MAŁY TERRORYSTA CZY TERROR GRZECZNOŚCI? (MICHAŁ R. WIŚNIEWSKI: 'ZAKAZ GRY W PIŁKĘ. JAK POLACY NIENAWIDZĄ DZIECI')
A
A
A
Na Facebooku wyświetla mi się mem, w którym paskudny Yoda maszeruje z walizeczką i książkami pod pachą, dopisek: „niedługo na tablicach wszystkich »mój aniołek zaczyna szkołę«”. Boki zrywać. Ten spotwarzający dzieci i szydzący z rodziców zakochanych w swoich potomkach obrazek utwierdza mnie w przekonaniu, że temat społecznego statusu dziecka jest aktualny i gorący. Cieszę się więc, że stał się przedmiotem książki Michała R. Wiśniewskiego „Zakaz gry w piłkę. Jak Polacy nienawidzą dzieci”.
Autor, dla którego w wielu miejscach mentalnym patronem jest Janusz Korczak, dopomina się w niej o szacunek wobec dzieci, czyniąc centrum narracji dziecko zanurzone we współczesnej kulturze. Naświetla temat z wielu perspektyw. Zwraca więc uwagę kolejno na memetykę i hasła, które wtłaczają dziecko w nieprzychylne schematy (por. „bunt dwulatka”), na przemoc wobec dzieci, która jest wynikiem właśnie braku szacunku, czy na niebezpieczne żarty („Beka z bachora”), które mogą wybranych odbiorców utwierdzać w przekonaniu, że ich niechęć wobec dzieci ma jednak solidne podstawy. Obnaża praktyki dehumanizacji dzieci, którym coraz wyraźniej odmawia się prawa do przebywania w miejscach publicznych, a także miejską przestrzeń, która nobilituje samochody, odbierając wolność dzieciom. Wiśniewski apeluje także o rozsądne podejście (nieprzejaskrawione) do korzystania młodzieży z technologii i dobór dziecięcej literatury uwzględniającej perspektywę dziecka, a nie upodobania rodzica. Marzą mu się również systemowe rozwiązania dotyczące dostępu do dobrej edukacji blisko domu. Podaje pod rozwagę konstrukcje i dostępność placów zabaw i zabawki jako klucz do dziecięcego rozwoju, a w podejściu do odżywiania – postuluje zaangażowanie dziecka w wybór (zakupy) i jedzenie tego, co dorośli. Przypomina o seksizmie i nawołuje do szacunku wobec dziewczynek. Wreszcie obwieszcza koniec epoki ojców, którzy powinni przestać wchodzić w rolę niekompetentnych i stawać się raczej drugimi matkami. Dotyka coraz większej niechęci do posiadania dzieci, kończy zaś na tym, że dzieci są nadzieją na przyszłość: „Prawdziwa protopia musi być prodziecięca” (s. 298). Wszystkie te rozważania skąpane są w gęstym sosie popkultury, dyskursu publicznego, a także źródeł naukowych.
Zacznijmy od komunikacji, od tego, jak mówimy do dzieci i o dzieciach. Wobec niektórych z cytowanych przez Wiśniewskiego przykładów wydaje się, że tytułowa nienawiść to jednak za duże słowo (oczywiście w tytule – perswazyjne), częściej mamy do czynienia w opisywanych zdarzeniach z nieporadnością – zwłaszcza gdy mówimy o tym, jak rodzice dyscyplinują własne dzieci, do których rzadko jednak odczuwają tak silne negatywne emocje. Nawet kiedy mają świadomość, jak należy traktować dziecko (patrz: coraz popularniejsze dziś tzw. świadome, refleksyjne rodzicielstwo czy nurt bliskości), zdarzają się wpadki, powielanie błędów własnych rodziców; klisze, utarte schematy łatwiej trafiają na język w codziennej krzątaninie. W tych momentach wywód autora pełen oburzenia taką też reakcję może wywoływać. Stawia bowiem nierealistycznie wysokie wymagania i każe rodzicom, a także wszystkim, którzy mają z dziećmi do czynienia, nieustannie mieć się na baczności i pilnować języka. Tym samym dzieci – doświadczając dyskryminacji – borykają się z problemami językowymi każdej grupy w drodze do emancypacji, do wychowania wchodzi jakaś pokraczna odmiana poprawności politycznej. Zgodzić się należy natomiast z postulowaną odpowiedzialnością memetyczną: uważnością na to, jakie słowa wprowadzane są do obiegu (zob. s. 34-38). Tutaj warto dorzucić też etykiety, które przykleja się do dzieci w rzekomo satyrycznym dyskursie internautów: ‘terrorysta’, ‘bachor’ (a także niewspominane przez autora ‘bombelek’, ‘gówniak’, ‘kaszojad’…), a które, trafiając na podatny grunt, tworzą lub umacniają negatywny obraz dziecka i stanowią „dowody niechęci, antypatii, nieżyczliwości, nieprzychylności – albo odrazy, wstrętu, pogardy i awersji” (s. 303), por. „(…) Steward Lee wyjaśnił kiedyś, ze unika ironicznych żartów z mniejszości, bo chociaż jego publiczność zrozumiałaby konwencję, to mogłyby się nieironicznie spodobać niewłaściwym ludziom” (s. 81).
Za wartościowe uznaję obserwacje dotyczące postrzegania obecności dzieci w miejscach publicznych, por. „Dziecko w miejscu publicznym traktowane jest jako złośliwość, którą jego rodzice czynią społeczeństwu, a nie jako jego członek, który z racji warunków – w tym wypadku młodego wieku – wymaga specjalnego traktowania i życzliwości” (s. 98). Autor zwraca też uwagę na argumentację w dyskusji dotyczącej tworzenia miejsc bez dzieci: „To coś, co odróżnia szwedzką dyskusję od polskiej. W naszej udział wzięli prawnicy, przypominający o zakazie dyskryminacji, mówiło się o prawie rodziców do przyjścia z dziećmi, ale zabrakło takiego głosu, który by przypominał, że żyjemy w społeczeństwie i dzieci są jego elementem, a nie tylko problemem rodziców” (s. 100).
Za Elisabeth Young-Breuhl (2012) zauważa, że w uprzedzeniach dotyczących dzieci tkwi przyczyna przemocy względem nich, jako jedyna grupa społeczna uznawane są bowiem za podporządkowane z natury (tutaj chyba jednak należałoby dodać osoby z niepełnosprawnością psychiczną). Dzieci jako jednostki słabsze dają poczucie władzy, negatywne emocje wobec dziecka stanowią łatwą drogę do uzyskania poczucia wyższości (zob. s. 105). Zauważmy za autorem, że nie tak łatwo oburzamy się i zwracamy uwagę, kiedy źródłem hałasu czy innych uciążliwości są w miejscach publicznych nastolatkowie czy starsi mężczyźni.
Zdecydowanie mamy też wobec dzieci zbyt wysokie oczekiwania: „Dorośli domagają się od dzieci zachowania, które dla nich samych jest trudne. Na przykład oczekują, ze dzieci będą się błyskawicznie uczyć zasad. Każdy pewnie zna dorosłego, który nie potrafi zmienić jakiegoś swojego złego zachowania, wyzbyć się denerwującego zwyczaju (…). A od dziecka wymagamy, by dało się zaprogramować, i to za pierwszym razem! Nawet komputery tak nie działają, pojawiają się błędy, program trzeba poprawić, przeanalizować, poświecić mu więcej uwagi. To właśnie dehumanizacja mechanistyczna, którą widać w traktowaniu dziecka jak tostera – maszyny pozbawionej uczuć. Zapominamy, ze to młody ludzki organizm, który dopiero poznaje świat, i to na warunkach dyktowanych przez jego rozwój neurologiczny” (s. 92).
W tym miejscu można by pójść kilka kroków dalej i zastanowić się, skąd bierze się niechęć wobec dzieci i jak świadczy o naszej kulturze (egocentryzm, indywidualizm?). Szczególnie brakuje zwrócenia uwagi na utratę społecznego kontaktu z dzieckiem, której jesteśmy dziś świadkami, a którą można wiązać m.in. ze zmianą modelu rodziny i brakiem kontaktu wielu dorosłych z małymi dziećmi w rodzinie, czyt. z nieznajomością dziecięcej natury, która skutkuje wrogą postawą względem niesfornego zachowania i obwinianiem rodzica o to, że jego dwulatek nie opanował jeszcze zasad savoir-vivre’u.
Wiśniewski stawia w stan oskarżenia i surowo ocenia cały szereg ludzkich wyborów związanych z dziećmi. Krytykuje rozmaite decyzje rodziców, od używania katarka przez otaczanie dzieci pastelowymi kolorami po wielodzietność: pyta wręcz, czy beztroskiej prokreacji nie należy uznać za formę przemocy wobec dzieci (zob. s. 278). Pojawiają się też nuty sentymentalne, tęsknota za utraconym dzieciństwem w stylu „Dzieci z Bullerbyn”. Autor wydaje się cenić taki rodzaj beztroski i samodzielności daleko ponad dzisiejsze „rodzicielstwo helikopterowe” (por. też curling parents [s. 52]), w którym rodzice nieustannie „krążą” nad dzieckiem. Mówi też o toksycznym terrorze grzeczności – tak naprawdę zakazie bycia dzieckiem, który ma oddawać tytułowy zakaz gry w piłkę.
W opisie bezdzietności również daje się odczuć krytykancki ton. Wątek świadomej bezdzietności zresztą warto byłoby pogłębić, autor opisuje zjawisko cichej rezygnacji z rodzicielstwa (quiet quitting), jednakże pomija aspekt uspołeczniania bezdzietności, organizowania się ludzi wokół tego tematu, por. np. blog Bezdzietnik, w którym wątki te są rozpracowywane przez osoby, które nie chcą mieć dzieci – i którego wielu czytelników deklaruje, że dzieci nie lubi. Nawiasem mówiąc, jego autorka, Edyta Broda, zauważa, że w książce Wiśniewskiego dostaje się wprawdzie bezdzietnikom – którym zarzuca się poczucie wyższości, przede wszystkim jednak dostaje się rodzicom (zob. Chwatka Niematka 2024). Uspołecznianie bezdzietności widoczne jest także, gdy pod lupę weźmiemy grupy dyskusyjne skupiające bezdzietnych z wyboru – wydaje się, że dziś mamy do czynienia z dyskursem emancypacyjnym, bezdzietni stanowią kolejną grupę, która dąży do wyodrębnienia się, zaznaczenia swojego świadomego istnienia. Dyskurs emancypacyjny bowiem „odnosi się do indywidualnych bądź grupowych podmiotów, zdobywających samowiedzę, wolność od narzucanych im kategoryzacji (tożsamości, ambicji, celów etc.) oraz zdolność do samostanowienia” (Nowicka 2014: 235). Warto wspomnieć tu choćby o świętowaniu Międzynarodowego Dnia Bezdzietności z Wyboru (1 sierpnia) czy organizowaniu spotkań dla tej grupy (Zlot Wielbicieli Bezdzietności).
Wiśniewski potępia też antynatalistów, tu jednak argumenty wydają się przekonujące: „Każda niechęć do rozmnażania pielęgnowana jako ważny element tożsamości prędzej czy później przerodzi się w niechęć do rodziców, dzieciofobię, w podważanie prawa do ich obecności w przestrzeni publicznej i tak dalej. Kiedy się myśli o dziecku jedynie jako rezultacie czyjegoś (błędnego!) wyboru, łatwo wpaść w pułapkę myślenia, że skoro ja nie chciałem mieć dziecka, to inni też mogli nie chcieć. Nie ustąpię miejsca ciężarnej, nie przepuszczę wózka. Sama chciała, to teraz ma!” (s. 282).
Rozprawia się także z posiadaczami „psiecka”: „Postrzeganie psa czy kota jako członka rodziny (…) jest dość naturalnym odruchem. Unoszę nieco brew, gdy ów kot albo pies jest traktowany jak dziecko, bo wydaje mi się to nieco upupiające – toż to są przecież dorosłe osobniki!” (s. 273). Krytykując porównywanie psów i dzieci, stawia ważkie pytanie: „czy to antropomorfizacja zwierzątka czy dehumanizacja antropomorficzna dziecka?” (s. 275).
Autor nie pozwala się rozsiadać w samozadowoleniu z własnych poglądów i zdaje się kierować ostrza krytyki w stronę każdego niemal dorosłego. Wyrozumiałość, z którą traktuje dzieci, kończy się na młodzieży, której technologiczne otoczenie usprawiedliwia i akceptuje, zgrabnie brzmi np. nazwanie gier sieciowych współczesnym trzepakiem (zob. s. 201), ale może właśnie dorośli wyrozumiałości nie potrzebują, mając za dużo wymówek i usprawiedliwień dla złego traktowania dzieci. Przekaz musi być mocny i wyrazisty, aby odbił swoje piętno na naszych schematach i ścieżkach myślenia, aby wywołał jakiś ferment.
Jako że wszystko jest komunikacją, pole rozważań rysuje autor niezwykle szerokie, wchodzą tu: bajki, filmy, seriale, książki, zabawki, organizacja miast, publicznych przestrzeni. Bogactwo przykładów, porównania polskich rozwiązań do tych, z którymi zetkniemy się w krajach zachodnich (głównie w Berlinie i Sztokholmie), działają niezwykle orzeźwiająco i pokazują kierunek, w którym moglibyśmy podążać, chcąc stać się nacją bardziej przyjazną dzieciom. Miejscami subiektywizm autora wydaje się zaciemniać obraz rzeczywistości. Podejmowane tematy cechuje niezwykła zawiłość, on zaś próbuje je sforsować bezkompromisowo i, z rzadka, ale jednak, wpada we własne sidła: oto, kiedy opisuje dzieci na polskim placu zabaw, twierdzi, że rodzice siedzą z nosami w telefonach albo pochłonięci są rozmowami z sąsiadami i od czasu do czasu kierują tylko do dzieci napomnienia, w opisie rodziców niemieckich „pozostawanie w cieniu” jest waloryzowane pozytywnie i uczy dzieci samodzielności. O tym, co robią wtedy owi rodzice zza Odry, milczy. Nawiasem mówiąc, kiedy polski rodzic nie upomina co chwilę dziecka, szybko zarzuca mu się, że się dzieckiem właściwie nie zajmuje.
Rażącym przykładem subiektywizmu, czepialstwa, naciągania faktów pod tezę i – co tu dużo mówić – po prostu złej interpretacji autora jest podsumowanie opowiadania „Basia i piłka nożna” Zofii Staneckiej i Marianny Oklejak. Porównując je do niemieckiej książeczki o Zuzi, stwierdza: „Otóż Zuzia lubi piłkę nożną, a Basia piłkarzy” (s. 223). O ile rzeczywiście na początku idzie o karty z piłkarzami – tak naprawdę jednak nie wiemy nawet, z jakimi, stanowią one raczej pretekst do refleksji nad poszanowaniem cudzej własności, o tyle pod koniec historii, który Wiśniewski opisuje zdawkowo: „W ramach szczęśliwego zakończenia cała rodzina idzie pokopać piłkę do parku” (s. 223), okazuje się, że mama potrafi świetnie grać, Janek, chcąc wygrać z mamą, zachęca Basię do wspólnej gry i Basia strzela gola, następnie też staje na bramce. O tej walce ze stereotypem płciowym (i wiekowym?) ani o pokazywaniu walorów współpracy Wiśniewski się nie zająknął. Basia mówi nawet: „piłka nożna jest super” i zamierza co tydzień trenować ją z bratem.
Szczególnie odświeżające natomiast wydaje się spojrzenie na ruch samochodowy jako ograniczenie dziecięcej wolności („Miasto przeciwko dzieciom: Strefa zamieszkania”, „Zbiorkom i rower”). Autor zauważa, że „Kiedyś nie istniało pojęcie przechodzenia w niedozwolonym miejscu” (s. 106), obecnie natomiast kultura samochodowa wyparła pieszą, co szczególnie uderza w dzieci, zarówno te w wózkach, jak i te bawiące się przy domach, autom wolno bowiem podjeżdżać wszędzie, między bloki, tuż obok osiedlowych trzepaków, placów zabaw, przy równoczesnych absurdalnych zakazach kierowanych nieraz do dzieci, co Wiśniewski ujmuje celnie i dosadnie: „Czy to nie jest nieco pojebane, że koło piaskownicy można jeździć autem, a nie można na deskorolce?” (s. 110). Inspirujące są także porównania w tym zakresie z innymi krajami (choć nie do końca wiadomo, na ile wiarygodne): „Tam, gdzie w Berlinie wisi D-40, w Polsce wisi »Ograniczenie prędkości do 40 km/h«. Tam, gdzie w Polsce wisi D-40, w normalnych krajach (takich jak Szwecja) wisi »Zakaz ruchu« i montowane są szlabany. U nas ten znak służy nie »uspokajaniu ruchu«, tylko legalizacji podjeżdżania pod klatki. W Berlinie mówi: »Człowieku, tu w okolicy są domy i dzieci, uważaj«, w Polsce: »Hej, możesz sobie jechać między bawiące się dzieci, z Bogiem!«” (s. 111). Autor konstatuje: „W miastach brakuje przestrzeni, jest odbierana pieszym, dzieciom, wózkom i rowerom, roszczeniowi kierowcy domagają się jej za darmochę” (s. 112).
Wiśniewski porusza wiele wątków i chętnie ucieka w dygresję, znajdziemy tu wycieczki historyczno-polityczne, rozważania o podboju kosmosu, przytaczanie fabuł książek czy filmów, gdzie szczególnie uwidocznia się propagowanie twórców japońskich. Wbrew temu, co mówi autor, że nie jest zwolennikiem dowodów z popkultury (zob. s. 232), nieustannie się do nich odwołuje. Z jednej strony tworzy to wielobarwny wachlarz kontekstów i wymiarów analizy, z drugiej sprawia, że wiele tematów zostaje ledwie muśniętych (np. rola dzieci w społeczeństwie, bezdzietność czy psiecko), chwilami też trudno dostrzec głównego bohatera rozważań – dziecko spowija bowiem gęsta mgła.
Wśród ogromu odniesień i źródeł znajdziemy też literaturę naukową, w tym anglojęzyczne badania dotyczące np. przyczyn tzw. śmierci łóżeczkowej albo zaskakująco negatywnego wpływu późnego wieku ojca na zdrowie przyszłego dziecka (zob. s. 268-269). Wiśniewski odwołuje się też do rodzimych specjalistów, między innymi pedagożki np. Ewy Jarosz (2018), czy językoznawczyni Aliny Naruszewicz-Duchlińskiej (2020), co oczywiście należy uznać za atut – choć równocześnie trudno wyraźnie oddzielić, które refleksje są poparte literaturą, a które są typowo autorskie.
Spora doza subiektywizmu, wchodzenie w buty historyka, pedagoga czy po prostu mędrka i ostry, krytykancki ton eseju – mogą budzić irytację czytelnika. Autor pozwala sobie na utyskiwania nad złą sytuacją w Polsce bez propozycji rozwiązań. Warto jednak przełknąć ślinę, wziąć oddech i dać się sprowokować. Choć książka pozostawia pewne niedosyty, działa pobudzająco, zachęca do wielu lektur, dalszego namysłu i poszukiwań. Jeśli chcielibyście się dowiedzieć, co złego jest w „Kici Koci”, czemu „Pucio” drażni i czym jest estetyka smutnego beżu – przeczytajcie, koniecznie.
LITERATURA:
Chwatka Niematka: „Czy Polacy nienawidzą dzieci? Kilka słów o książce „Zakaz gry w piłkę” M. R. Wiśniewskiego”. Bezdzietnik.pl. 17 września 2024. https://www.bezdzietnik.pl/blog/2024/09/17/czy-polacy-nienawidza-dzieci-kilka-slow-o-ksiazce-zakaz-gry-w-pilke-m-r-wisniewskiego/.
Jarosz E.: „Postawy wobec przemocy w wychowaniu – czy dobra zmiana? Raport Rzecznika Praw Dziecka”. 2018: raport_2018.pdf (brpd.gov.pl).
Naruszewicz-Duchlińska A.: „Madki i kultura dej – o niespodziewanych skutkach upowszechnienia internetu”. W: „Język a Media. Perspektywy i zagrożenia komunikacji we współczesnych mediach”. Red. E. Horyń, B. Skowronek, A. Walecka-Rynduch 2020.
Nowicka M.: „Socjologia krytyczna a obietnica emancypacji. Wybrane problemy”. „Stan Rzeczy” 2014, nr 1(6).
Young-Bruehl E.: „Childism. Confronting prejudice against children”. New Haven/London 2012.
Autor, dla którego w wielu miejscach mentalnym patronem jest Janusz Korczak, dopomina się w niej o szacunek wobec dzieci, czyniąc centrum narracji dziecko zanurzone we współczesnej kulturze. Naświetla temat z wielu perspektyw. Zwraca więc uwagę kolejno na memetykę i hasła, które wtłaczają dziecko w nieprzychylne schematy (por. „bunt dwulatka”), na przemoc wobec dzieci, która jest wynikiem właśnie braku szacunku, czy na niebezpieczne żarty („Beka z bachora”), które mogą wybranych odbiorców utwierdzać w przekonaniu, że ich niechęć wobec dzieci ma jednak solidne podstawy. Obnaża praktyki dehumanizacji dzieci, którym coraz wyraźniej odmawia się prawa do przebywania w miejscach publicznych, a także miejską przestrzeń, która nobilituje samochody, odbierając wolność dzieciom. Wiśniewski apeluje także o rozsądne podejście (nieprzejaskrawione) do korzystania młodzieży z technologii i dobór dziecięcej literatury uwzględniającej perspektywę dziecka, a nie upodobania rodzica. Marzą mu się również systemowe rozwiązania dotyczące dostępu do dobrej edukacji blisko domu. Podaje pod rozwagę konstrukcje i dostępność placów zabaw i zabawki jako klucz do dziecięcego rozwoju, a w podejściu do odżywiania – postuluje zaangażowanie dziecka w wybór (zakupy) i jedzenie tego, co dorośli. Przypomina o seksizmie i nawołuje do szacunku wobec dziewczynek. Wreszcie obwieszcza koniec epoki ojców, którzy powinni przestać wchodzić w rolę niekompetentnych i stawać się raczej drugimi matkami. Dotyka coraz większej niechęci do posiadania dzieci, kończy zaś na tym, że dzieci są nadzieją na przyszłość: „Prawdziwa protopia musi być prodziecięca” (s. 298). Wszystkie te rozważania skąpane są w gęstym sosie popkultury, dyskursu publicznego, a także źródeł naukowych.
Zacznijmy od komunikacji, od tego, jak mówimy do dzieci i o dzieciach. Wobec niektórych z cytowanych przez Wiśniewskiego przykładów wydaje się, że tytułowa nienawiść to jednak za duże słowo (oczywiście w tytule – perswazyjne), częściej mamy do czynienia w opisywanych zdarzeniach z nieporadnością – zwłaszcza gdy mówimy o tym, jak rodzice dyscyplinują własne dzieci, do których rzadko jednak odczuwają tak silne negatywne emocje. Nawet kiedy mają świadomość, jak należy traktować dziecko (patrz: coraz popularniejsze dziś tzw. świadome, refleksyjne rodzicielstwo czy nurt bliskości), zdarzają się wpadki, powielanie błędów własnych rodziców; klisze, utarte schematy łatwiej trafiają na język w codziennej krzątaninie. W tych momentach wywód autora pełen oburzenia taką też reakcję może wywoływać. Stawia bowiem nierealistycznie wysokie wymagania i każe rodzicom, a także wszystkim, którzy mają z dziećmi do czynienia, nieustannie mieć się na baczności i pilnować języka. Tym samym dzieci – doświadczając dyskryminacji – borykają się z problemami językowymi każdej grupy w drodze do emancypacji, do wychowania wchodzi jakaś pokraczna odmiana poprawności politycznej. Zgodzić się należy natomiast z postulowaną odpowiedzialnością memetyczną: uważnością na to, jakie słowa wprowadzane są do obiegu (zob. s. 34-38). Tutaj warto dorzucić też etykiety, które przykleja się do dzieci w rzekomo satyrycznym dyskursie internautów: ‘terrorysta’, ‘bachor’ (a także niewspominane przez autora ‘bombelek’, ‘gówniak’, ‘kaszojad’…), a które, trafiając na podatny grunt, tworzą lub umacniają negatywny obraz dziecka i stanowią „dowody niechęci, antypatii, nieżyczliwości, nieprzychylności – albo odrazy, wstrętu, pogardy i awersji” (s. 303), por. „(…) Steward Lee wyjaśnił kiedyś, ze unika ironicznych żartów z mniejszości, bo chociaż jego publiczność zrozumiałaby konwencję, to mogłyby się nieironicznie spodobać niewłaściwym ludziom” (s. 81).
Za wartościowe uznaję obserwacje dotyczące postrzegania obecności dzieci w miejscach publicznych, por. „Dziecko w miejscu publicznym traktowane jest jako złośliwość, którą jego rodzice czynią społeczeństwu, a nie jako jego członek, który z racji warunków – w tym wypadku młodego wieku – wymaga specjalnego traktowania i życzliwości” (s. 98). Autor zwraca też uwagę na argumentację w dyskusji dotyczącej tworzenia miejsc bez dzieci: „To coś, co odróżnia szwedzką dyskusję od polskiej. W naszej udział wzięli prawnicy, przypominający o zakazie dyskryminacji, mówiło się o prawie rodziców do przyjścia z dziećmi, ale zabrakło takiego głosu, który by przypominał, że żyjemy w społeczeństwie i dzieci są jego elementem, a nie tylko problemem rodziców” (s. 100).
Za Elisabeth Young-Breuhl (2012) zauważa, że w uprzedzeniach dotyczących dzieci tkwi przyczyna przemocy względem nich, jako jedyna grupa społeczna uznawane są bowiem za podporządkowane z natury (tutaj chyba jednak należałoby dodać osoby z niepełnosprawnością psychiczną). Dzieci jako jednostki słabsze dają poczucie władzy, negatywne emocje wobec dziecka stanowią łatwą drogę do uzyskania poczucia wyższości (zob. s. 105). Zauważmy za autorem, że nie tak łatwo oburzamy się i zwracamy uwagę, kiedy źródłem hałasu czy innych uciążliwości są w miejscach publicznych nastolatkowie czy starsi mężczyźni.
Zdecydowanie mamy też wobec dzieci zbyt wysokie oczekiwania: „Dorośli domagają się od dzieci zachowania, które dla nich samych jest trudne. Na przykład oczekują, ze dzieci będą się błyskawicznie uczyć zasad. Każdy pewnie zna dorosłego, który nie potrafi zmienić jakiegoś swojego złego zachowania, wyzbyć się denerwującego zwyczaju (…). A od dziecka wymagamy, by dało się zaprogramować, i to za pierwszym razem! Nawet komputery tak nie działają, pojawiają się błędy, program trzeba poprawić, przeanalizować, poświecić mu więcej uwagi. To właśnie dehumanizacja mechanistyczna, którą widać w traktowaniu dziecka jak tostera – maszyny pozbawionej uczuć. Zapominamy, ze to młody ludzki organizm, który dopiero poznaje świat, i to na warunkach dyktowanych przez jego rozwój neurologiczny” (s. 92).
W tym miejscu można by pójść kilka kroków dalej i zastanowić się, skąd bierze się niechęć wobec dzieci i jak świadczy o naszej kulturze (egocentryzm, indywidualizm?). Szczególnie brakuje zwrócenia uwagi na utratę społecznego kontaktu z dzieckiem, której jesteśmy dziś świadkami, a którą można wiązać m.in. ze zmianą modelu rodziny i brakiem kontaktu wielu dorosłych z małymi dziećmi w rodzinie, czyt. z nieznajomością dziecięcej natury, która skutkuje wrogą postawą względem niesfornego zachowania i obwinianiem rodzica o to, że jego dwulatek nie opanował jeszcze zasad savoir-vivre’u.
Wiśniewski stawia w stan oskarżenia i surowo ocenia cały szereg ludzkich wyborów związanych z dziećmi. Krytykuje rozmaite decyzje rodziców, od używania katarka przez otaczanie dzieci pastelowymi kolorami po wielodzietność: pyta wręcz, czy beztroskiej prokreacji nie należy uznać za formę przemocy wobec dzieci (zob. s. 278). Pojawiają się też nuty sentymentalne, tęsknota za utraconym dzieciństwem w stylu „Dzieci z Bullerbyn”. Autor wydaje się cenić taki rodzaj beztroski i samodzielności daleko ponad dzisiejsze „rodzicielstwo helikopterowe” (por. też curling parents [s. 52]), w którym rodzice nieustannie „krążą” nad dzieckiem. Mówi też o toksycznym terrorze grzeczności – tak naprawdę zakazie bycia dzieckiem, który ma oddawać tytułowy zakaz gry w piłkę.
W opisie bezdzietności również daje się odczuć krytykancki ton. Wątek świadomej bezdzietności zresztą warto byłoby pogłębić, autor opisuje zjawisko cichej rezygnacji z rodzicielstwa (quiet quitting), jednakże pomija aspekt uspołeczniania bezdzietności, organizowania się ludzi wokół tego tematu, por. np. blog Bezdzietnik, w którym wątki te są rozpracowywane przez osoby, które nie chcą mieć dzieci – i którego wielu czytelników deklaruje, że dzieci nie lubi. Nawiasem mówiąc, jego autorka, Edyta Broda, zauważa, że w książce Wiśniewskiego dostaje się wprawdzie bezdzietnikom – którym zarzuca się poczucie wyższości, przede wszystkim jednak dostaje się rodzicom (zob. Chwatka Niematka 2024). Uspołecznianie bezdzietności widoczne jest także, gdy pod lupę weźmiemy grupy dyskusyjne skupiające bezdzietnych z wyboru – wydaje się, że dziś mamy do czynienia z dyskursem emancypacyjnym, bezdzietni stanowią kolejną grupę, która dąży do wyodrębnienia się, zaznaczenia swojego świadomego istnienia. Dyskurs emancypacyjny bowiem „odnosi się do indywidualnych bądź grupowych podmiotów, zdobywających samowiedzę, wolność od narzucanych im kategoryzacji (tożsamości, ambicji, celów etc.) oraz zdolność do samostanowienia” (Nowicka 2014: 235). Warto wspomnieć tu choćby o świętowaniu Międzynarodowego Dnia Bezdzietności z Wyboru (1 sierpnia) czy organizowaniu spotkań dla tej grupy (Zlot Wielbicieli Bezdzietności).
Wiśniewski potępia też antynatalistów, tu jednak argumenty wydają się przekonujące: „Każda niechęć do rozmnażania pielęgnowana jako ważny element tożsamości prędzej czy później przerodzi się w niechęć do rodziców, dzieciofobię, w podważanie prawa do ich obecności w przestrzeni publicznej i tak dalej. Kiedy się myśli o dziecku jedynie jako rezultacie czyjegoś (błędnego!) wyboru, łatwo wpaść w pułapkę myślenia, że skoro ja nie chciałem mieć dziecka, to inni też mogli nie chcieć. Nie ustąpię miejsca ciężarnej, nie przepuszczę wózka. Sama chciała, to teraz ma!” (s. 282).
Rozprawia się także z posiadaczami „psiecka”: „Postrzeganie psa czy kota jako członka rodziny (…) jest dość naturalnym odruchem. Unoszę nieco brew, gdy ów kot albo pies jest traktowany jak dziecko, bo wydaje mi się to nieco upupiające – toż to są przecież dorosłe osobniki!” (s. 273). Krytykując porównywanie psów i dzieci, stawia ważkie pytanie: „czy to antropomorfizacja zwierzątka czy dehumanizacja antropomorficzna dziecka?” (s. 275).
Autor nie pozwala się rozsiadać w samozadowoleniu z własnych poglądów i zdaje się kierować ostrza krytyki w stronę każdego niemal dorosłego. Wyrozumiałość, z którą traktuje dzieci, kończy się na młodzieży, której technologiczne otoczenie usprawiedliwia i akceptuje, zgrabnie brzmi np. nazwanie gier sieciowych współczesnym trzepakiem (zob. s. 201), ale może właśnie dorośli wyrozumiałości nie potrzebują, mając za dużo wymówek i usprawiedliwień dla złego traktowania dzieci. Przekaz musi być mocny i wyrazisty, aby odbił swoje piętno na naszych schematach i ścieżkach myślenia, aby wywołał jakiś ferment.
Jako że wszystko jest komunikacją, pole rozważań rysuje autor niezwykle szerokie, wchodzą tu: bajki, filmy, seriale, książki, zabawki, organizacja miast, publicznych przestrzeni. Bogactwo przykładów, porównania polskich rozwiązań do tych, z którymi zetkniemy się w krajach zachodnich (głównie w Berlinie i Sztokholmie), działają niezwykle orzeźwiająco i pokazują kierunek, w którym moglibyśmy podążać, chcąc stać się nacją bardziej przyjazną dzieciom. Miejscami subiektywizm autora wydaje się zaciemniać obraz rzeczywistości. Podejmowane tematy cechuje niezwykła zawiłość, on zaś próbuje je sforsować bezkompromisowo i, z rzadka, ale jednak, wpada we własne sidła: oto, kiedy opisuje dzieci na polskim placu zabaw, twierdzi, że rodzice siedzą z nosami w telefonach albo pochłonięci są rozmowami z sąsiadami i od czasu do czasu kierują tylko do dzieci napomnienia, w opisie rodziców niemieckich „pozostawanie w cieniu” jest waloryzowane pozytywnie i uczy dzieci samodzielności. O tym, co robią wtedy owi rodzice zza Odry, milczy. Nawiasem mówiąc, kiedy polski rodzic nie upomina co chwilę dziecka, szybko zarzuca mu się, że się dzieckiem właściwie nie zajmuje.
Rażącym przykładem subiektywizmu, czepialstwa, naciągania faktów pod tezę i – co tu dużo mówić – po prostu złej interpretacji autora jest podsumowanie opowiadania „Basia i piłka nożna” Zofii Staneckiej i Marianny Oklejak. Porównując je do niemieckiej książeczki o Zuzi, stwierdza: „Otóż Zuzia lubi piłkę nożną, a Basia piłkarzy” (s. 223). O ile rzeczywiście na początku idzie o karty z piłkarzami – tak naprawdę jednak nie wiemy nawet, z jakimi, stanowią one raczej pretekst do refleksji nad poszanowaniem cudzej własności, o tyle pod koniec historii, który Wiśniewski opisuje zdawkowo: „W ramach szczęśliwego zakończenia cała rodzina idzie pokopać piłkę do parku” (s. 223), okazuje się, że mama potrafi świetnie grać, Janek, chcąc wygrać z mamą, zachęca Basię do wspólnej gry i Basia strzela gola, następnie też staje na bramce. O tej walce ze stereotypem płciowym (i wiekowym?) ani o pokazywaniu walorów współpracy Wiśniewski się nie zająknął. Basia mówi nawet: „piłka nożna jest super” i zamierza co tydzień trenować ją z bratem.
Szczególnie odświeżające natomiast wydaje się spojrzenie na ruch samochodowy jako ograniczenie dziecięcej wolności („Miasto przeciwko dzieciom: Strefa zamieszkania”, „Zbiorkom i rower”). Autor zauważa, że „Kiedyś nie istniało pojęcie przechodzenia w niedozwolonym miejscu” (s. 106), obecnie natomiast kultura samochodowa wyparła pieszą, co szczególnie uderza w dzieci, zarówno te w wózkach, jak i te bawiące się przy domach, autom wolno bowiem podjeżdżać wszędzie, między bloki, tuż obok osiedlowych trzepaków, placów zabaw, przy równoczesnych absurdalnych zakazach kierowanych nieraz do dzieci, co Wiśniewski ujmuje celnie i dosadnie: „Czy to nie jest nieco pojebane, że koło piaskownicy można jeździć autem, a nie można na deskorolce?” (s. 110). Inspirujące są także porównania w tym zakresie z innymi krajami (choć nie do końca wiadomo, na ile wiarygodne): „Tam, gdzie w Berlinie wisi D-40, w Polsce wisi »Ograniczenie prędkości do 40 km/h«. Tam, gdzie w Polsce wisi D-40, w normalnych krajach (takich jak Szwecja) wisi »Zakaz ruchu« i montowane są szlabany. U nas ten znak służy nie »uspokajaniu ruchu«, tylko legalizacji podjeżdżania pod klatki. W Berlinie mówi: »Człowieku, tu w okolicy są domy i dzieci, uważaj«, w Polsce: »Hej, możesz sobie jechać między bawiące się dzieci, z Bogiem!«” (s. 111). Autor konstatuje: „W miastach brakuje przestrzeni, jest odbierana pieszym, dzieciom, wózkom i rowerom, roszczeniowi kierowcy domagają się jej za darmochę” (s. 112).
Wiśniewski porusza wiele wątków i chętnie ucieka w dygresję, znajdziemy tu wycieczki historyczno-polityczne, rozważania o podboju kosmosu, przytaczanie fabuł książek czy filmów, gdzie szczególnie uwidocznia się propagowanie twórców japońskich. Wbrew temu, co mówi autor, że nie jest zwolennikiem dowodów z popkultury (zob. s. 232), nieustannie się do nich odwołuje. Z jednej strony tworzy to wielobarwny wachlarz kontekstów i wymiarów analizy, z drugiej sprawia, że wiele tematów zostaje ledwie muśniętych (np. rola dzieci w społeczeństwie, bezdzietność czy psiecko), chwilami też trudno dostrzec głównego bohatera rozważań – dziecko spowija bowiem gęsta mgła.
Wśród ogromu odniesień i źródeł znajdziemy też literaturę naukową, w tym anglojęzyczne badania dotyczące np. przyczyn tzw. śmierci łóżeczkowej albo zaskakująco negatywnego wpływu późnego wieku ojca na zdrowie przyszłego dziecka (zob. s. 268-269). Wiśniewski odwołuje się też do rodzimych specjalistów, między innymi pedagożki np. Ewy Jarosz (2018), czy językoznawczyni Aliny Naruszewicz-Duchlińskiej (2020), co oczywiście należy uznać za atut – choć równocześnie trudno wyraźnie oddzielić, które refleksje są poparte literaturą, a które są typowo autorskie.
Spora doza subiektywizmu, wchodzenie w buty historyka, pedagoga czy po prostu mędrka i ostry, krytykancki ton eseju – mogą budzić irytację czytelnika. Autor pozwala sobie na utyskiwania nad złą sytuacją w Polsce bez propozycji rozwiązań. Warto jednak przełknąć ślinę, wziąć oddech i dać się sprowokować. Choć książka pozostawia pewne niedosyty, działa pobudzająco, zachęca do wielu lektur, dalszego namysłu i poszukiwań. Jeśli chcielibyście się dowiedzieć, co złego jest w „Kici Koci”, czemu „Pucio” drażni i czym jest estetyka smutnego beżu – przeczytajcie, koniecznie.
LITERATURA:
Chwatka Niematka: „Czy Polacy nienawidzą dzieci? Kilka słów o książce „Zakaz gry w piłkę” M. R. Wiśniewskiego”. Bezdzietnik.pl. 17 września 2024. https://www.bezdzietnik.pl/blog/2024/09/17/czy-polacy-nienawidza-dzieci-kilka-slow-o-ksiazce-zakaz-gry-w-pilke-m-r-wisniewskiego/.
Jarosz E.: „Postawy wobec przemocy w wychowaniu – czy dobra zmiana? Raport Rzecznika Praw Dziecka”. 2018: raport_2018.pdf (brpd.gov.pl).
Naruszewicz-Duchlińska A.: „Madki i kultura dej – o niespodziewanych skutkach upowszechnienia internetu”. W: „Język a Media. Perspektywy i zagrożenia komunikacji we współczesnych mediach”. Red. E. Horyń, B. Skowronek, A. Walecka-Rynduch 2020.
Nowicka M.: „Socjologia krytyczna a obietnica emancypacji. Wybrane problemy”. „Stan Rzeczy” 2014, nr 1(6).
Young-Bruehl E.: „Childism. Confronting prejudice against children”. New Haven/London 2012.
Michał R. Wiśniewski: „Zakaz gry w piłkę. Jak Polacy nienawidzą dzieci”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2024.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

