaż pisano o Biblii u Leca, to pomijano judaistyczne pisma, „których wrogie przejęcie w kulturze europejskiej nie nastąpiło” (s. 107), tymczasem ona wyraźnie widzi podobieństwo postawy pisarza i spisywaczy Talmudu (zob. s. 111). Ponownie jednak Kośka nie zadowala się wygodnymi podobieństwami, śledząc również odmienności: „Jest bowiem różnica bardziej od wymienionych wcześniej zasadnicza pomiędzy badawczym stosunkiem do słowa reprezentowanym przez judaizm a tym, jaki cechuje Leca: rabini analizują laszon hakodesz, święty język – Lec język zepsuty, przepuszczony, wraz ze światem, przez maszynę drukarską” (s. 114). Na takie mocne tezy pozwala autorce – nie tylko zresztą w tym rozdziale – naprawdę imponująca znajomość jednego i drugiego dzieła, w tym dostęp do Lecowskich brulionów.
Kolejny esej, „Rozmowa dwóch kopiących. Celan – Lec 1965”, to znów refleksja o podobieństwach i różnicach – wszak „[g]dy pytamy o Celana i Leca, od razu spostrzegamy wspólnotę i kontrę (…)” (s. 123). Obok uwielbianych przez Kośkę asocjacji, mniej lub bardziej trafionych – np. jasne, że „Lec i cel – Lec i Cel-an” (s. 125, por. s. 22) to fraza efektowna, ale czy nie trochę efekciarska, gdy pomyśleć o jej, jednak, przypadkowości? – znajdziemy tu partie absolutnie imponujące. „Miejscem bezpośredniego przecięcia duktów poetyckich obu twórców są przekłady wierszy Celana dokonane przez Leca” (s. 129) – pisze badaczka i szczegółowo, z filologiczną pasją i ku szczęściu filologicznych pasjonatów i pasjonatek, tę kwestię analizuje. Na dodatek, gdy przygląda się przekładom „Fugi śmierci”, nie sięga, tak typowo i zwyczajnie, po dwa czy trzy dla porównania – tylko od razu po osiem (zob. s. 142)! To musi budzić szacunek i okazuje się jednym z najmocniejszych fragmentów „Wycieczki…” (w czym zgadzam się Lektorem z „Tygodnika Powszechnego”: „Lec był jednym z pierwszych polskich tłumaczy »Fugi śmierci«; drobiazgowa analiza »Fugi« i jej kilku polskich wersji to jeden z najbardziej wciągających fragmentów tej książki” [Lektor 2025]).
Finałową, zdecydowanie najobszerniejszą „Wycieczkę do Szerszeniowiec” najtrudniej mi ocenić. O ile wcześniejsze eseje miały mimo „lżejszych” momentów naukową dyscyplinę, o tyle ten szkic Kośka celowo mocniej stylizuje na coś pomiędzy reportażem geograficzno-historycznym a gawędą, co niekoniecznie akurat mnie zachęcałoby do lektury. Jak jednak jestem sceptyczna wobec peregrynacji pozasłownych, tak przyznaję, że trafiają się tu bardzo ciekawe odkrycia i dla mnie. O ile zwolennicy i zwolenniczki wymienionych wyżej form znajdą w tym rozdziale rozważania o motylach obserwowanych w międzywojniu i o ukształtowaniu terenu, mnie najbardziej zainteresowały miejsca najściślejszych splotów podolsko-poetyckich. Kośka snuje tu obszerną opowieść o wakacjach Leca spędzanych w rodzinnym majątku (posiłkując się nawet rozmowami z kuzynką Leca), ale ja czekałam właśnie na te partie eseju, w których, chociaż tomik wierszy podolskich ostatecznie nie powstał, badaczka wynajduje nie tylko konkretne wzmianki, ale i mniej oczywiste dowody tekstowe na zakorzenienie pisarza w pejzażu przedwojennej młodości – na przykład fragment, gdy autorka zauważa: „To ostatni wiersz szerszeniowiecki (jest nim pod warunkiem, że pamiętasz wcześniejsze)” (s. 204).
Nie wiem, czy nawet Lidia Kośka jest w stanie przekonać mnie do wierszy Leca (jak kocham jego aforyzmy), ale nie da się ukryć, że badaczka świadoma jest ewolucji tej twórczości i potrafi ją ukazać. Pisze o tekstach wczesnych: „To są wiersze rozpoznawcze, autoanaliza własnego zmysłu poetyckiego. Teraz cytaty, nie wybitne, lecz dowodzące (…)” (s. 213), ale o późniejsze zawalczy: „Skupieni na aforyzmach, choć nadal niedoceniający fraszek im towarzyszących, nie doczytujemy wierszy Leca z tych samych lat. One stawiają najsilniejszy, aktywny opór” (s. 266). I od razu czuję wyrzuty sumienia, bo to też o mnie (i mam obawy, że jak Kośka chce książkę wyłącznie o wierszach Leca, to ją też musi sobie sama napisać). Równocześnie zdecydowanie wolę, kiedy autorka prowadzi literaturoznawcze analizy blisko tekstu, z uzupełniającymi kontekstami; kiedy pisze choćby: „Zabawa rozpoczyna się dzięki defrazeologizacji frazeologizmu, demetaforyzacji metafory” (s. 203), niż kiedy, jak sama przyznaje, daje się znosić ku dygresjom: „Och, jakże odbiegłam od »Poema lojalnego« – lecz do umarłych, to są umarli” (s. 244) albo cytuje kawałek wiersza o świerszczach, komentując: „Świerszcze, nie szerszenie, lecz w obu nazwach szemrze słowo »wiersz«” (s. 217). Znów: efektowane, ale jednak, no właśnie, „świerszcze, nie szerszenie”.
Jakoś jednak rozumiem i to, co podoba mi się w tym długim eseju mniej – bo chociaż przyznaję, że nieszczególnie pochłania mnie pytanie, „[c]o mogli łowić rybacy w Serecie” (s. 208), a bardziej to, co Lec tam złowił poetycko, to Kośka oprócz ocalenia źródeł dzieła Leca chce ocalić od zapomnienia też tamto miejsce, z jego żydowską społecznością zmiecioną przez wojnę. Podobnie widzi to syn Leca, Tomasz, który w posłowiu o pięknym tytule „W Szerszeniowcach motyle, by ocaleć, udawały szerszenie” zauważa, że to „[p]odróż w istniejącej przestrzeni, ale w nieistniejącym już jej duchu. Właśnie tego »ducha« chce autorka złowić, niczym motyla w siatkę, i przedstawić publiczności” (Lec 2025: 275). Jeśli to stawka czytania gawęd, to będę je czytać…
Owszem, zdarzały się pojedyncze momenty, kiedy chciałam zawołać: „Do brzegu!”, uważałam asocjacje za nieco „naciągane”, a na scharakteryzowanie stylu Kośki przychodziło mi do głowy słowo „frenetyczny”, chociaż chyba w życiu swoim go wcześniej nie użyłam. Ostatecznie jednak omawiana książka, przepięknie wydana, to spójny zbiór tekstów, mimo że powstawały one przecież przy różnych okazjach. Zbiór niezwykle erudycyjny, napisany przez osobę o dogłębnej znajomości tematu – którego nie wyczerpała mimo onieśmielającej objętości poprzedniej publikacji. Znajdą tu coś dla siebie miłośnicy i miłośniczki Leca (przy czym nie należy nastawiać się, że dużo będzie o „Myślach nieuczesanych”), ale i wszyscy ci, których interesują konteksty judaistyczne. Pisząc o powinowactwach literackich, uwikłaniach kulturowych i pejzażach artystycznej młodości Leca, Kośka oferuje niezwykle cenny wgląd w, by użyć tytułu jednego z przywoływanych przez nią wierszy, „korzenie wszystkiego”.
LITERATURA:
Kośka L.: „Lec. Autobiografia słowa”. Warszawa 2025.
Lec T.: „Posłowie. W Szerszeniowcach motyle, by ocaleć, udawały szerszenie”. W: L. Kośka: „Wycieczka do Szerszeniowiec”. Warszawa 2025.
Lektor [Tomasz Fiałkowski]: „Książka tygodnia: Lidia Kośka »W stronę Leca«”. 25.11.2025. https://www.tygodnikpowszechny.pl/ksiazka-tygodnia-lidia-koska-w-strone-leca-192306.
Na okładce „Wycieczki do Szerszeniowiec” czytamy, że autorka „"[j]est dumna z tego, że niniejsza [książka – K.C.] wyszła jej cieńsza, płonne jednak nadzieje, by kiedykolwiek doszła do lakoniczności aforyzmów”. Faktycznie, na półce nowa publikacja wygląda obok starszej jak suplement do encyklopedii – i chyba coś w tym skojarzeniu gra, bo „Autobiografia słowa” to dzieło totalne, próbujące uchwycić całego Leca, podczas gdy „Wycieczka…” w pięciu esejach – z których dwa opublikowano wcześniej w „Kontekstach”, jeden w tomie zbiorowym „Marani literatury polskiej”, jeden powstał na podstawie konferencyjnego referatu, natomiast tytułowy to najwyraźniej premiera (edycje i wygłoszenia pozostałych autorka odnotowuje pod tekstami i w przypisach) – rozwija wybrane wątki lecologiczne, na które nawet w tak obszernej pracy jak ta z 2015 roku nie było miejsca. Zresztą widać, że Kośka przez lata zgłębiała tę twórczość nadal, pewnie więc ma do powiedzenia dziś rzeczy, o których nie wiedziała wtedy, zwłaszcza że była jeszcze przed swoją tytułową realną wycieczką. Jak dowiadujemy się bowiem z okładki, nowa książka „jest przewodnikiem po nakładających się na siebie krajobrazach realnych i intelektualnych”. Trochę się bałam przed lekturą, czy realne nie przesłonią intelektualnych – czy też ściślej: literaturoznawczych – ale te obawy okazały się tylko w niewielkich stopniu słuszne.
Esej „Lec, lektura purimowa”, zanim został artykułem w „Kontekstach” i rozdziałem w omawianej książce, był wykładem wygłoszonym z okazji rocznicy urodzin pisarza – i pobrzmiewa tu ta oralność, przystępność przekazu. A równocześnie to niezwykle erudycyjny wywód, uświadamiający także osobom słabo obeznanym z judaizmem, dlaczego „nie ma lepszej daty na urodziny satyryka niż Purim” (s. 16). Znajdziemy tu splot indywidualnej biografii oraz kultury żydowskiej z jej świętami i imionami z analizami satyry jako gatunku oraz bardzo konkretnymi uwagami na temat twórczości Leca, jak choćby ta: „I oto uruchamia się w mojej czytelniczej głowie jeden z najważniejszych mechanizmów stymulujących proces poetycki Leca, czyli asocjacja” (s. 11). Wprawdzie niektóre diagnozy, jak tę o wskrzeszaniu słów w swoistym sanatorium (zob. s. 50, por. Kośka 2015: 668-669), znam z poprzedniej książki, ale dużo tu wiedzy nowej, świadczącej i o znajomości kontekstów, i o imponującym obyciu z dziełem Leca – czasem równocześnie: „Zawsze szczątkowa i skontaminowana z innymi topika żydowska niemal znika z jego tekstów po wojnie – bo znikają jej temat i odbiorca, a pojawiają się tabu i cenzor” (s. 42).
Drugi rozdział, „Kraus, Lec, Bernhard – spotkanie pod wieżą Babel”, to szczegółowa analiza podobieństw i różnic w twórczości jego trzech bohaterów. „Fałszywe pocieszenie, mniemanie, samoświadomość, a także prosta bezmyślność to wspólny temat Leca, Krausa i Bernharda” (s. 59) – zauważa Kośka, dodając w innym miejscu: „(…) stali się analitykami i krytykami mechanizmów i mentalności społeczeństw, walcząc na śmierć i życie z komunałem, sloganem, frazesem (…)” (s. 62), ale śledzi też rozdźwięki, stawiając zwięzłe, a celne diagnozy: „Zdanie Krausa jest kostyczne, zdanie Leca poetyckie, zdanie Bernharda szalone” (s. 82). Chociaż część historii powiązań znałam z poprzedniej książki, to nadal wiele się dowiedziałam. Najmniej przekonywała mnie Kośka wtedy – zresztą nie tylko w tym rozdziale – kiedy „gdybała”, na przykład mnożąc hipotezy o przedmiocie rozmów Leca z Bernhardem, by ostatecznie przyznać: „Wszystko to być może, lecz ujawniony zostaje tylko jeden temat” (s. 69).
„Judaizm jako -izm”, kończy się diagnozą raczej przewrotną jak na pierwodruk w ramach projektu dotyczącego marranizmu: „Lec nie był także dziedzicem kultury żydowskiej zmierzającym do marranizmu, lecz dziedzicem asymilacji przymuszonym do rozliczeń z tożsamości” (s. 118), ale jest bardzo solidną analizą judaizmu jako części Lecowskiej poetyki, dzięki czemu znajdujemy tu celne spostrzeżenia na temat twórczości autora „Myśli nieuczesanych” („Lec nie jest poetą neologizmu, lecz poetą palimpsestu, jakim jest także słowo. On słowa czyta, nie pisze” [s. 89]), sytuacji żydowskiej z utworu „Poema małego wnuka”, którego fragment Kośka streszcza bezlitośnie: „Pogrom i chrzest – dwa sposoby na Żyda” (s. 89), oraz głębszych powiązań dzieła i dziedzictwa: „Przysłowia to pouczenia, odpowiedzi. W żydowskim stylu rozumowania, tak właśnie jak w »Myślach nieuczesanych«, ujawnia się jednak przede wszystkim moc pytania” (s. 107). Zaznacza badaczka, że chociaż pisano o Biblii u Leca, to pomijano judaistyczne pisma, „których wrogie przejęcie w kulturze europejskiej nie nastąpiło” (s. 107), tymczasem ona wyraźnie widzi podobieństwo postawy pisarza i spisywaczy Talmudu (zob. s. 111). Ponownie jednak Kośka nie zadowala się wygodnymi podobieństwami, śledząc również odmienności: „Jest bowiem różnica bardziej od wymienionych wcześniej zasadnicza pomiędzy badawczym stosunkiem do słowa reprezentowanym przez judaizm a tym, jaki cechuje Leca: rabini analizują laszon hakodesz, święty język – Lec język zepsuty, przepuszczony, wraz ze światem, przez maszynę drukarską” (s. 114). Na takie mocne tezy pozwala autorce – nie tylko zresztą w tym rozdziale – naprawdę imponująca znajomość jednego i drugiego dzieła, w tym dostęp do Lecowskich brulionów.
Kolejny esej, „Rozmowa dwóch kopiących. Celan – Lec 1965”, to znów refleksja o podobieństwach i różnicach – wszak „[g]dy pytamy o Celana i Leca, od razu spostrzegamy wspólnotę i kontrę (…)” (s. 123). Obok uwielbianych przez Kośkę asocjacji, mniej lub bardziej trafionych – np. jasne, że „Lec i cel – Lec i Cel-an” (s. 125, por. s. 22) to fraza efektowna, ale czy nie trochę efekciarska, gdy pomyśleć o jej, jednak, przypadkowości? – znajdziemy tu partie absolutnie imponujące. „Miejscem bezpośredniego przecięcia duktów poetyckich obu twórców są przekłady wierszy Celana dokonane przez Leca” (s. 129) – pisze badaczka i szczegółowo, z filologiczną pasją i ku szczęściu filologicznych pasjonatów i pasjonatek, tę kwestię analizuje. Na dodatek, gdy przygląda się przekładom „Fugi śmierci”, nie sięga, tak typowo i zwyczajnie, po dwa czy trzy dla porównania – tylko od razu po osiem (zob. s. 142)! To musi budzić szacunek i okazuje się jednym z najmocniejszych fragmentów „Wycieczki…” (w czym zgadzam się Lektorem z „Tygodnika Powszechnego”: „Lec był jednym z pierwszych polskich tłumaczy »Fugi śmierci«; drobiazgowa analiza »Fugi« i jej kilku polskich wersji to jeden z najbardziej wciągających fragmentów tej książki” [Lektor 2025]).
Finałową, zdecydowanie najobszerniejszą „Wycieczkę do Szerszeniowiec” najtrudniej mi ocenić. O ile wcześniejsze eseje miały mimo „lżejszych” momentów naukową dyscyplinę, o tyle ten szkic Kośka celowo mocniej stylizuje na coś pomiędzy reportażem geograficzno-historycznym a gawędą, co niekoniecznie akurat mnie zachęcałoby do lektury. Jak jednak jestem sceptyczna wobec peregrynacji pozasłownych, tak przyznaję, że trafiają się tu bardzo ciekawe odkrycia i dla mnie. O ile zwolennicy i zwolenniczki wymienionych wyżej form znajdą w tym rozdziale rozważania o motylach obserwowanych w międzywojniu i o ukształtowaniu terenu, mnie najbardziej zainteresowały miejsca najściślejszych splotów podolsko-poetyckich. Kośka snuje tu obszerną opowieść o wakacjach Leca spędzanych w rodzinnym majątku (posiłkując się nawet rozmowami z kuzynką Leca), ale ja czekałam właśnie na te partie eseju, w których, chociaż tomik wierszy podolskich ostatecznie nie powstał, badaczka wynajduje nie tylko konkretne wzmianki, ale i mniej oczywiste dowody tekstowe na zakorzenienie pisarza w pejzażu przedwojennej młodości – na przykład fragment, gdy autorka zauważa: „To ostatni wiersz szerszeniowiecki (jest nim pod warunkiem, że pamiętasz wcześniejsze)” (s. 204).
Nie wiem, czy nawet Lidia Kośka jest w stanie przekonać mnie do wierszy Leca (jak kocham jego aforyzmy), ale nie da się ukryć, że badaczka świadoma jest ewolucji tej twórczości i potrafi ją ukazać. Pisze o tekstach wczesnych: „To są wiersze rozpoznawcze, autoanaliza własnego zmysłu poetyckiego. Teraz cytaty, nie wybitne, lecz dowodzące (…)” (s. 213), ale o późniejsze zawalczy: „Skupieni na aforyzmach, choć nadal niedoceniający fraszek im towarzyszących, nie doczytujemy wierszy Leca z tych samych lat. One stawiają najsilniejszy, aktywny opór” (s. 266). I od razu czuję wyrzuty sumienia, bo to też o mnie (i mam obawy, że jak Kośka chce książkę wyłącznie o wierszach Leca, to ją też musi sobie sama napisać). Równocześnie zdecydowanie wolę, kiedy autorka prowadzi literaturoznawcze analizy blisko tekstu, z uzupełniającymi kontekstami; kiedy pisze choćby: „Zabawa rozpoczyna się dzięki defrazeologizacji frazeologizmu, demetaforyzacji metafory” (s. 203), niż kiedy, jak sama przyznaje, daje się znosić ku dygresjom: „Och, jakże odbiegłam od »Poema lojalnego« – lecz do umarłych, to są umarli” (s. 244) albo cytuje kawałek wiersza o świerszczach, komentując: „Świerszcze, nie szerszenie, lecz w obu nazwach szemrze słowo »wiersz«” (s. 217). Znów: efektowane, ale jednak, no właśnie, „świerszcze, nie szerszenie”.
Jakoś jednak rozumiem i to, co podoba mi się w tym długim eseju mniej – bo chociaż przyznaję, że nieszczególnie pochłania mnie pytanie, „[c]o mogli łowić rybacy w Serecie” (s. 208), a bardziej to, co Lec tam złowił poetycko, to Kośka oprócz ocalenia źródeł dzieła Leca chce ocalić od zapomnienia też tamto miejsce, z jego żydowską społecznością zmiecioną przez wojnę. Podobnie widzi to syn Leca, Tomasz, który w posłowiu o pięknym tytule „W Szerszeniowcach motyle, by ocaleć, udawały szerszenie” zauważa, że to „[p]odróż w istniejącej przestrzeni, ale w nieistniejącym już jej duchu. Właśnie tego »ducha« chce autorka złowić, niczym motyla w siatkę, i przedstawić publiczności” (Lec 2025: 275). Jeśli to stawka czytania gawęd, to będę je czytać…
Owszem, zdarzały się pojedyncze momenty, kiedy chciałam zawołać: „Do brzegu!”, uważałam asocjacje za nieco „naciągane”, a na scharakteryzowanie stylu Kośki przychodziło mi do głowy słowo „frenetyczny”, chociaż chyba w życiu swoim go wcześniej nie użyłam. Ostatecznie jednak omawiana książka, przepięknie wydana, to spójny zbiór tekstów, mimo że powstawały one przecież przy różnych okazjach. Zbiór niezwykle erudycyjny, napisany przez osobę o dogłębnej znajomości tematu – którego nie wyczerpała mimo onieśmielającej objętości poprzedniej publikacji. Znajdą tu coś dla siebie miłośnicy i miłośniczki Leca (przy czym nie należy nastawiać się, że dużo będzie o „Myślach nieuczesanych”), ale i wszyscy ci, których interesują konteksty judaistyczne. Pisząc o powinowactwach literackich, uwikłaniach kulturowych i pejzażach artystycznej młodości Leca, Kośka oferuje niezwykle cenny wgląd w, by użyć tytułu jednego z przywoływanych przez nią wierszy, „korzenie wszystkiego”.
LITERATURA:
Kośka L.: „Lec. Autobiografia słowa”. Warszawa 2025.
Lec T.: „Posłowie. W Szerszeniowcach motyle, by ocaleć, udawały szerszenie”. W: L. Kośka: „Wycieczka do Szerszeniowiec”. Warszawa 2025.
Lektor [Tomasz Fiałkowski]: „Książka tygodnia: Lidia Kośka »W stronę Leca«”. 25.11.2025. https://www.tygodnikpowszechny.pl/ksiazka-tygodnia-lidia-koska-w-strone-leca-192306.
Lidia Kośka: „Wycieczka do Szerszeniowiec. W stronę Leca”. Noir sur Blanc. Warszawa 2025.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

