CZY TO MOŻLIWE, ŻE ŻYJĄ WŚRÓD NAS ISTOTY, KTÓRYCH ŻYWOT NADAL JEST BLIŻSZY WYNALEZIENIU RADIA NIŻ PREMIERZE IPHONE'A?
A
A
A
Tak. Wampiry, wilkołaki i… Arthur Brown.
Kiedy po raz pierwszy widzisz Arthura Browna na scenie, trudno uwierzyć, że jego kariera zaczęła się w latach 60. – czyli w czasie, gdy powstawała pierwsza misja Apollo, a rock psychodeliczny dopiero zaczynał eksplodować. A jednak w 2020+, w erze TikToka, AI i iPhone’a z pięcioma aparatami, Brown wychodzi na scenę i... urządza widowisko, któremu trudno dorównać.
Arthur Brown - najstarszy wampir rocka?
Trudno nie ulec też wrażeniu, że wiek nie działa na Browna tak, jak na zwykłych śmiertelników. Podczas gdy inni muzycy gasną, on świeci coraz mocniej – dosłownie i w przenośni, bo nikt tak jak on nie „pali” się na scenie. Można wręcz podejrzewać, że Brown nie jest zwyczajnym artystą, tylko rockowym wampirem, który od 1942 roku żywi się energią publiczności. I najwyraźniej to pożywienie jest wyjątkowo skuteczne, skoro występuje z tą samą dziką ekspresją co sześć dekad temu.
Narodziny (1942): świat w czerni i bieli
Arthur Wilton Brown urodził się 24 czerwca 1942 roku w Whitby, nadmorskim mieście, które - co zabawne – słynie także z powiązań z… „Draculą” Brama Stokera. Tło historyczne? II wojna światowa, naloty, racjonowanie jedzenia. Ciężko o bardziej ponure i gotyckie warunki startowe dla przyszłego scenicznego wizjonera. Już jako dziecko Brown wyróżniał się mocnym głosem i teatralnością. Nauczyciele mówili, że jest „dziwny, ale fascynujący” – co z perspektywy kariery okazało się diagnozą idealną.
Pierwsze kroki w muzyce: lata 50. i wczesne 60.
W młodości studiował prawo i filozofię na University of London, ale bardziej niż akademickie wykłady pociągało go życie klubowe Londynu, które pulsowało jazzem i bluesem. Przechodził przez różne małe zespoły, próbował stylów, degustował. Wciąż jednak szukał własnego głosu – i sposobu, by nie być „kolejnym wokalistą w garniturze”. Kiedy Beatlesi podbijali światowe sceny, Brown prowadził już kolejne eksperymenty, by obedrzeć muzykę z przewidywalnych, uproszczonych drapowań.
1967-1968: „The Crazy World of Arthur Brown” i eksplozja ognia
W 1967 założył zespół The Crazy World of Arthur Brown. Rok później świat staje w płomieniach, gdy wychodzi ich singiel „Fire”. Ten numer jest jednym z najbardziej charakterystycznych utworów końcówki lat 60. – psychodeliczny, teatralny, pełen krzyku, ognia i okultystycznej symboliki. A do tego Brown śpiewając go na scenie, zawsze pojawia się w hełmie z płonącymi rogami. W 1968 roku to była rzecz nie do pomyślenia, dziś pozostaje jednym z najbardziej ikonicznych momentów rockowej awangardy.
Lata 70.: eksperymenty, elektronika
Po zakończeniu działalności „Crazy World” Brown powołał do życia Kingdom Come (1970–1974) – zespół, który wyprzedzał własne czasy o kilka długości. To tam po raz pierwszy na większą skalę pojawiły się automaty perkusyjne, a muzyka skręciła w stronę wczesnej, surowej elektroniki, daleko poza ówczesne wyobrażenia rockowych purystów. Kingdom Come nie przypominało klasycznego zespołu; bliżej im było do laboratorium dźwięku i świadomości niż do regularnej grupy z repertuarem. W jednym z tych eksperymentalnych wcieleń Browna pojawił się również Nicko McBrain, tuż zanim stał się perkusyjną siłą Iron Maiden. Można więc powiedzieć, że Brown przekroczył próg metalu zanim ktokolwiek otworzył do niego drzwi.
Lata 80. - 2000: mistrz ceremonii i alternatywy
Arthur Brown nigdy nie zniknął ze sceny – jedynie zmieniał skóry, jak każde dobre nadnaturalne stworzenie: współpracował z The Who, użyczał głosu Prodigy w „Fire” (1997), występował z artystami od metalu po elektronikę, nagrywał albumy solowe, projekty teatralne i konceptualne. Był wszędzie tam, gdzie nadarzała się okazja by poeksperymentować.
XXI wiek: nieśmiertelność to stan umysłu
Współcześnie Arthur Brown nie tylko regularnie koncertuje i występuje na festiwalach rockowych i metalowych (także Mystic Festival). Aktywnie i z szacunkiem odnosi się do zawodu muzyka, nagrywając nowe albumy. Do znudzenia maluje twarze oraz ciała, czyniąc z każdej trasy osobny rytuał, wymagający określonych przedsięwzięć. Publiczność zaś wciąż nie może uwierzyć, że Brown przekroczył już osiemdziesiątkę. Jego głos nadal brzmi jak dzwon, a sceniczna ekspresja bywa dziksza niż u wielu dwudziestolatków.
Oliwy do ognia!
Zaczęło się w 1967 roku, od jednego, kompletnie improwizowanego pomysłu: hełm zrobiony z puszki po kawie, drutu i łatwopalnej substancji. Ten pomysł, o potencjale zarówno artystycznym, jak i samobójczym, zapoczątkował całe zjawisko. „I am the God of Hellfire!” – ryknął Brown, i od tej chwili publiczność nie miała już wątpliwości, że oto narodził się nowy rodzaj scenicznej istoty. Podczas show w londyńskim Roundhouse zjechał z sufitu na linie, niczym anielsko-piekielne kuriozum, z płonącym hełmem. „Każdy, kto był na kwasie, musiał pomyśleć, że to Bóg” – żartował Brown. Na innym festiwalu, w Windsor, opuszczano go na scenę dźwigiem, także w płomieniach. Sceniczny pomocnik, uznawszy jego piekielne wrzaski za… krzyk bólu, zgasił go kuflem piwa. Ostatecznie – bezcenny moment rockowej historii. Ognia i pikanterii lubił dodawać też codziennym sytuacjom. W latach 70. zasłynął z organizowania dziwnych kolacji, podczas których podawał gościom jedzenie w zupełnej ciemności, a następnie występował z krótkimi monologami filozoficznymi. Znajomi twierdzili, że połączenie było „dziwnie smaczne i traumatyczne”. Trzy dekady później „Fire” zemściło się na nim podczas koncertu w dusznym klubie w Southend. Upalna sala, dziesiątki występów z rzędu i eksperymentalne głodówki zakończyły się krwotokiem do mózgu. Brown cudem przeżył. Przez długi czas dochodził do siebie, ucząc się chodzić na nowo, siedząc w teksańskim upale i… składając serwetki. Paradoksalnie to właśnie wtedy napisał część swoich najlepszych utworów, w tym „Want to Love” z albumu „Zim Zam Zim”.
Prorok awangardy, władca psychodelii i pionier szaleństwa – sir Arthur Brown
To on jako pierwszy złamał świętość sceny. Zarówno wokalnie, jak i performatywnie stworzył język groteski, który potem rozwinęli inni. Peter Gabriel inspirował się jego kostiumami, maskami i koncepcją teatralizacji muzyki. Bez Browna nie byłoby Gabriela w roli lisicy, kwiatu czy starca. Do zachłyśnięcia debiutem artysty przyznali się również David Bowie oraz Ozzy Osbourne. Znowu eksperymenty Kingdom Come trafiły na listy inspiracji twórców elektro-progu, wczesnych techno-artystów i nawet części sceny industrialnej. Dziś Brown nie tyle „nocuje w historii rocka”, co wciąż ją dopisuje. Nie zwalnia. Planuje kolejne trasy, nowe projekty, wciąż kombinuje z teatrem i elektroniką. W wywiadach mówi, że pracuje nad muzyką, która „ma połączyć rytuał, mistykę i naukę o świadomości”. Nie wygląda na to, żeby gdziekolwiek się wybierał - poza sceną.
Literatura:
Marshall P.: „The God of Hellfire: The Crazy Life and Times of Arthur Brown”. 2001.
Dome, M.: „Arthur Brown Admits He Is Crazy”. „Louder / Prog”, 2025.
LeValley, Jason. „Interview: Arthur Brown”. „Psychedelic Scene Magazine”, 2021.
Simpson D.: „The god of hellfire returns! Can Arthur Brown incinerate Covid?”. „The Guardian”, 2020.
Kiedy po raz pierwszy widzisz Arthura Browna na scenie, trudno uwierzyć, że jego kariera zaczęła się w latach 60. – czyli w czasie, gdy powstawała pierwsza misja Apollo, a rock psychodeliczny dopiero zaczynał eksplodować. A jednak w 2020+, w erze TikToka, AI i iPhone’a z pięcioma aparatami, Brown wychodzi na scenę i... urządza widowisko, któremu trudno dorównać.
Arthur Brown - najstarszy wampir rocka?
Trudno nie ulec też wrażeniu, że wiek nie działa na Browna tak, jak na zwykłych śmiertelników. Podczas gdy inni muzycy gasną, on świeci coraz mocniej – dosłownie i w przenośni, bo nikt tak jak on nie „pali” się na scenie. Można wręcz podejrzewać, że Brown nie jest zwyczajnym artystą, tylko rockowym wampirem, który od 1942 roku żywi się energią publiczności. I najwyraźniej to pożywienie jest wyjątkowo skuteczne, skoro występuje z tą samą dziką ekspresją co sześć dekad temu.
Narodziny (1942): świat w czerni i bieli
Arthur Wilton Brown urodził się 24 czerwca 1942 roku w Whitby, nadmorskim mieście, które - co zabawne – słynie także z powiązań z… „Draculą” Brama Stokera. Tło historyczne? II wojna światowa, naloty, racjonowanie jedzenia. Ciężko o bardziej ponure i gotyckie warunki startowe dla przyszłego scenicznego wizjonera. Już jako dziecko Brown wyróżniał się mocnym głosem i teatralnością. Nauczyciele mówili, że jest „dziwny, ale fascynujący” – co z perspektywy kariery okazało się diagnozą idealną.
Pierwsze kroki w muzyce: lata 50. i wczesne 60.
W młodości studiował prawo i filozofię na University of London, ale bardziej niż akademickie wykłady pociągało go życie klubowe Londynu, które pulsowało jazzem i bluesem. Przechodził przez różne małe zespoły, próbował stylów, degustował. Wciąż jednak szukał własnego głosu – i sposobu, by nie być „kolejnym wokalistą w garniturze”. Kiedy Beatlesi podbijali światowe sceny, Brown prowadził już kolejne eksperymenty, by obedrzeć muzykę z przewidywalnych, uproszczonych drapowań.
1967-1968: „The Crazy World of Arthur Brown” i eksplozja ognia
W 1967 założył zespół The Crazy World of Arthur Brown. Rok później świat staje w płomieniach, gdy wychodzi ich singiel „Fire”. Ten numer jest jednym z najbardziej charakterystycznych utworów końcówki lat 60. – psychodeliczny, teatralny, pełen krzyku, ognia i okultystycznej symboliki. A do tego Brown śpiewając go na scenie, zawsze pojawia się w hełmie z płonącymi rogami. W 1968 roku to była rzecz nie do pomyślenia, dziś pozostaje jednym z najbardziej ikonicznych momentów rockowej awangardy.
Lata 70.: eksperymenty, elektronika
Po zakończeniu działalności „Crazy World” Brown powołał do życia Kingdom Come (1970–1974) – zespół, który wyprzedzał własne czasy o kilka długości. To tam po raz pierwszy na większą skalę pojawiły się automaty perkusyjne, a muzyka skręciła w stronę wczesnej, surowej elektroniki, daleko poza ówczesne wyobrażenia rockowych purystów. Kingdom Come nie przypominało klasycznego zespołu; bliżej im było do laboratorium dźwięku i świadomości niż do regularnej grupy z repertuarem. W jednym z tych eksperymentalnych wcieleń Browna pojawił się również Nicko McBrain, tuż zanim stał się perkusyjną siłą Iron Maiden. Można więc powiedzieć, że Brown przekroczył próg metalu zanim ktokolwiek otworzył do niego drzwi.
Lata 80. - 2000: mistrz ceremonii i alternatywy
Arthur Brown nigdy nie zniknął ze sceny – jedynie zmieniał skóry, jak każde dobre nadnaturalne stworzenie: współpracował z The Who, użyczał głosu Prodigy w „Fire” (1997), występował z artystami od metalu po elektronikę, nagrywał albumy solowe, projekty teatralne i konceptualne. Był wszędzie tam, gdzie nadarzała się okazja by poeksperymentować.
XXI wiek: nieśmiertelność to stan umysłu
Współcześnie Arthur Brown nie tylko regularnie koncertuje i występuje na festiwalach rockowych i metalowych (także Mystic Festival). Aktywnie i z szacunkiem odnosi się do zawodu muzyka, nagrywając nowe albumy. Do znudzenia maluje twarze oraz ciała, czyniąc z każdej trasy osobny rytuał, wymagający określonych przedsięwzięć. Publiczność zaś wciąż nie może uwierzyć, że Brown przekroczył już osiemdziesiątkę. Jego głos nadal brzmi jak dzwon, a sceniczna ekspresja bywa dziksza niż u wielu dwudziestolatków.
Oliwy do ognia!
Zaczęło się w 1967 roku, od jednego, kompletnie improwizowanego pomysłu: hełm zrobiony z puszki po kawie, drutu i łatwopalnej substancji. Ten pomysł, o potencjale zarówno artystycznym, jak i samobójczym, zapoczątkował całe zjawisko. „I am the God of Hellfire!” – ryknął Brown, i od tej chwili publiczność nie miała już wątpliwości, że oto narodził się nowy rodzaj scenicznej istoty. Podczas show w londyńskim Roundhouse zjechał z sufitu na linie, niczym anielsko-piekielne kuriozum, z płonącym hełmem. „Każdy, kto był na kwasie, musiał pomyśleć, że to Bóg” – żartował Brown. Na innym festiwalu, w Windsor, opuszczano go na scenę dźwigiem, także w płomieniach. Sceniczny pomocnik, uznawszy jego piekielne wrzaski za… krzyk bólu, zgasił go kuflem piwa. Ostatecznie – bezcenny moment rockowej historii. Ognia i pikanterii lubił dodawać też codziennym sytuacjom. W latach 70. zasłynął z organizowania dziwnych kolacji, podczas których podawał gościom jedzenie w zupełnej ciemności, a następnie występował z krótkimi monologami filozoficznymi. Znajomi twierdzili, że połączenie było „dziwnie smaczne i traumatyczne”. Trzy dekady później „Fire” zemściło się na nim podczas koncertu w dusznym klubie w Southend. Upalna sala, dziesiątki występów z rzędu i eksperymentalne głodówki zakończyły się krwotokiem do mózgu. Brown cudem przeżył. Przez długi czas dochodził do siebie, ucząc się chodzić na nowo, siedząc w teksańskim upale i… składając serwetki. Paradoksalnie to właśnie wtedy napisał część swoich najlepszych utworów, w tym „Want to Love” z albumu „Zim Zam Zim”.
Prorok awangardy, władca psychodelii i pionier szaleństwa – sir Arthur Brown
To on jako pierwszy złamał świętość sceny. Zarówno wokalnie, jak i performatywnie stworzył język groteski, który potem rozwinęli inni. Peter Gabriel inspirował się jego kostiumami, maskami i koncepcją teatralizacji muzyki. Bez Browna nie byłoby Gabriela w roli lisicy, kwiatu czy starca. Do zachłyśnięcia debiutem artysty przyznali się również David Bowie oraz Ozzy Osbourne. Znowu eksperymenty Kingdom Come trafiły na listy inspiracji twórców elektro-progu, wczesnych techno-artystów i nawet części sceny industrialnej. Dziś Brown nie tyle „nocuje w historii rocka”, co wciąż ją dopisuje. Nie zwalnia. Planuje kolejne trasy, nowe projekty, wciąż kombinuje z teatrem i elektroniką. W wywiadach mówi, że pracuje nad muzyką, która „ma połączyć rytuał, mistykę i naukę o świadomości”. Nie wygląda na to, żeby gdziekolwiek się wybierał - poza sceną.
Literatura:
Marshall P.: „The God of Hellfire: The Crazy Life and Times of Arthur Brown”. 2001.
Dome, M.: „Arthur Brown Admits He Is Crazy”. „Louder / Prog”, 2025.
LeValley, Jason. „Interview: Arthur Brown”. „Psychedelic Scene Magazine”, 2021.
Simpson D.: „The god of hellfire returns! Can Arthur Brown incinerate Covid?”. „The Guardian”, 2020.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

