TŁO NA PIERWSZYM PLANIE (LYMAN PAGE: 'MAŁA KSIĘGA KOSMOLOGII')
A
A
A
Krótka książka, wielki temat – tak można byłoby określić „Małą księgę kosmologii”. We wszechświecie często bywa tak, że to, co ma niewielkie rozmiary, równocześnie charakteryzuje się znaczną gęstością. Podobnie rzecz ma się z książką Lymana Page’a, która na nieco ponad 150 stronach zawiera najważniejsze wyimki ze skądinąd dość skomplikowanej teorii mikrofalowego promieniowania tła (MPT) i dziejów jego badania.
Rzeczy, o których pisze Page, nie są łatwe do przyswojenia. Nie są też ani tak intrygujące, jak pełna paradoksów, „dziwaczna” fizyka kwantowa, ani tak spektakularne, jak – dajmy na to – fascynujące czarne dziury, niewiarygodnie jasne supernowe czy (potencjalnie gdzieś tam istniejące) tunele czasoprzestrzenne. Owszem, dowiemy się co nieco o zderzających się galaktykach – zawiedzie się jednak ten, kto oczekiwałby jakiejś dramatycznej narracji na ten temat, opowieści o nieuchronnej śmierci gwiazd i planetach pozostających na kolizyjnym kursie. Znacznie więcej miejsca poświęcono w „Małej księdze kosmologii” kwestiom niesłychanie drobnym – maleńkim różnicom temperatur i cząstkom ledwo wykrywalnym przez najbardziej czułe instrumenty. W popularyzatorskim ujęciu współczesnej astronomii i astrofizyki to, czym zajmuje się Page, stanowi – w sensie dosłownym i metaforycznym – zaledwie tło. Autor przekonuje nas jednak, że uważnie badając właśnie owo tło, będziemy być może kiedyś w stanie rozwiązać największe zagadki kosmosu i naszego w nim miejsca: „Czym jest ciemna materia? Dlaczego wszechświat zawiera niemal wyłącznie materię, a nie mieszaninę materii i antymaterii? Jaka jest fizyka najwcześniejszych chwil po Wielkim Wybuchu? Co stała kosmologiczna mówi nam o próżni? (…) MPT wciąż pozostaje dla nas nieprzebranym źródłem wiedzy i prawdopodobnie będziemy badać je jeszcze przez wiele lat” (s. 153-154).
Nie tylko przez wiele lat – chciałoby się stwierdzić – lecz także z wielkim trudem. Page nie ukrywa, że poznawanie MPT, nawet na najbardziej podstawowym poziomie, wymaga sporych kompetencji. Inaczej zatem niż wiele popularyzatorskich publikacji z zakresu kosmologii, których autorzy już na wstępie deklarują: „nie musisz znać matematyki na poziomie wyższym niż w pierwszych trzech klasach szkoły podstawowej, by pojąć, o co tu chodzi”, profesor z Uniwersytetu Princeton przedstawia wzory, wykresy i niektóre obliczenia, niezbędne do zrozumienia argumentacji, jaką posługują się badacze dowodzący fundamentalnej roli MPT w konstruowaniu modelu wszechświata, uznawanego obecnie za najbardziej przystający do obserwowalnych faktów. Nie chodzi o to, że „Mała księga kosmologii” została napisana nieprzystępnym językiem, lecz o to, że jej przystępność – przynajmniej bardzo młodym adeptom astronomii i humanistom o niezrealizowanych przyrodniczych pasjach – objawi się raczej po dobrze przespanej nocy i przy kubku mocnej kawy niż późnym wieczorem po całym dniu ciężkiej pracy umysłowej.
Wiedza, jaką zdobyli geniusze skłonni do pracy precyzyjnej, mrówczej i często niewdzięcznej, bo obarczonej dużym ryzykiem braku wymiernych efektów, ma niebagatelne znaczenie. W kolejnym rozdziałach książki Page pokazuje, ile cennych, niekiedy wręcz fundamentalnych spostrzeżeń dotyczących wieku, struktury i geometrii wszechświata zawdzięczamy badaniom MPT. Chociaż jedną z głównych konkluzji, do jakich naukowcy dzięki temu dotarli, jest to, że „wszechświat w największych skalach i na najwcześniejszych etapach swojego istnienia jest niezwykle prosty” (s. 7), to sama interpretacja danych, które pozwoliły na wysnucie takiego wniosku, wydaje się procesem niezwykle skomplikowanym. Wątkowi temu Page poświęca trzeci rozdział książki, napisany najbardziej specjalistycznym językiem, którego zrozumienia, mimo starań autora, szczególnie nie ułatwiają zabiegi polegające na szukaniu analogii z codziennym doświadczeniem czytelnika, tak jak w tym fragmencie: „W naszej analogii mapa MPT odpowiada muzyce. Nuty basowe znajdują się po lewej stronie wykresu, a nuty sopranowe po prawej, tak jak na klawiaturze pianina. Oś y odpowiada wówczas głośności każdej częstotliwości lub wysokości dźwięku. Jeśli maksimum w pobliżu 1° odpowiada środkowemu C o częstotliwości 261 Hz, drugi pik byłby ulokowany przy 635 Hz lub tuż poniżej E w następnej wyższej oktawie, a trzeci pik przy 963 Hz, tuż poniżej H. Na mapie te drugie i trzecie maksima nie są łatwo dostrzegalne dla oka, niemniej istnieją” (s. 108-109). Nie będąc ani fizykiem, ani absolwentką szkoły muzycznej, wierzę Page’owi na słowo, a gdyby komuś było mało, odsyłam do krótkiego, ale również opisowo gęstego aneksu recenzowanego tomu.
Z kolei jako badaczka kultury (audio)wizualnej chętnie pochylam się nad materiałem ilustracyjnym zawartym w książce Page’a. Oglądając kolorowe mapy fluktuacji temperatury światła i anizotropii MPT, zdjęcia świecącego pyłu w Drodze Mlecznej i Ultragłębokiego Pola Hubble’a, myślę o ostatnich filmach dokumentalnych Wernera i Rudolpha Herzogów (począwszy od „Spotkań na krańcach świata” [2007], a skończywszy na „Last Exit: Space” [2022]), których bohaterami są przedstawiciele nauk ścisłych, a swoistą wizualną kodą – generowane za pomocą specjalistycznych urządzeń i programów wizualizacje danych i zjawisk, które nie mieszczą się w ludzkim spektrum percepcyjnym. Zainteresowanie, jakim takie „kosmiczne” widoki są obdarzane w Herzogowskich projektach, wiąże się z centralną dla tego kina ideą poszukiwania nowych, niezwykłych, „nieskażonych” (to jest nieobciążonych schematami i konwencjami) obrazów, które w wysokim stopniu korespondowałyby z trudną do uchwycenia i wyrażenia kondycją współczesnej kultury. MPT dociera do nas z bezdennej otchłani czasu, z prapoczątków i z samych granic naszego wszechświata. Nie da się znaleźć obrazów (w pewnym sensie) bardziej ekstremalnych, na co dzień jednak są one ukryte przed naszym wzrokiem, w końcu nawet charakterystycznie zaśnieżony ekran telewizora (jeden z dowodów na istnienie MPT) w dobie smart-TV jest widokiem coraz rzadziej nam dostępnym.
Trochę żałuję zatem, że „Mała księga kosmologii” nie została wydana w formacie „Wielkiego kosmicznego atlasu”, który dałby mi jeszcze więcej okazji do snucia refleksji o współczesnej estetyce (i estetyzacji) nauk ścisłych. Co nie zmienia faktu, że przedstawiona przez Lymana Page’a argumentacja i szczegółowość stojących za nią badań budzą podziw i onieśmielenie. Jak się okazuje, warto czasem oderwać wzrok od spektakularnego pierwszego planu, by pojąć, jak bogate w niuanse jest to, co znajduje się w tle.
Rzeczy, o których pisze Page, nie są łatwe do przyswojenia. Nie są też ani tak intrygujące, jak pełna paradoksów, „dziwaczna” fizyka kwantowa, ani tak spektakularne, jak – dajmy na to – fascynujące czarne dziury, niewiarygodnie jasne supernowe czy (potencjalnie gdzieś tam istniejące) tunele czasoprzestrzenne. Owszem, dowiemy się co nieco o zderzających się galaktykach – zawiedzie się jednak ten, kto oczekiwałby jakiejś dramatycznej narracji na ten temat, opowieści o nieuchronnej śmierci gwiazd i planetach pozostających na kolizyjnym kursie. Znacznie więcej miejsca poświęcono w „Małej księdze kosmologii” kwestiom niesłychanie drobnym – maleńkim różnicom temperatur i cząstkom ledwo wykrywalnym przez najbardziej czułe instrumenty. W popularyzatorskim ujęciu współczesnej astronomii i astrofizyki to, czym zajmuje się Page, stanowi – w sensie dosłownym i metaforycznym – zaledwie tło. Autor przekonuje nas jednak, że uważnie badając właśnie owo tło, będziemy być może kiedyś w stanie rozwiązać największe zagadki kosmosu i naszego w nim miejsca: „Czym jest ciemna materia? Dlaczego wszechświat zawiera niemal wyłącznie materię, a nie mieszaninę materii i antymaterii? Jaka jest fizyka najwcześniejszych chwil po Wielkim Wybuchu? Co stała kosmologiczna mówi nam o próżni? (…) MPT wciąż pozostaje dla nas nieprzebranym źródłem wiedzy i prawdopodobnie będziemy badać je jeszcze przez wiele lat” (s. 153-154).
Nie tylko przez wiele lat – chciałoby się stwierdzić – lecz także z wielkim trudem. Page nie ukrywa, że poznawanie MPT, nawet na najbardziej podstawowym poziomie, wymaga sporych kompetencji. Inaczej zatem niż wiele popularyzatorskich publikacji z zakresu kosmologii, których autorzy już na wstępie deklarują: „nie musisz znać matematyki na poziomie wyższym niż w pierwszych trzech klasach szkoły podstawowej, by pojąć, o co tu chodzi”, profesor z Uniwersytetu Princeton przedstawia wzory, wykresy i niektóre obliczenia, niezbędne do zrozumienia argumentacji, jaką posługują się badacze dowodzący fundamentalnej roli MPT w konstruowaniu modelu wszechświata, uznawanego obecnie za najbardziej przystający do obserwowalnych faktów. Nie chodzi o to, że „Mała księga kosmologii” została napisana nieprzystępnym językiem, lecz o to, że jej przystępność – przynajmniej bardzo młodym adeptom astronomii i humanistom o niezrealizowanych przyrodniczych pasjach – objawi się raczej po dobrze przespanej nocy i przy kubku mocnej kawy niż późnym wieczorem po całym dniu ciężkiej pracy umysłowej.
Wiedza, jaką zdobyli geniusze skłonni do pracy precyzyjnej, mrówczej i często niewdzięcznej, bo obarczonej dużym ryzykiem braku wymiernych efektów, ma niebagatelne znaczenie. W kolejnym rozdziałach książki Page pokazuje, ile cennych, niekiedy wręcz fundamentalnych spostrzeżeń dotyczących wieku, struktury i geometrii wszechświata zawdzięczamy badaniom MPT. Chociaż jedną z głównych konkluzji, do jakich naukowcy dzięki temu dotarli, jest to, że „wszechświat w największych skalach i na najwcześniejszych etapach swojego istnienia jest niezwykle prosty” (s. 7), to sama interpretacja danych, które pozwoliły na wysnucie takiego wniosku, wydaje się procesem niezwykle skomplikowanym. Wątkowi temu Page poświęca trzeci rozdział książki, napisany najbardziej specjalistycznym językiem, którego zrozumienia, mimo starań autora, szczególnie nie ułatwiają zabiegi polegające na szukaniu analogii z codziennym doświadczeniem czytelnika, tak jak w tym fragmencie: „W naszej analogii mapa MPT odpowiada muzyce. Nuty basowe znajdują się po lewej stronie wykresu, a nuty sopranowe po prawej, tak jak na klawiaturze pianina. Oś y odpowiada wówczas głośności każdej częstotliwości lub wysokości dźwięku. Jeśli maksimum w pobliżu 1° odpowiada środkowemu C o częstotliwości 261 Hz, drugi pik byłby ulokowany przy 635 Hz lub tuż poniżej E w następnej wyższej oktawie, a trzeci pik przy 963 Hz, tuż poniżej H. Na mapie te drugie i trzecie maksima nie są łatwo dostrzegalne dla oka, niemniej istnieją” (s. 108-109). Nie będąc ani fizykiem, ani absolwentką szkoły muzycznej, wierzę Page’owi na słowo, a gdyby komuś było mało, odsyłam do krótkiego, ale również opisowo gęstego aneksu recenzowanego tomu.
Z kolei jako badaczka kultury (audio)wizualnej chętnie pochylam się nad materiałem ilustracyjnym zawartym w książce Page’a. Oglądając kolorowe mapy fluktuacji temperatury światła i anizotropii MPT, zdjęcia świecącego pyłu w Drodze Mlecznej i Ultragłębokiego Pola Hubble’a, myślę o ostatnich filmach dokumentalnych Wernera i Rudolpha Herzogów (począwszy od „Spotkań na krańcach świata” [2007], a skończywszy na „Last Exit: Space” [2022]), których bohaterami są przedstawiciele nauk ścisłych, a swoistą wizualną kodą – generowane za pomocą specjalistycznych urządzeń i programów wizualizacje danych i zjawisk, które nie mieszczą się w ludzkim spektrum percepcyjnym. Zainteresowanie, jakim takie „kosmiczne” widoki są obdarzane w Herzogowskich projektach, wiąże się z centralną dla tego kina ideą poszukiwania nowych, niezwykłych, „nieskażonych” (to jest nieobciążonych schematami i konwencjami) obrazów, które w wysokim stopniu korespondowałyby z trudną do uchwycenia i wyrażenia kondycją współczesnej kultury. MPT dociera do nas z bezdennej otchłani czasu, z prapoczątków i z samych granic naszego wszechświata. Nie da się znaleźć obrazów (w pewnym sensie) bardziej ekstremalnych, na co dzień jednak są one ukryte przed naszym wzrokiem, w końcu nawet charakterystycznie zaśnieżony ekran telewizora (jeden z dowodów na istnienie MPT) w dobie smart-TV jest widokiem coraz rzadziej nam dostępnym.
Trochę żałuję zatem, że „Mała księga kosmologii” nie została wydana w formacie „Wielkiego kosmicznego atlasu”, który dałby mi jeszcze więcej okazji do snucia refleksji o współczesnej estetyce (i estetyzacji) nauk ścisłych. Co nie zmienia faktu, że przedstawiona przez Lymana Page’a argumentacja i szczegółowość stojących za nią badań budzą podziw i onieśmielenie. Jak się okazuje, warto czasem oderwać wzrok od spektakularnego pierwszego planu, by pojąć, jak bogate w niuanse jest to, co znajduje się w tle.
Lyman Page: „Mała księga kosmologii”. Przeł. Jan Jakub Borkała. Copernicus Center Press. Kraków 2021.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

