NIENASYCENI (MACIEJ DUDA: 'GŁÓD')
A
A
A
„Głód” Macieja Dudy rozpoczyna trzęsienie ziemi – nagła śmierć matki, która dopiero co uprzykrzała córkom piękny, ciepły dzień. Inaczej niż w słynnym zdaniu Hitchcocka napięcie nie rośnie, a kolejne emocjonujące wydarzenia zastępują wspomnienia, powoli przywołujące niechciane uczucia. Wydarzenie aktywuje pamięć trzech bohaterek i każe im rozdrapywać niezagojone rany. Krótkie rozdziały są serią medytacji nad bólem i brakiem, tytułowym głodem, niemożliwym do zaspokojenia.
Debiut prozatorski Dudy, psychoterapeuty, krytyka literackiego i profesora literaturoznawstwa na Uniwersytecie Szczecińskim, przynależy do dwóch porządków, spójnych z osobą autora. Pierwszym jest wymiar psychologiczny. To portret nienasyconych bohaterek i bohaterów, spragnionych uczuć, miłości i zdrowych relacji. Pisarz wiarygodnie i konkretnie opisuje doświadczenia prowadzące do głodu – emocjonalnego niedoboru i braku możliwości spełnienia potrzeb. Centralną postacią powieści jest matka, chłodna i nieprzystępna, mówiąca do córek w przemocowy sposób. Nie jest ona jednak przedstawiona jako zła osoba – zresztą zło i dobro nie są kategoriami interesującymi dla psychoterapeuty. To bohaterka kontynuująca sztafetę pokoleń, która jako mieszkanka polskiej wsi rodząca tylko córki czuje się wybrakowana. „Będziesz córki rodzić” wybrzmiewa w „Głodzie” jak klątwa. W patriarchalnym społeczeństwie bohaterka jest „bez syna stracona” (s. 177), czym łatwo wytłumaczyć jej dystans wobec córek. Duda przywołuje wiele scen znanych z życia – własnego lub zapośredniczonego przez znajomych i bliskich – czym podkreśla uniwersalność przeżyć bohaterek. Osoby przedstawione w powieści są przykładami „głodu” dotyczącego wielu z nas. Na kartach kolejnych stron odbijają się powszechnie znane sytuacje, a lekturze towarzyszy grymas bólu wynikający z empatii, ale też ze skojarzeń z osobistą przeszłością. Autorowi udaje się w krótkich opowieściach zawrzeć istotę skomplikowanych relacji, jak w rozdziale „Mąka”, który dosadnie opisuje spadek odziedziczony przez córkę: „Od matki dostała tobołek. Zawiniętą przybrudzoną szmatę. Nie otwieraj, przyda się, gdy ci zabraknie. Nie wiedziała czego. Nie pytała. Co tam mogło być? Matka niewiele miała. (…) W środku była mąka. Stęchła. W niej larwy i mole. Nigdy nie marnowała jedzenia, ale nie było czego ratować. Wyrzuciły. Rozsypały. Nawet zwierzętom nie dały do koryt. Nic by z tego nie urosło” (s. 142).
Prosty, sugestywny fragment pokazuje zawiłość relacji, czyste intencje dosłownie zjedzone przez robaki i nadmierną oszczędność, cechę rozpowszechnioną wśród polskich kobiet. Dynamika „Głodu” nie rozkłada się jedynie między matkę i córki. Ważna jest również postać ojca znieczulającego się alkoholem oraz relacja samych sióstr, które między sobą testują granice moralności. Istotna jest sceneria rozgrywających się dramatów – postaci są częścią natury, istnieją w kontekście przyrody. Wiejski krajobraz, zmienność pór roku, czy istotne wydarzenia, jak śmierć ukochanego konia, odbijają się w charakterach portretowanych osób. W „Głodzie” ludzie i środowisko są jednością, łączy ich odczuwanie i delikatność wobec żywiołów. Między ciałami zwierząt i ludzi nieraz pojawia się znak równości, jak przy opisie lipcowego i sierpniowego potu, który pokrywa wszystko, czoła i karki, ale też ryje i łapy. Obserwacja przyrody jest dla bohaterek i bohaterów podstawową czynnością, bo odbija życie człowieka, to w niej można zobaczyć zapowiedź przyszłości: „Tyle razy oglądała usychające rośliny, liście tracące soki. Opadały, czerniały, szeleściły. Owoce spadały z gałęzi. Ich siniaki miękły, zjadała je pleśń, zapadały się w siebie i w ziemię. Codziennie inne wzory, brązy, czernie, zielenie, biele, błękity. Paleta zgnilizny. Śmierć postępuje, śmierć nie jest martwa. Co roku obserwowała ją w ogrodzie. Ale skąd brać siły na własną” (s. 191).
Pierwszym porządkiem „Głodu” jest zatem samo życie, obserwacja ludzi i świata, drugim jest natomiast literatura. To niezwykle erudycyjna pod względem nawiązań, inspiracji i odwołań powieść. Mimo tego, że napisana prostym językiem, złożona pod względem formy, w której widoczne jest oczytanie autora. Już same motta otwierające tom, z „Pozwól rzece płynąć” Michała Cichego i z „Snów i kamieni” Magdaleny Tulli, umiejscawiają „Głód” w kontekście ambitnej polskiej prozy – niszowej i dalekiej od oczywistości. Dużo tu mrugnięć okiem, np. w postaciach Żołnierzyków, kłócących się narratorów sprawiających wrażenie zdziwionych i nieprzystających do głównej opowieści. Dowcipna jest również postać bohatera przynoszącego książki do biblioteki, obserwatora z zewnątrz z gustem czytelniczym zogniskowanym wokół polskiej literatury, którego nie powstydziłby się sam autor. Trudno nie uśmiechnąć się przy lekturze fragmentu opisującego polskich pisarzy po czterdziestce i ich melancholijne wynurzenia, skwitowanego wymowną frazą: „Żaden Proust, a czas stracony” (s. 53). W „Głodzie” pobrzmiewają echa prozy Wiesława Myśliwskiego, ale też Olgi Tokarczuk – spisany 31 września przepis na sromotniki przywołuje skojarzenia z „Domem dziennym, domem nocnym” pisarki. Literackość tej powieści opiera się nie tyle na wielu kontekstach i nazwiskach, ile na językowej sprawności. Autor znalazł swój własny, wymagający, ale spójny z treścią język. „Głód” w ujęciu Dudy jest gorzki i cierpki, czasami doprawiony słonym smakiem potu. Powaga opowieści jest jednak zrównoważona błyskotliwą zabawą słowami, np. przy opisie pożaru „Nie był już w swoim żywiole. Pokrywał go ogień” (s. 130).
Co przeważa w „Głodzie”, życie czy literatura? Odpowiedzi dostarcza jeden z fragmentów: „Słowa się zużywają. Tracą głębię, blask, a w końcu znaczenie. (…) Tylko głód pozostaje nienasycony. Nieważne, ile razy obrócić go na języku albo odmienić przez przypadki. Głód zostaje głodem” (s. 48). Pisarzowi udało się opisać doświadczenie, które wielu osobom wydaje się niewysławialne, trudne do opisania. Tytułowy „Głód” zastępuje rozpowszechnione w pop-psychologii deficyty i braki, a językowa przystępność pozwala zbliżyć się do uczuć, które w żargonowym ujęciu wielu osobom mogą zdawać się obce. Pisarz pokazuje osoby z naszych rodzin i sąsiedztwa, które dopiero podczas lektury zaczynają nam być naprawdę bliskie.
Debiut prozatorski Dudy, psychoterapeuty, krytyka literackiego i profesora literaturoznawstwa na Uniwersytecie Szczecińskim, przynależy do dwóch porządków, spójnych z osobą autora. Pierwszym jest wymiar psychologiczny. To portret nienasyconych bohaterek i bohaterów, spragnionych uczuć, miłości i zdrowych relacji. Pisarz wiarygodnie i konkretnie opisuje doświadczenia prowadzące do głodu – emocjonalnego niedoboru i braku możliwości spełnienia potrzeb. Centralną postacią powieści jest matka, chłodna i nieprzystępna, mówiąca do córek w przemocowy sposób. Nie jest ona jednak przedstawiona jako zła osoba – zresztą zło i dobro nie są kategoriami interesującymi dla psychoterapeuty. To bohaterka kontynuująca sztafetę pokoleń, która jako mieszkanka polskiej wsi rodząca tylko córki czuje się wybrakowana. „Będziesz córki rodzić” wybrzmiewa w „Głodzie” jak klątwa. W patriarchalnym społeczeństwie bohaterka jest „bez syna stracona” (s. 177), czym łatwo wytłumaczyć jej dystans wobec córek. Duda przywołuje wiele scen znanych z życia – własnego lub zapośredniczonego przez znajomych i bliskich – czym podkreśla uniwersalność przeżyć bohaterek. Osoby przedstawione w powieści są przykładami „głodu” dotyczącego wielu z nas. Na kartach kolejnych stron odbijają się powszechnie znane sytuacje, a lekturze towarzyszy grymas bólu wynikający z empatii, ale też ze skojarzeń z osobistą przeszłością. Autorowi udaje się w krótkich opowieściach zawrzeć istotę skomplikowanych relacji, jak w rozdziale „Mąka”, który dosadnie opisuje spadek odziedziczony przez córkę: „Od matki dostała tobołek. Zawiniętą przybrudzoną szmatę. Nie otwieraj, przyda się, gdy ci zabraknie. Nie wiedziała czego. Nie pytała. Co tam mogło być? Matka niewiele miała. (…) W środku była mąka. Stęchła. W niej larwy i mole. Nigdy nie marnowała jedzenia, ale nie było czego ratować. Wyrzuciły. Rozsypały. Nawet zwierzętom nie dały do koryt. Nic by z tego nie urosło” (s. 142).
Prosty, sugestywny fragment pokazuje zawiłość relacji, czyste intencje dosłownie zjedzone przez robaki i nadmierną oszczędność, cechę rozpowszechnioną wśród polskich kobiet. Dynamika „Głodu” nie rozkłada się jedynie między matkę i córki. Ważna jest również postać ojca znieczulającego się alkoholem oraz relacja samych sióstr, które między sobą testują granice moralności. Istotna jest sceneria rozgrywających się dramatów – postaci są częścią natury, istnieją w kontekście przyrody. Wiejski krajobraz, zmienność pór roku, czy istotne wydarzenia, jak śmierć ukochanego konia, odbijają się w charakterach portretowanych osób. W „Głodzie” ludzie i środowisko są jednością, łączy ich odczuwanie i delikatność wobec żywiołów. Między ciałami zwierząt i ludzi nieraz pojawia się znak równości, jak przy opisie lipcowego i sierpniowego potu, który pokrywa wszystko, czoła i karki, ale też ryje i łapy. Obserwacja przyrody jest dla bohaterek i bohaterów podstawową czynnością, bo odbija życie człowieka, to w niej można zobaczyć zapowiedź przyszłości: „Tyle razy oglądała usychające rośliny, liście tracące soki. Opadały, czerniały, szeleściły. Owoce spadały z gałęzi. Ich siniaki miękły, zjadała je pleśń, zapadały się w siebie i w ziemię. Codziennie inne wzory, brązy, czernie, zielenie, biele, błękity. Paleta zgnilizny. Śmierć postępuje, śmierć nie jest martwa. Co roku obserwowała ją w ogrodzie. Ale skąd brać siły na własną” (s. 191).
Pierwszym porządkiem „Głodu” jest zatem samo życie, obserwacja ludzi i świata, drugim jest natomiast literatura. To niezwykle erudycyjna pod względem nawiązań, inspiracji i odwołań powieść. Mimo tego, że napisana prostym językiem, złożona pod względem formy, w której widoczne jest oczytanie autora. Już same motta otwierające tom, z „Pozwól rzece płynąć” Michała Cichego i z „Snów i kamieni” Magdaleny Tulli, umiejscawiają „Głód” w kontekście ambitnej polskiej prozy – niszowej i dalekiej od oczywistości. Dużo tu mrugnięć okiem, np. w postaciach Żołnierzyków, kłócących się narratorów sprawiających wrażenie zdziwionych i nieprzystających do głównej opowieści. Dowcipna jest również postać bohatera przynoszącego książki do biblioteki, obserwatora z zewnątrz z gustem czytelniczym zogniskowanym wokół polskiej literatury, którego nie powstydziłby się sam autor. Trudno nie uśmiechnąć się przy lekturze fragmentu opisującego polskich pisarzy po czterdziestce i ich melancholijne wynurzenia, skwitowanego wymowną frazą: „Żaden Proust, a czas stracony” (s. 53). W „Głodzie” pobrzmiewają echa prozy Wiesława Myśliwskiego, ale też Olgi Tokarczuk – spisany 31 września przepis na sromotniki przywołuje skojarzenia z „Domem dziennym, domem nocnym” pisarki. Literackość tej powieści opiera się nie tyle na wielu kontekstach i nazwiskach, ile na językowej sprawności. Autor znalazł swój własny, wymagający, ale spójny z treścią język. „Głód” w ujęciu Dudy jest gorzki i cierpki, czasami doprawiony słonym smakiem potu. Powaga opowieści jest jednak zrównoważona błyskotliwą zabawą słowami, np. przy opisie pożaru „Nie był już w swoim żywiole. Pokrywał go ogień” (s. 130).
Co przeważa w „Głodzie”, życie czy literatura? Odpowiedzi dostarcza jeden z fragmentów: „Słowa się zużywają. Tracą głębię, blask, a w końcu znaczenie. (…) Tylko głód pozostaje nienasycony. Nieważne, ile razy obrócić go na języku albo odmienić przez przypadki. Głód zostaje głodem” (s. 48). Pisarzowi udało się opisać doświadczenie, które wielu osobom wydaje się niewysławialne, trudne do opisania. Tytułowy „Głód” zastępuje rozpowszechnione w pop-psychologii deficyty i braki, a językowa przystępność pozwala zbliżyć się do uczuć, które w żargonowym ujęciu wielu osobom mogą zdawać się obce. Pisarz pokazuje osoby z naszych rodzin i sąsiedztwa, które dopiero podczas lektury zaczynają nam być naprawdę bliskie.
Maciej Duda: „Głód”. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2025 [ seria „Archipelagi”].
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

