ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 października 19 (475) / 2023

Rafał Klan,

GRA Z EUROPĄ O LEPSZE ŻYCIE PRZYPOMINA ROSYJSKĄ RULETKĘ ('ZIELONA GRANICA')

A A A
„Mylili się wszyscy (…). Mylili się ci, co pocieszali (…). Mylili się ci, co twierdzili (…). Mylili się jednak ci (…), co płakali (…). Mylili się także ci, co lamentowali (…). Mylili się (…) zawsze skorzy, by osądzić odstępcę (…). Mylili się ci, co sądzili, że znają odpowiedź. Mylili się ci, co przyznawali bezradnie, że jej nie znają. Mylili się ci, co w ogóle pytali. Mylili się wszyscy. Nie myliło się życie, nie myliła się śmierć, szamoczące się we wzajemnej nienawiści, nie myliły się razem i nie myliły się z osobna (…). Myliło się Pismo. Myliły słowa” (Płaza 2021: 99-105).

Kiedy „Zielona granica” Agnieszki Holland pojawiła się w polskich kinach, z wielu miejsc zaczęły płynąć informacje, że widzowie na filmie klaszczą. Nie, żeby jeden raz, jak to było w Wenecji, kiedy tamtejsza publiczność zwieńczyła najnowszy obraz polskiej reżyserki piętnastominutową owacją na stojąco. U nas nie tylko na koniec klaskano, ale również gdzieś w połowie filmu. Potem okazało się, kiedy spływały z polskich kin kolejne informacje, że to za sprawą Bogdana (w tej roli Maciej Stuhr), który podczas sesji terapeutycznej, nieco naćpany i pobudzony, dał upust swoim emocjom. Gdyby one jeszcze dotyczyły spraw, które doprowadziły go na terapię, pewnie byłoby to zrozumiałe. Ale nie – Bogdanowi mówiąc najkrócej – chodziło o faszyzm i nazizm (niepotrzebne skreślić), który jest już chyba wszędzie, na polskich ulicach, w polskich głowach, w decyzjach rządzących itd., itp. (widzowie klaszczą).

Przerywamy w takim razie film

Wybierając się na „Zieloną granicę” tydzień po polskiej premierze, zastanawiałem się, czy ten element obrzędu również pojawi się podczas seansu, w którym będę uczestniczył? Czy będą oklaski po tej samej scenie, czy może widownia pójdzie w awangardę i będzie chciała się wyróżnić na tle innych sal kinowych, bo przecież różnie się film odbiera, różne wrażliwości się spotykają pod jednym dachem. No nie ma tak, że wszyscy jesteśmy z tych samych domów, słuchamy tej samej muzyki, mamy w pracy te same stawki godzinowe, kupujemy buty na zimę w tych samych sklepach i wysyłamy dzieci do tych samych szkół. Coś nas przecież różni (chyba).

Okazało się, że rytuał ma się dobrze i w sumie można było odliczać od końca „trzy-dwa-jeden…”, żeby usłyszeć oklaski. A przecież logika filmu Agnieszki Holland – i od tego warto zacząć – nie na tym się skupia. Gdyby w tej scenie odnaleźć jej sens, to należałoby uznać, że reżyserka słowami Julii, terapeutki granej przez Maję Ostaszewską, mówi do nas: przerywamy w takim razie film (Julia kończy sesję terapeutyczną po słowach niezdrowo pobudzonego Bogdana), terapia nie działa, musimy to przegadać przy następnej sesji, bo teraz jesteśmy pod wpływem, tak się po prostu nie da. To droga donikąd.

Bo to film o Nich

Ten długi wstęp jest mi potrzebny, bo od samego początku, kiedy tylko okazało się, że Agnieszka Holland robi film o sytuacji na granicy polsko-białoruskiej, należało się spodziewać, że zostanie on w pewnym sensie nam odebrany. Że nie uda się pójść do kina, zostawiając za sobą jazgot przeciwników i zwolenników „Zielonej granicy”. Żeby to była chociaż kakofonia, płynąca spod piór krytyków filmowych, można by się tym nawet ekscytować. Ale w tym konkretnym przypadku chodziło o coś więcej, bo to coś więcej, to dla jednych i drugich (polityków i ich zwolenników) – Polska. A w filmie Agnieszki Holland nie chodzi o Polskę, chociaż akcja filmu dzieje się na terenie RP. Nie idzie też o to, na kogo należy zagłosować w zbliżających się wyborach do Sejmu i Senatu. Tym bardziej nie jest to film o politykach, pomimo tego, że można przez chwilę zobaczyć ich sylwetki lub usłyszeć z ekranu konkretne nazwiska. „Zielona granica” nie jest też o polskim mundurze ani o polskiej straży granicznej, pomimo tego, że film się nie wzbrania przed ich pokazaniem. Nie jest to też film o nas, chociaż i my odnajdziemy tam siebie w rozmaitych postawach, wypowiadanych kwestiach, podejmowanych decyzjach – lepszych lub gorszych, wstydliwych lub odważnych. Niemniej nie jest on o nas, bo to film o Nich, a konkretnie o Niemowlakach, Kobietach w Ciąży, Starszych i Młodszych Mężczyznach, o Dzieciach, Mężach, Żonach, o Rodzinach, o Nich wszystkich, którzy nielegalnie przekraczają granice Europy, uciekając z Syrii, Afganistanu, Maroka i innych miejsc. Oni są w „Zielonej granicy” najważniejsi. Nie ma nic ważniejszego w tym filmie. Nie ma nic istotniejszego niż ich los, o który na pewnym etapie swojego życia postanowili zawalczyć, coś w nim odmienić, na przykład wydostać się z opresyjnego miejsca lub kraju, w którym toczy się wojna. Ich celem jest Europa, a gra z Europą o lepsze życie przypomina rosyjską ruletkę.

Cztery wątki, jedna historia

„Zielona granica” skupia się na czterech, powiązanych ze sobą wątkach fabularnych. Akcja filmu zaczyna się w październiku 2021 roku. Na pierwszym planie mamy rodzinę z Syrii (żona, mąż, troje małych dzieci, dziadek) oraz Afgankę, która po tym, jak Amerykanie oraz ich sojusznicy wycofali się z Afganistanu, postanowiła stamtąd uciec. Lecą skądś samolotem, prawdopodobnie z Turcji, lądują w stolicy Białorusi i stąd próbują przedostać się nielegalnie do Polski. Zetkną się tam ze Strażą Graniczną (SG), stąd obok dramatycznego losu uchodźców śledzimy również historię Jana z SG. W tak rozłożonych akcentach muszą pojawić się aktywiści i stanowią oni trzeci ważny element filmu. Na końcu poznajemy wspomnianą wcześniej Julię, psycholożkę, która rok wcześniej straciła męża z powodu COVID-u. Opuściła w związku z tym wielkomiejskie życie i przeniosła się na Podlasie, mieszka blisko granicy polsko-białoruskiej. Jej pierwszy kontakt z uchodźcami okaże się dla niej samej wstrząsający, a w efekcie niezwykle dramatyczny. To spotkanie sprawi, że Julia dość radykalnie zmieni swoje życiowe priorytety.

A jak są bestie

Film trwa dwie i pół godziny. Przez pierwsze dziewięćdziesiąt minut zostajemy wrzuceni w sam środek koszmaru. Mamy tutaj wszystko, co ludzkie i nieludzkie. Nadzieje i nieskrywaną radość uchodźców po przekroczeniu polskiej granicy. W końcu to Unia Europejska, międzynarodowe przepisy, konwencja genewska, procedury i takie tam. Jednym słowem – raj. Potem mamy zwrot akcji i nasi bohaterowie lądują po stronie białoruskiej. Tutaj z kolei nie ma już tak różowo, a właściwie jest bardzo źle. I z każdą następną sceną coraz gorzej. Białoruscy pogranicznicy biorą udział w jakiejś innej rozgrywce, która nie przypomina filmu rodzinnego z happy endem, a raczej horror, w którym występują bestie. A jak są bestie, to nie ma Boga, humanizm umarł, biblioteki spalono, nie ma skąd czerpać innych wzorców, nie ma nad czym usiąść i pogadać, nie wiadomo nawet, czy ziemia jest jeszcze okrągła, czy raczej jest już płaska. I tak w kółko. W pewnym momencie odnosi się wrażenie, że strony polska i białoruska w filmie Agnieszki Holland nakręcają się wobec siebie coraz bardziej. Nie mogą sobie jednak zrobić krzywdy, bo wywołałoby to poważne konsekwencje, może nawet międzynarodowe, może wojnę, kto wie. Krzywdzą więc uchodźców, bo gdzieś zła energia musi znaleźć ujście.

Ten wątek nam się należy

Ostatnia godzina filmu nieco wyhamowuje emocje. Dla samej kompozycji filmu, jak i dla widzów, to raczej dobra wiadomość. Wtedy właśnie na scenę wchodzą aktywiści, a w konsekwencji dalszych wydarzeń, Julia. Ma to swoje znaczenie dla samej logiki filmu, ponieważ do tego momentu można odnieść wrażenie, że coś się takiego zmieniło w powietrzu, że nie tylko ciężej się oddycha, ale że po prostu brakuje tlenu. I ten tlen podaje nam reżyserka, mówiąc mniej więcej tak, że owszem, przeżyliśmy/przeżywamy z głównymi bohaterami piekło, ale świat jest jakoś tak poukładany, że nawet w tym miejscu, w którym nie chcieliśmy się znaleźć, jest nieco światła, ciepła i dobroci. I nośnikami tych uczuć są ludzie po polskiej stronie, którzy niosą pomoc uchodźcom. Owszem, nie mogą ich zabrać do swoich lub cudzych domów, aż tak dobrze nie jest, ale mogą ich nakarmić, przyodziać, porozmawiać, przytulić.

I prawdę mówiąc, ten wątek nam się należy, którzy przyjechaliśmy samochodami na ten film, kupując wcześniej bilety drogą online. Należy nam się chwila oddechu. Na drugi dzień idziemy przecież do pracy i kupimy po drodze ulubione kanapki w czystej i schludnej piekarni.

To jak to jest w końcu?

Film jest czarno-biały i w niektórych omówieniach przyrównuje się ten wybór reżyserki do tego, w jaki sposób pokazuje wydarzenia, mające miejsce na granicy polsko-białoruskiej. Mówi się o tym w takim znaczeniu, że przecież uchodźcy to nie tylko przyjazna, miła syryjska rodzina i sympatyczna Afganka. Że problem jest bardziej złożony, że brakuje niuansowania tej sytuacji, że nie można pomijać faktu, że nie chodzi tylko o granice, bo rzecz idzie o bezpieczeństwo Polski, a w tle całej Europy. Bo co to by było, gdyby każdy mógł sobie nielegalnie przekroczyć granicę, a za chwilę by się okazało, że to niebezpieczny terrorysta? A film o tym milczy, więc jak to jest w końcu? Można tak przymknąć oko na migranta z obcego kraju i za chwilę przeczytać w mediach, że doszło do tragedii? Naprawdę tego chce Agnieszka Holland? Mówi się też, że ten lub inny profesor ma na ten temat wiedzę w jednym palcu, bo zajmuje się tymi sprawami od lat, i świat tak nie wygląda, jak go przedstawia polska reżyserka. No i Straż Graniczna po polskiej stronie, pokazana w „Zielonej granicy”, chlejąca wódę, wulgarna, seksistowska, rasistowska to kompletna zniewaga. Wszyscy tacy są? Większość? Czy może jakieś pojedyncze przypadki? Czy jak?

Życie się nie myli

Gdyby Agnieszka Holland opublikowała rozprawę naukową o uchodźcach, pewnie część tych zarzutów miałaby sens. Ale jak wiadomo, nie mamy w tym wypadku do czynienia z habilitacją, podnoszącą stopień naukowy ambitnego pracownika naukowego. Jak często w swoich recenzjach powtarza Tomasz Raczek, w filmie tworzy się fikcję, nieprawdę w tym celu, by powiedzieć coś prawdziwego o świecie. Nie na odwrót.

Owszem, Agnieszka Holland wyostrzyła, być może do granic możliwości, postawę polskich pograniczników. Tak często robią filmowcy, czego najlepszym przykładem w Polsce jest Wojciech Smarzowski. Ale w tym kontekście to porównanie jest nieco na wyrost, nawet wtedy, kiedy mówi się, że wieje smarzowszczyzną u Holland w wątkach pokazujących przedstawicieli polskich służb mundurowych. Smarzowski stosuje tę zasadę niemal w każdym filmie, u Holland tak czasami bywa, ale za każdym razem najważniejsze akcenty jej filmów są ulokowane w innych miejscach. W Zielonej granicy” ten kontrast, jaki się rysuje między bezwzględnymi pogranicznikami a uchodźcami, kieruje snop światła w ostatecznym rozrachunku na tych ostatnich. Dzięki temu jesteśmy w stanie lepiej i dokładniej dostrzec ich życie. A życie się nie myli.

LITERATURA

M. Płaza: „Golem”. Warszawa 2021.
„Zielona granica”. Reżyseria: Agnieszka Holland. Scenariusz: Maciej Pisuk, Gabriela Łazarkiewicz-Sieczko. Obsada: Jalal Altawil, Maja Ostaszewska, Behi Djanati Atai, Tomasz Włosok, Mohamed Al Rashi, Dalia Naous. Polska, Czechy, Francja, Belgia 2023, 150 min.