ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 września 17 (497) / 2024

Sławomir Płatek,

WIERSZE

A A A
Jamnik

Nie wiem gdzie się podział.


Mam z nim zdjęcie, był w krynickim parku,

bodaj mosiężny, bohater tysiąca i jednej


kiczowatej fotografii. Rzadka okazja


siedzieć na jamniku. Poszedł sobie?


Zyskał gust i wolność? Wokół sporo knajp,


nieźle karmią, poją. Ja bym tak nie wytrzymał.


Niedaleko posadzili metalowego Nikifora.


I psa. Ale nie wiem


czy to ma jakiś związek.


 


Pogranicze II

Czasy były podłe i ta knajpa


również. Przemytnicy, zbóje, leśne dziady,


szynkarz nie odzywał się nigdy. Nalewał,


chyba nawet czytać nie umiał, ale chłop


jak dwóch albo trzech.




I raz przyszedł tam dzik. Normalnie, dzik,


nic nie mówił, bo dziki nie mówią po ludzku,


szynkarz też nic nie mówił, chociaż chyba umiał,


nawet po świńsku. Nalał piwa, dzik wypił i poszedł.




Potem wracał, czasem przyniósł zająca,


czasem kartofla, chyba chciał tak płacić.


Szynkarz nie pytał, dzik nie mówił.




Raz przyszedł i został tydzień, chlał na umór,


gadali, że ktoś mu umarł, czy locha go rzuciła,


trudno stwierdzić, szynkarz nie pytał, dzik pił.




Potem rzygał i trzeźwiał dwa dni


i coś mu się zrobiło. Racice mu się trzęsły,


wszystkiego się bał, nie mógł przejść dwóch kroków,


wlókł się w krzaki z godzinę i tylko kwiczał.


I wtedy podobno szynkarz się odezwał. Powiedział:


zantropomorfizował się.


I odtąd było znów jak dawniej.


 


Niedziela

Krowy leżą, nie spieszą się,


jest dzień wolny, pochmurno. Każda


z nich przypomina Lackową. Kot dla odmiany


rozłożył się jak Chełm widziany z Kąclowej.


Ze wszystkich teorii czasu pozostaje


czas geologiczny, z wszystkich punktów widzenia


jest jakby nieruchomy. Nawet deszcz


zawisł sobie i tak wisi. Aż nie wypada


puentować wiersza.


 


Grybów, 18:04

Za minutę ostatni autobus,


posezonowa wyprzedaż godzin,


towarów, uszczupla sklepy i knajpy.


Wrzesień, miasto zyskuje przeszłość




w miejsce tymczasowości. Wyglądam staro,


ale to dlatego, że dużo się martwię.


To żaden dyshonor,


tylko martwi się nie martwią, nie przeżyjesz


jesieni tak naprawdę, z dobrodziejstwem,


jeśli bez zmartwienia. Czas


brać pełnymi garściami. Za minutę


ostatni autobus do Berestu, chwila czekania.


Nic więcej w tej minucie się nie zmieści,


reszta zostaje.