ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 października 20 (500) / 2024

Kamila Czaja,

STUDIUM W GRANACIE (JONKA, JONEK I KLEKS. WYDANIE JUBILEUSZOWE. TOM 1)

A A A
Na pięćdziesiąte urodziny Kleksa Egmont zaplanował piękny prezent dla fanów i fanek atramentowego ducha. Trzytomowe, niechronologiczne, ale formalnie i treściowo bogate, jubileuszowe wydanie to dla osób ceniących polską komiksową klasykę wydarzenie. Po lekturze dostępnego już tomu pierwszego, całe dekady od moich pierwszych spotkań z Kleksem, mam jednak obawy, że przy całej obfitości publikacja ta niekoniecznie poszerzy grupę odbiorczą dzieł Szarloty Pawel.

Tom zawiera dwa długie rozdziały znane z wydań albumowych – i już na tych przykładach widzę, jak wiele w odbiorze może zależeć od wspomnień. Okazało się, że „Przygody Jonki, Jonka i Kleksa” (1980) były częścią mojego dzieciństwa nawet bardziej, niż mi się wydawało. I chociaż dziś czytam je z odrobiną wstydu, że wtedy, podczas podstawówkowych lektur, byłam przekonana, że autor to „jakiś Paweł”, to równocześnie ze wzruszeniem odkrywałam tu kadry, które pamiętam zaskakująco dobrze. Pamiętam też emocje, które teraz wróciły – zawsze bowiem było mi strasznie smutno, kiedy ci wszyscy Szkoci biegli na brzeg, sądząc, że wróciła ich Nessie (chociaż dzisiaj lepiej rozumiem barejowską niemal satyryczność hasła: „Dzieci z kwiatami do przodu” [s. 73]), i gorzko się rozczarowywali. Współczułam też ptasiemu rodzicowi, podejrzewającemu się o halucynacje, gdy w gnieździe znajdował Kleksa (zob. s. 82). Uwielbiałam historyjkę „Czarodziejski flet” (te wizje grania na rurze z gazem czy wezwania do pamiętania o mysiej babci!). Nauczyłam się z tych opowiastek, czym są telepatia i akcja „Niewidzialna ręka”. Jednak już „Porwania księżniczki” (I wyd. 1982-83, wyd. uzup. 1985) nie pamiętałam, w efekcie czytałam je jak relikt minionej epoki.

Nie przeczę, dzieje się mnóstwo zarówno w „Przygodach…”, złożonych z epizodów, w których Jonka, Jonek i Kleks wykorzystują wyobraźnię i pomysłowość, by przeżyć coś wyjątkowego, jak i w ciągłej narracji o tytułowej księżniczce, marynarzach, twierdzy etc. (tu nie mogę pominąć fragmentu, który mnie faktycznie urzekł, mianowicie tego o więźniu obsesyjnie bojącym się jabłuszek). Jednak mimo że bez problemu uwierzyłam na słowo, że komiksy Pawel stanowiły barwny wyłom w szarej rzeczywistości PRL-u, a sama w latach 90., mimo że bywały aż za barwne, by nie rzec: pstrokate, lubiłam tę serię, to jakoś nie mogę sobie wyobrazić, żeby współczesne dzieciaki, mając taki wybór rozrywek, sięgnęły właśnie po dość grzeczne, z dzisiejszej perspektywy pewnie wręcz nieco naiwne, losy Kleksa. W każdym razie nie te dzieciaki w wieku Jonki i Jonka (w jednym w komiksów są w klasie VII).

Może jednak jest dla Kleksa szansa w międzygeneracyjnej wspólnej lekturze? Jeśli ludzie dorastający w latach 70., 80, ewentualnie 90. sięgną po ten tom, mogą poczuć potrzebę podzielenia się swoimi emocjami z młodszymi. Oby tylko nie skończyło się jak w przedrukowanym w „Posłowiu” komiksie (1992), w którym Kleks jest dziadkiem, a wnuczęta nie chcą słuchać o jego przygodach, bo „znowu będzie ględził” (s. 274). Ale na przykład „Na wakacjach” (tu w wersji ze „Świata Młodych” z 1979 roku, albumowa pewnie pojawi się w „Złocie Alaski” w tomie II) jakoś i dziś się chyba broni, nie tylko atmosferą lata spędzanego na obozie, ale też absurdem wątku kosmitów – bawi mnie, choć też zupełnie niedziecięco, że o ufoludkach wypowiada się profesor ekonomii, bo reszta na urlopie (zob. s. 138), a sam kosmita z pobytu na naszej planecie, a konkretnie w Polsce, wyciąga wniosek: „widły są chyba waszą ulubioną białą bronią” (s. 139).

Jeżeli młodzi dziś tego „nie kupią”, starszym pozostanie rozkoszowanie się znajomymi sprzed dekad historiami oraz podziwianie pozostałych atrakcji tomu. Można choćby porównać, jak Kleks albumowy zmienił się w stosunku do gazetowej, czarno-białej serii drukowanej w „Świecie Młodych” (1974), ale też to, jak kolorowa już seria z lat 1977-1978 również zmieniała się w późniejszych albumach – Pawel często bowiem pomysły z czasopisma dopracowywała, modyfikowała w książkowych publikacjach. Wyrazisty przykład stanowi „Kleks i złota rybka” (1989). Przy czym – choć to może moje starcze problemy ze wzrokiem – trudno się czyta gazetowe historyjki, bo poszczególne kadry są niewielkie. Ciekawostką, aczkolwiek pewnie dla koneserów i koneserek, są też przykłady „użycia” popularności Kleksa w szczytnym celu: czy to do ukazywania w formie kalendarza zuchowych aktywności („Zuchowe sprawności [1981]), czy to do promowania SKO (z dzisiejszej perspektywy nieznośnie dydaktyczna „Tajemnica VIIb” [1990]). Frajdę sprawić może zamieszczona na końcu „Galeria okładek”, wywołująca kolejną falę ciepłych wspomnień.

Ważne elementy tomu to wstęp Adama Radonia, w tej sytuacji słusznie pomnikowy, świadczący o znajomości tematu, nawet jeśli może nieco zbyt przewidywalny we frazach, i posłowie Macieja Jasińskiego, któremu w stosunkowo krótkim tekście udało się zarysować i biografię Pawel, i sporo kontekstów, i niuanse dla osób na zaawansowanym poziomie „kleksologii”. Trochę nie wiem, co zrobić z wiedzą, że istnieją komiksy erotyczne z Kleksem, (zob. 260, 261), za to na moje postrzeganie popularności jego nieerotycznych przygód wpłynęło przypomnienie – o czym, przyznam, nie myślałam wcześniej – że Pawel zaproponowała wreszcie wyrazistą postać dziewczynki w polskim komiksie, zdominowanym przez chłopców (zob. s. 264).

Jeśli więc nie uda się dziś zafascynować kolejnych pokoleń Kleksem, to i tak inicjatywa jest szczytna. Szarlota Pawel, pod wieloma względami pionierka, zasługuje na szacunek. A kolekcje fanów i fanek rodzimej klasyki wzbogacą się takim wydaniem, w których na każdej stronie widać, że właśnie z szacunkiem zostało wymyślone i zrealizowane.
Szarlota Pawel: „Jonka, Jonek i Kleks. Wydanie jubileuszowe. Tom 1”. Egmont. Warszawa 2024.