A JA ROSNĘ I ROSNĘ... (KORZENIE RODZINNE)
A
A
A
„Nigdy nie pomyślałaś, że może tak właśnie miało się stać? Tak bardzo zniszczyliśmy tę planetę, że może coś prędzej czy później musiało ją nam odebrać. I Megan w końcu to zrobiła” – mówi pod koniec jedenastego zeszytu Loretta, jedna z głównych bohaterek „Korzeni rodzinnych”, w bezpośredni sposób wyrażając przewodnie idee powieści graficznej Jeffa Lemire’a, Phila Hestera, Erica Gapstura i Ryana Cody’ego. Idee te, konkretnie rzecz biorąc, są dwie – z każdą z nich jako czytelniczka mam pewien problem, wiedząc zarazem, że obie, mocno sprzężone ze sobą, mogą być również postrzegane jako główna siła „Korzeni rodzinnych”. Pierwsza z nich wiąże się z kobiecością, druga z ekologią. Takie połączenie mogłoby sugerować obecność w recenzowanym tomie ekofeministycznej perspektywy. Nic bardziej mylnego: głęboka wymowa „Korzeni rodzinnych” zdaje się zasadniczo odmienna od sensów otwarcie w nich deklarowanych.
Tematem powieści graficznej Lemire’a, Hestera, Gapstura i Cody’ego jest apokalipsa. Z szerokiego spektrum narracji o kresie twórcy wybrali motyw zagłady naturalnej: oto ludzkość staje na skraju zagłady w momencie, gdy kontrolę nad światem zaczynają przejmować drzewa. Nie zwykłe drzewa, rzecz jasna, lecz ich nowy gatunek, któremu początek daje ośmioletnia Megan. Kiedy dziewczynka niespodziewanie zaczyna przekształcać się w drzewo, jej brat Josh oraz matka Loretta podejmują desperacką walkę o utrzymanie dziecka przy życiu – najpierw w ludzkiej, a potem w roślinnej formie. Prześladowani przez okrutną sektę zwaną „sadownikami”, bohaterowie mogą liczyć jedynie na pomoc długo niewidzianego teścia Loretty, Judda, komunikującego się ze swoim synem Darcym (zmarłym już ojcem Josha i Megan) za pomocą drewnianej protezy dłoni. W naturze wszak nic nie ginie bezpowrotnie; co najwyżej zmienia swoją formę.
W nielinearnej narracji „Korzeni rodzinnych” sceny z „tu i teraz” bohaterów przeplatają się z licznymi retrospekcjami ukazującymi m.in. trudną miłość Judda do syna, podszyty goryczą powrót bohaterów do rodzinnego domu oraz kluczowe momenty w dojrzewaniu nastoletniego Josha do pełnienia nowych ról społecznych. Nie jest przypadkiem, że retrospekcje te na ogół dotyczą relacji rodzinnych. Z lektury „Korzeni rodzinnych” płynie bowiem jasny i do bólu amerykański przekaz, że tylko rodzina jest w stanie zapewnić człowieczeństwu przetrwanie w czasach (jakiejkolwiek) apokalipsy. W tym właśnie miejscu zaczynają się moje odbiorcze kłopoty z „Korzeniami rodzinnymi”. O ile bowiem stosunkowo łatwo przychodzi mi zaakceptowanie tej powieści graficznej jako emocjonującej, wzorcowo napisanej i rozrysowanej realizacji gatunku (post)apokalipsy, o tyle już jej wymowa ideowa stanowi twardy orzech do zgryzienia.
Na pierwszy rzut oka „Korzenie rodzinne” wpisują się w grupę narracji o silnych kobietach – matkach, które broniąc swojego potomstwa, odkrywają w sobie pokłady niespodziewanego heroizmu. Loretta zdaje się mieć wiele wspólnego z ikonami kina: jeszcze przed apokalipsą, opuszczona przez męża, walczy o byt swojej rodziny niczym Mildred Pierce; później okazuje się nie mniej skuteczna w starciu z zamaskowanymi oprawcami niż pogromczyni obcych, Ellen Ripley, a niezłomność, jaką przejawia w imię matczynej miłości, wydaje się godna samej Sary Connor.
Mimo to „Korzeni rodzinnych” nie da się zakwalifikować jako powieści graficznej w jakimkolwiek sensie progresywnej w ukazywaniu relacji między płciami. Patrząc z lotu ptaka, nietrudno dostrzec, że prezentowany przez twórców obraz kobiecości jest co najmniej niepokojący, jeśli nie wręcz negatywny. Za taką interpretacją przemawia kilka faktów, na przykład to, że rzeczniczką apokalipsy w świecie przedstawionym staje się mała Megan. Chociaż wśród ludzi-drzew pojawiają się również mężczyźni, to zarówno statystyka, jak i narracja sugerują, iż koniec świata to sprawka kobieca – roślinne „geny” zdaje się posiadać nie tylko Megan, ale także żona Josha i ich córka; w dialogach wspomina się w tym kontekście również o drugiej babci małej Jessie. Co więcej, to imperatyw ocalenia najpierw siostry, a potem matki pcha Josha ku irracjonalnym i niebezpiecznym działaniom. Mówiąc krótko: zagłada ma w „Korzeniach rodzinnych” kobiecą twarz, podobnie zresztą jak sama (matka!) natura. Jej stereotypowe utożsamienie z tym, co kobiece, nie jest może w „Korzeniach rodzinnych” zabiegiem nagminnym (w końcu na czele sekty złowrogich sadowników również stoi kobieta), niemniej jednak na tyle mocno akcentowanym, że budzi podejrzenia o skrycie patriarchalną wymowę tej historii.
W pewnym sensie stereotypowym, wyświechtanym pomysłem jest też powoływanie się na tezę, że ludzkość musi zostać ukarana za swoje zbrodnie przeciw Ziemi. W narracji tej matka natura jawi się nie tyle jako opiekunka i karmicielka, co jako bogini zemsty. I tu pojawia się mój drugi problem z „Korzeniami rodzinnymi”: jeżeli bowiem Loretta i Josh mają rację, a roślinna apokalipsa ma na celu doprowadzenie do ustanowienia nowego naturalnego porządku, to swoistym paradoksem jest to, że tego naturalnego porządku nie da się obronić bez użycia takich „dobrodziejstw” cywilizacji, jak karabin maszynowy i ostra maczeta.
Może jednak takie postawienie sprawy jest zbyt zasadnicze. Wydaje się przecież, że można odczytywać „Korzenie rodzinne” jako powieść graficzną opartą na zamyśle negocjacji kultury i natury, męskości i kobiecości. Tradycyjne ujęcia męskości są w niej wszak w pewien sposób kwestionowane: ani Judd, ani jego syn Darcy nie spełnili się jako ojcowie; obaj na pewnym etapie (choć – jak można się domyśleć – z różnych względów) porzucili swoje rodziny; obaj przeżyli głęboki kryzys, przy czym Darcy, literalnie rzecz biorąc, pod koniec swego życia przestał być mężczyzną (i człowiekiem w ogóle). W świetle trudnej rodzinnej przeszłości Loretta ma wszelkie podstawy do tego, by nie ufać mężczyznom, nawet wtedy, gdy (tak jak Judd) poniewczasie próbują jej pomóc. Perspektywa matki jest jednak całkowicie rozbieżna z perspektywą dzieci: Josh zaczyna ufać dziadkowi niemal zaraz po jego pojawieniu się, z kolei Megan, odnajdując Darcy’ego w przestrzeni zaświatów, w której spotykają się bohaterowie, którzy zmarli, zanim „zdążyli urosnąć” (to jest zamienić się w drzewo), od razu zgadza się na realizację przedstawionego przez niego planu.
Struktura rodzinnego drzewa (tak, notabene, brzmi oryginalny tytuł dzieła) jest tu zresztą zakorzeniona w wizji wielopokoleniowej rodziny, a zarazem w ikonografii bliskiej narracjom o amerykańskich pionierach: dostrzeżemy tu zarówno tradycyjne stroje farmerów, jak i otulone w czepki kobiety stojące przy kuchni. W świetle tej dość jednoznacznej symboliki można zadać pytanie o to, czym jest ów „nowy początek”, o którym wielokrotnie wspomina się w dialogach: czy rzeczywiście – jak mają nadzieję niektóre postaci – nadejściem świata, w którym ludzie i natura będą zgodnie koegzystować, czy też może raczej powrotem do tradycyjnego, patriarchalnego podziału ról społecznych, zgodnie z którym kobieta pozostaje strażniczką domowego ogniska i piastunką dzieci, podczas gdy mężczyzna poluje i pilnuje granic domowych pieleszy?
Tym, co najbardziej niepokoi w „Korzeniach rodzinnych”, wydaje się swoisty kulturowy determinizm, któremu poddają się postaci. W trudnych relacjach Loretty i jej dzieci mało jest czułości; mimo to bohaterowie robią wszystko, by nie stracić siebie nawzajem. Podobnie rzecz ma się z Juddem, który postanawia bronić synowej i wnucząt nie z powodu siły wiążących go z nimi uczuć, lecz z uwagi na to, co jako mężczyzna winien jest swojej rodzinie. W przypadku Loretty pojawia się wręcz sugestia determinizmu iście biologicznego: skrajnie nieracjonalne reakcje bohaterki w świetle (pozornej) utraty córki wydają się podszyte tezą, że miłość macierzyńska to de facto niewiele więcej niż pozarozumowy, czysto fizyczny instynkt.
Niełatwo jest przedzierać się przez „Korzenie rodzinne”. Pod powierzchnią (post)apokaliptycznej opowieści z ekologicznym kontekstem rozpościera się przestrzeń napięć związanych z definiowaniem natury i kultury, męskości i kobiecości. Niespokojna kreska, rozchwiane kadry, rozmyte kontury i przytłumiona kolorystyka doskonale korespondują z aurą niepewności, jaką przesycona jest ta powieść graficzna – niepewności nie tyle o przyszłość ludzkości, co o jej jak najbardziej dzisiejsze samorozumienie.
Tematem powieści graficznej Lemire’a, Hestera, Gapstura i Cody’ego jest apokalipsa. Z szerokiego spektrum narracji o kresie twórcy wybrali motyw zagłady naturalnej: oto ludzkość staje na skraju zagłady w momencie, gdy kontrolę nad światem zaczynają przejmować drzewa. Nie zwykłe drzewa, rzecz jasna, lecz ich nowy gatunek, któremu początek daje ośmioletnia Megan. Kiedy dziewczynka niespodziewanie zaczyna przekształcać się w drzewo, jej brat Josh oraz matka Loretta podejmują desperacką walkę o utrzymanie dziecka przy życiu – najpierw w ludzkiej, a potem w roślinnej formie. Prześladowani przez okrutną sektę zwaną „sadownikami”, bohaterowie mogą liczyć jedynie na pomoc długo niewidzianego teścia Loretty, Judda, komunikującego się ze swoim synem Darcym (zmarłym już ojcem Josha i Megan) za pomocą drewnianej protezy dłoni. W naturze wszak nic nie ginie bezpowrotnie; co najwyżej zmienia swoją formę.
W nielinearnej narracji „Korzeni rodzinnych” sceny z „tu i teraz” bohaterów przeplatają się z licznymi retrospekcjami ukazującymi m.in. trudną miłość Judda do syna, podszyty goryczą powrót bohaterów do rodzinnego domu oraz kluczowe momenty w dojrzewaniu nastoletniego Josha do pełnienia nowych ról społecznych. Nie jest przypadkiem, że retrospekcje te na ogół dotyczą relacji rodzinnych. Z lektury „Korzeni rodzinnych” płynie bowiem jasny i do bólu amerykański przekaz, że tylko rodzina jest w stanie zapewnić człowieczeństwu przetrwanie w czasach (jakiejkolwiek) apokalipsy. W tym właśnie miejscu zaczynają się moje odbiorcze kłopoty z „Korzeniami rodzinnymi”. O ile bowiem stosunkowo łatwo przychodzi mi zaakceptowanie tej powieści graficznej jako emocjonującej, wzorcowo napisanej i rozrysowanej realizacji gatunku (post)apokalipsy, o tyle już jej wymowa ideowa stanowi twardy orzech do zgryzienia.
Na pierwszy rzut oka „Korzenie rodzinne” wpisują się w grupę narracji o silnych kobietach – matkach, które broniąc swojego potomstwa, odkrywają w sobie pokłady niespodziewanego heroizmu. Loretta zdaje się mieć wiele wspólnego z ikonami kina: jeszcze przed apokalipsą, opuszczona przez męża, walczy o byt swojej rodziny niczym Mildred Pierce; później okazuje się nie mniej skuteczna w starciu z zamaskowanymi oprawcami niż pogromczyni obcych, Ellen Ripley, a niezłomność, jaką przejawia w imię matczynej miłości, wydaje się godna samej Sary Connor.
Mimo to „Korzeni rodzinnych” nie da się zakwalifikować jako powieści graficznej w jakimkolwiek sensie progresywnej w ukazywaniu relacji między płciami. Patrząc z lotu ptaka, nietrudno dostrzec, że prezentowany przez twórców obraz kobiecości jest co najmniej niepokojący, jeśli nie wręcz negatywny. Za taką interpretacją przemawia kilka faktów, na przykład to, że rzeczniczką apokalipsy w świecie przedstawionym staje się mała Megan. Chociaż wśród ludzi-drzew pojawiają się również mężczyźni, to zarówno statystyka, jak i narracja sugerują, iż koniec świata to sprawka kobieca – roślinne „geny” zdaje się posiadać nie tylko Megan, ale także żona Josha i ich córka; w dialogach wspomina się w tym kontekście również o drugiej babci małej Jessie. Co więcej, to imperatyw ocalenia najpierw siostry, a potem matki pcha Josha ku irracjonalnym i niebezpiecznym działaniom. Mówiąc krótko: zagłada ma w „Korzeniach rodzinnych” kobiecą twarz, podobnie zresztą jak sama (matka!) natura. Jej stereotypowe utożsamienie z tym, co kobiece, nie jest może w „Korzeniach rodzinnych” zabiegiem nagminnym (w końcu na czele sekty złowrogich sadowników również stoi kobieta), niemniej jednak na tyle mocno akcentowanym, że budzi podejrzenia o skrycie patriarchalną wymowę tej historii.
W pewnym sensie stereotypowym, wyświechtanym pomysłem jest też powoływanie się na tezę, że ludzkość musi zostać ukarana za swoje zbrodnie przeciw Ziemi. W narracji tej matka natura jawi się nie tyle jako opiekunka i karmicielka, co jako bogini zemsty. I tu pojawia się mój drugi problem z „Korzeniami rodzinnymi”: jeżeli bowiem Loretta i Josh mają rację, a roślinna apokalipsa ma na celu doprowadzenie do ustanowienia nowego naturalnego porządku, to swoistym paradoksem jest to, że tego naturalnego porządku nie da się obronić bez użycia takich „dobrodziejstw” cywilizacji, jak karabin maszynowy i ostra maczeta.
Może jednak takie postawienie sprawy jest zbyt zasadnicze. Wydaje się przecież, że można odczytywać „Korzenie rodzinne” jako powieść graficzną opartą na zamyśle negocjacji kultury i natury, męskości i kobiecości. Tradycyjne ujęcia męskości są w niej wszak w pewien sposób kwestionowane: ani Judd, ani jego syn Darcy nie spełnili się jako ojcowie; obaj na pewnym etapie (choć – jak można się domyśleć – z różnych względów) porzucili swoje rodziny; obaj przeżyli głęboki kryzys, przy czym Darcy, literalnie rzecz biorąc, pod koniec swego życia przestał być mężczyzną (i człowiekiem w ogóle). W świetle trudnej rodzinnej przeszłości Loretta ma wszelkie podstawy do tego, by nie ufać mężczyznom, nawet wtedy, gdy (tak jak Judd) poniewczasie próbują jej pomóc. Perspektywa matki jest jednak całkowicie rozbieżna z perspektywą dzieci: Josh zaczyna ufać dziadkowi niemal zaraz po jego pojawieniu się, z kolei Megan, odnajdując Darcy’ego w przestrzeni zaświatów, w której spotykają się bohaterowie, którzy zmarli, zanim „zdążyli urosnąć” (to jest zamienić się w drzewo), od razu zgadza się na realizację przedstawionego przez niego planu.
Struktura rodzinnego drzewa (tak, notabene, brzmi oryginalny tytuł dzieła) jest tu zresztą zakorzeniona w wizji wielopokoleniowej rodziny, a zarazem w ikonografii bliskiej narracjom o amerykańskich pionierach: dostrzeżemy tu zarówno tradycyjne stroje farmerów, jak i otulone w czepki kobiety stojące przy kuchni. W świetle tej dość jednoznacznej symboliki można zadać pytanie o to, czym jest ów „nowy początek”, o którym wielokrotnie wspomina się w dialogach: czy rzeczywiście – jak mają nadzieję niektóre postaci – nadejściem świata, w którym ludzie i natura będą zgodnie koegzystować, czy też może raczej powrotem do tradycyjnego, patriarchalnego podziału ról społecznych, zgodnie z którym kobieta pozostaje strażniczką domowego ogniska i piastunką dzieci, podczas gdy mężczyzna poluje i pilnuje granic domowych pieleszy?
Tym, co najbardziej niepokoi w „Korzeniach rodzinnych”, wydaje się swoisty kulturowy determinizm, któremu poddają się postaci. W trudnych relacjach Loretty i jej dzieci mało jest czułości; mimo to bohaterowie robią wszystko, by nie stracić siebie nawzajem. Podobnie rzecz ma się z Juddem, który postanawia bronić synowej i wnucząt nie z powodu siły wiążących go z nimi uczuć, lecz z uwagi na to, co jako mężczyzna winien jest swojej rodzinie. W przypadku Loretty pojawia się wręcz sugestia determinizmu iście biologicznego: skrajnie nieracjonalne reakcje bohaterki w świetle (pozornej) utraty córki wydają się podszyte tezą, że miłość macierzyńska to de facto niewiele więcej niż pozarozumowy, czysto fizyczny instynkt.
Niełatwo jest przedzierać się przez „Korzenie rodzinne”. Pod powierzchnią (post)apokaliptycznej opowieści z ekologicznym kontekstem rozpościera się przestrzeń napięć związanych z definiowaniem natury i kultury, męskości i kobiecości. Niespokojna kreska, rozchwiane kadry, rozmyte kontury i przytłumiona kolorystyka doskonale korespondują z aurą niepewności, jaką przesycona jest ta powieść graficzna – niepewności nie tyle o przyszłość ludzkości, co o jej jak najbardziej dzisiejsze samorozumienie.
Jeff Lemire, Phil Hester, Eric Gapstur, Ryan Cody: „Korzenie rodzinne” („Family Tree”). Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz. Mucha Comics. Warszawa 2021.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

