ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (529) / 2026

Beata Mytych-Forajter,

WYROIŁO SIĘ ŻYCIE (MAREK ROSŁAN: 'ROBALE')

A A A
Rój w mojej głowie to metafora żałoby.
Bo nie umiem o niej rozmawiać nawet sam ze sobą” (s. 60).
Po lekturze książki Marka Rosłana „Robale” trudno zostać takim samym niezainteresowanym lub przestraszonym owadzim światem człowiekiem. Ze mną na pewno zostaną na dłużej prządki olbrzymie z czerwonymi nogogłaszczkami oraz poskocz krasny, wyglądający trochę jak guzik Czerwonego Kapturka. Lektura zaprosiła mnie bowiem do detalicznego sprawdzania, o kim mowa, kto zacz, jak wygląda, co lubi, gdzie żyje (?). Jednak to tylko część prawdy o recenzowanej pozycji. Owadzie obecności, entomologiczne ciekawostki, opowieść o pasji trwającej od dzieciństwa do dorosłości, wreszcie zabawne, a zarazem urocze zdjęcie autora książki z (chyba) przedszkolnego balu w przebraniu pająka i domykający narrację skan rysunku pająka jednej z jego dwóch siostrzenic to elementy tworzące spójną, dającą oparcie myśli czytelniczki i czytelnika insektalną całość. Jednak książka Rosłana to nade wszystko opowieść o nieoczywistych, bardzo indywidualnych sposobach przeżywania żałoby po osobach najbliższych, babci i mamie. Jak połączyć owady i żałobę? Oto jest pytanie, na które książka daje wiele interesujących i niestandardowych odpowiedzi.

O tym, że głównym tematem tej pozycji w równej mierze będą żałoba i robale, przekonuję się już na dziesiątej stronie, gdy do tekstu, dotychczas traktującego o instagramowych przygodach ze zdjęciami owadów, wkracza śmierć babci i mamy autora, a zarazem narratora tej historii. Najbardziej wywrotowy, ale dzięki temu przynoszący frapujące rozwiązania, wydaje mi się właśnie pomysł połączenia entomologicznej pasji opowiadacza z kontekstem mortualnym, w obrębie którego silnie wciąż wybrzmiewa lęk przed byciem zjedzonym przez mnożące się podziemne owadzie formy. Klasyczna już książka tanatologiczna Louisa-Vincenta Thomasa „Trup. Od biologii do antropologii” nie pozostawia wątpliwości: owady takie jakie muchówki i chrząszcze oraz bezkręgowe nicienie stanowią „nikczemnych najemników śmierci” (Thomas 1991: 23), pożerających martwe ciało w kilku falach. Ten rodzaj wiedzy połączony z siłą karmiącej się hiperbolami wyobraźni mógłby przynieść skutek zgoła odwrotny wobec tego wypowiedzianego w recenzowanej książce. Co jednak ma zrobić z nią entomolog-pasjonat?

Rosłan ma pełną świadomość mechaniki życia, w obrębie której umieranie i następujące po nim procesy rozkładu stanowią jej równie ważną część jak rodzenie się. Wspominając pogrzeb mamy, pisze: „Nad nami latały rusałki żałobniki (Nymphalis antiopa) i unosiły się nici babiego lata, po świeżych wieńcach spacerowały mrówki, na łące opodal uwijały się pszczoły, a w ziemi czekały już na mamę czerwie i pędraki. Latało, spacerowało, uwijało się i czekało robactwo” (s. 11). Jednak ten, kto spodziewał się dalej scen jak z horroru lub kryminału z lekarzem medycyny sądowej w roli głównej, srodze się zawiedzie, gdyż cała historia z owadami w jednej z głównych ról to opowieść o transformującej, twórczej, leczniczej mocy ludzkiej psychiki, dzięki której możliwe okazało się odnalezienie własnej ścieżki pocieszenia i ukojenia w sytuacji podwójnej żałoby.

Zanim to jednak nastąpi, ta sama psychika zaatakuje jej posiadacza sennymi koszmarami i halucynacjami, w których owady pełnić będą funkcję obiektów kontaktujących go ze sferą abiektalną, sytuując się blisko scen rozkładu, martwego ciała, wymiotów, odchodów i brudu. To chyba największy koszmar entomologa, zacząć bać się przedmiotu własnej fascynacji… Przebudzony entomolog wie jednak i powtarza to sobie, by się uspokoić, że różne kulturowe infekcje, w wyniku których boimy się robali lub wiążemy z nimi kasandryczne przepowiednie, z punktu widzenia wiedzy o owadach są nieprawdziwe. Te racjonalizacje pozwalają zasnąć i spać trochę lepiej. A wszystko zaczyna się w czasie dwóch oddzielonych od siebie odległością piętnastu miesięcy pogrzebów, w trakcie których do głosu dochodzi niemoc związanych z pochówkiem rytuałów konsolacyjnych, wyrażona najsilniej, bo performatywnie. Dwa razy czytam to samo: „Nikt z rodziny nie wypowiedział nad grobem ani słowa. Prosiliśmy o nieskładanie kondolencji” (s. 10, 11). Można by, trawestując Gombrowicza, zapytać, ale jak pociesza, skoro nie pociesza?

Marek Rosłan z uporem odrzuca te formy kojenia siebie, które wydają mu się w jego sytuacji nieskuteczne. I nie chodzi bynajmniej o ich daremność w ogóle, ale o wynikającą z umiejętności wsłuchania się w swoje potrzeby i trudną, zwłaszcza dzisiaj, zgodę na trwanie w cierpieniu, pustce, smutku i beznadziei. Doznanie własnej obcości, wyrażone w zdaniu „czuję się jak owad […]” (s. 16), potrzeba milczenia, niechęć do kontaktów dają przestrzeń dla jednostkowych poszukiwań takich form pocieszenia, jakich w danym momencie się potrzebuje, a nie szybkiego przystawania na te, które wypada przyjąć z powodu nacisków tradycji czy uporu zatroskanych żałobą drugiego człowieka ludzi.

Te niestandardowe pomysły to samotne spacery po lasach i łąkach, wypatrywanie owadów, czytanie mitów greckich, w których, w odróżnieniu od Biblii, nadzieja metafizyczna czerpie z owadziej egzystencji. To powroty do zmarłych kobiet poprzez ich wybory lekturowe czy praktyki magiczne (chińska „Księga Przemian”), co prowadzi autora dalej na Wschód, w kierunku kultury, która udomowiła jedwabniki, stwarza przestrzeń dla owadziego hobby, a jego popkulturową wersją okazują się insektopodobne figury Pokemonów (Caterpie, Weedle, Venonat, Scyther, Pinsir). Zainspirowana przez Rosłana ląduję na stronach powiązanych z tą popularną grą, odkrywając całe grupy fikcyjnych istot inspirowanych owadami; nie da się też zbyć milczeniem obecności tych organizmów w poezji japońskiej i chińskiej, na Zachodzie najczęściej wiązanej z tradycją haiku, formy łączącej melancholię z zabawą. Kiedy otwieram świeżo wznowiony tom w tłumaczeniu Czesława Miłosza i natrafiam na wiersz Kobayashi Issy „Kiedy zniknę, / Dobrze pilnuj grobu, / Koniku polny” (Miłosz 2025: 194), wydaje mi się, że w błysku kilkunastu sylab chwytam intuicję autora „Robali”, który, by wrócić do siebie, musiał się wybrać w daleką podróż w poszukiwaniu kontekstów kulturowych dowartościowujących owadzią egzystencję, by odsunąć się od tych silnie uwewnętrznionych, straszących nią (zob. s. 17-18).

Jednym z pomysłów na uleczenie się z przytłaczającego doświadczenia nazwanego „rojem w głowie” będzie pomysł skonstruowania książki, co pozwala usytuować „Robale” w przestrzeni pisarstwa autoterapeutycznego, mocno zainspirowanego fantastyką różnego rodzaju, od Tolkiena, przez uniwersum Mortal Kombat, na grze „StarCraft” skończywszy. Eksplorowanie niezbadanego lądu straty i żałoby przypomina trochę wyprawę w nieznane, obmapywanie śladów po ukochanych osobach, ale też (z czasem) przegląd, sortowanie, a nawet pozbywanie się tysiąca rzeczy, które po nich zostały. Po drodze oczom badacza na opustoszałych wyspach ukazują się zaszyfrowane teksty („Przeglądam zeszyty pełne niezrozumiałych symboli, dziwnych żuczków. Nigdy nie powiedziała, co zapisuje swoim szyfrem, zbywała pytania machnięciem ręki. Czy znajdzie się detektyw, który rozszyfruje tę zagadkę? [s. 36]), kuszące autora niezrealizowane plany zmarłych (nienapisany doktorat babci na temat sztuki cmentarnej), rodzinne tajemnice (kaseta z nagraniem wspomnień babci z czasów wojny).

Ponieważ jednak wyprawę podejmuje entomolog-pasjonat, nic dziwnego, że doktoratowe plany babci prowadzą go do zrealizowania sondażu wśród Polaków na temat „robali”, a w jego efekcie czytelniczka/czytelnik nurkuje wraz z narratorem w książkach o owadach, autorstwa Arystotelesa, Seneki, Thomasa Moffeta, Bernarda de Mandeville’a i innych, tu znajdując liczne półprawdy oraz idealizacje dotyczące „czystej” egzystencji pszczelego roju. Sięgnięcie po związki utworu „Życie termitów” Maurice’a Maeterlincka z praktykami kolonialnymi prowadzi z kolei w gąszcz tekstów wykorzystujących owadzią metaforykę do dehumanizacji i eksterminacji ludzi („Przemiana” Franza Kafki, „Mein Kampf” Adolfa Hitlera, antysemickie artykuły autora „Pszczółki Mai i jej przygód” – Waldemara Bonselsa, prasowe wypowiedzi w trakcie konfliktu Izrael-Palestyna, Tutsi-Hutu), pokazując paradoksalną użyteczność insektomorfizacji do osłabienia przeciwnika oraz jego planowanej anihilacji. Ścieżka intelektualizowania nie przynosi jednak wyzwolenia, tylko świadomość kręcenia się w kółko, pogrążania się w treściach coraz bardziej przerażających, a nawet jakoś autoagresywnych.

To jednak nie koniec działań badawczo-poszukiwawczych; zanim jednak czytelnik i czytelniczka zostaną zaproszeni do przejrzenia wielkiego stosu żałobnych książek (od „Bezmatka” Miry Marcinów, przez „J jak jastrząb” Helen Macdonald, na „Kontenerze” Marka Bieńczyka skończywszy), do literackiej gry włączy się głos moim zdaniem najciekawszy w tej książce, najbardziej literacki, odzywający się trzykrotnie, a odróżniony od reszty graficznie za pomocą kursywy. Wybrzmiewa w najkrótszych w tomie rozdziałach: „Horror vacui”, „Trójkąt bermudzki” oraz „Imago” – pokazując za pomocą odsyłaczy do porządku psychiatryczno-detektywistycznego, przygodowego oraz poetyckiego możliwe wyjścia z impasu, poprzez budowanie samoświadomości, wolę walki oraz zrzucenie wylinki imaginalnej. Nieprzypadkowo pewnie ten głos wyłania się w pobliżu bogatego świadectwa kontaktu z jakże obfitą literaturą na temat doznania straty. Cudza żałoba pozwala własne doświadczenie zobaczyć trochę inaczej, zaprasza do poszukiwania prywatnego języka, ale też do podglądania cudzych strategii przetrwania w sytuacjach mniej lukrowanych niż popkulturowa opowieść o umieraniu. Żałoba innego człowieka daje poczucie wspólnoty, a to naprawdę sporo w naszych mocno przeindywidualizowanych czasach, chociaż stos z książek o radzeniu sobie z osobistą stratą może także nieco przygniatać, przede wszystkim z racji ich liczebności. Dlatego nic dziwnego, że dopiero film „Siedem minut po północy” w reżyserii J.A. Bayony, traktujący o chłopcu, który dojrzał do pozwolenia chorej terminalnie matce na odejście, nieco uwalnia opowiadacza „Robali” od nacisków własnej głowy (roju w głowie).

Zachwycająca wydaje mi się w tej książce umiejętność przyznania się do mało spektakularnej prawdy, iż wobec śmierci osób najbliższych wszyscy jesteśmy jak dzieci, pełne niezgody na taką kolej rzeczy, przerażone własnym osamotnieniem. „Robale” to opowieść o zyskach z regresu, z powrotu do dziecinnego pokoju po to, by wygrać wojnę i dać się ocalić przez Spider-Mana, a następnie zrobić to, co się chce, z kasetą, na której nagrane są holocaustowe wspomnienia babci z czasu wojny. I, co zupełnie wyjątkowe w czasach nieszanujących prywatności, niekoniecznie to, co się chce, oznacza odsłonięcie przed sobą i światem babcinych sekretów…

Książka kończy się jakąś formą uwolnienia od różnych kulturowych nacisków i uwewnętrznionych przymusów, otwarciem na życie, w którym dla piszącego „Robale” są nowe fotki owadów wrzucane na Instagram, wycieczki w tropiki (pod Berlin, sic!), ciepłe rodzinne relacje z żyjącymi członkami familii. A ponieważ z porządkowanych przez siebie mieszkań Marek Rosłan zostawia sobie między innymi łyżkę do zupy i duży garnek, daje tym samym nadzieję na międzypokoleniowy transfer tradycji karmienia innych oraz zatroskania o ich dobrostan, piękne dziedzictwo po ukochanych zmarłych kobietach.

Czy książka żałobna może być odrobinę zabawna, krzepiąca, kończyć się dobrze? Po lekturze „Robali” okazuje się, że może, a nawet chyba powinna, choć o powinnościach niebezpiecznie jest pisać w kontekście żałoby.

LITERATURA:

Miłosz C.: „Haiku”. Kraków 2025.

Thomas L.-V.: „Trup. Od biologii do antropologii”. Przeł. K. Kocjan. Łódź 1991.
Marek Rosłan: „Robale”. Wydawnictwo Nisza. Warszawa 2025.