TO NIE TO, CO MYŚLISZ (BRIAN MERCHANT: 'KREW W MASZYNIE. LUDDYŚCI I PIERWSZY BUNT PRZECIWKO TECHNOLOGICZNYM GIGANTOM')
A
A
A
Tej lektury z pewnością nie zabierzemy na wakacje – i nie mam tu na myśli ciężaru podejmowanej przez autora, Briana Merchanta, tematyki. Po prostu „Krew w maszynie. Luddyści i pierwszy bunt przeciwko technologicznym gigantom” ma prawie 600 stron (zdeterminowanym polecam więc „lekką” wersję elektroniczną). Polskie tłumaczenie tytułu jest wierne angielskiemu odpowiednikowi, więc nie będę doszukiwać się dodatkowych sensów. Książka okazuje się gęsta, szczegółowa, składa się z sześciu części poprzedzonych wstępem i „Preludium”, zwieńczonych „Posłowiem”. Autor pisze: „W mojej książce staram się odpowiedzieć na następujące pytanie: dlaczego sytuacja z początku XIX wieku, kiedy to pierwszy raz w historii ludzie zostali na wielką skalę zastąpieni przez maszyny, poskutkowała rozlewem krwi i wybuchem głośnego powstania?” (s. 25). Problem, „czy roboty odbiorą nam pracę?”, nie jest zatem niczym nowym (dawniej – maszyna dziewiarska, a dziś może chodzić chociażby o aplikację Uber czy sklep internetowy Amazon).
Merchant w książce nie serwuje nam kolejnej nudnej opowieści o „strasznym postępie” ani kolejnego manifestu o tym, jak technologia zniszczy ludzkość (chociaż temat ten prędzej czy później się pojawi). Dziennikarz przedstawia coś znacznie subtelniejszego: rysuje historię pierwszego buntu przeciwko technologicznym gigantom, opisaną z wielką dozą pasji, którą trudno zignorować. Zamiast moralizatorskiego tonu, dostajemy prawdziwą przygodę, której bohaterami są… luddyści. Tak, ci sami luddyści, którzy w XIX wieku wyładowywali frustrację na maszynach. I to nie byle jakich, bo walczyli przeciwko maszynom, które dziś tworzą fundament współczesnej technologii.
Przyznaję, że opisanie zawartości wszystkich rozdziałów byłoby nie lada wyzwaniem, więc skupię się na najciekawszych z mojego punktu widzenia częściach. Te osadzone w latach 1812-1813 to kolejno „Wielka Kometa”, „Metropolia niezadowolonych”, „Rozbijacze maszyn, łamacze kości”, „O wartości większej niźli praca czy złoto”. Dalej mamy rok 1818 (i „Współczesnego Prometeusza”) oraz moje ulubione „rozdziały” dotyczące Frankensteina i kontekst zupełnie współczesny – lata 2018-2020 („Kto rozdaje karty w erze nowych maszyn”).
Czy te dawne protesty przeciwko nowym wynalazkom mogą mieć dziś jakiekolwiek znaczenie? Oczywiście! Autor przekonuje nas, że historia luddyzmów nie jest tylko odległą anegdotą. Ta książka to więcej niż historia maszyn i ich wynalazców – to próba odpowiedzi na pytanie: jak daleko możemy się posunąć w wynajdywaniu technologii, zanim zostaniemy wymazani z mapy świata przez własne dzieła? Merchant na pewno nie ucieka od trudnych pytań – wprost stawia je przed nami, na srebrnej tacy. W tym kontekście książka jest niczym ludzki manifest sprzeciwu. Zamiast chować głowę w piasek, pisarz z ironią i lekkością przygląda się zarówno pionierom ery maszyn, jak i ich nowoczesnym następcom – technologicznym gigantom, którzy niczym współczesne potwory z Loch Ness czyhają na ludzki umysł. Co ciekawe, dla Merchanta luddyści to nie tylko ludzie, którzy stracili pracę na rzecz maszyn. To symboliczne postacie, które za pomocą młotków próbowały wymusić na świecie refleksję nad tym, co to znaczy być człowiekiem w świecie zmieniającej się technologii.
Autor gra z nami w grę: czy postęp technologiczny jest ostatecznie błogosławieństwem czy przekleństwem? Zamiast od razu wrzucić książkę na stos „przeciw technologii” i zawołać: „Wszyscy umrzemy!”, sugeruje, że „postęp” nie jest absolutnym świętym Graalem. Jest – jak każda broń – zarówno śmiercionośny, jak i użyteczny w odpowiednich rękach.
I może właśnie tu tkwi siła tej książki. Pisarz ani nie staje po stronie technologicznych apostołów, ani nie popiera złośliwych przeciwników cyfrowych gigantomanii. Jego propozycja to, powtórzmy, coś subtelniejszego – sprzeciw, który nie oznacza odrzucenia, ale raczej zmuszenie do refleksji nad tym, co naprawdę oznacza być ludzkim w dobie technologii, które już nie tylko podążają za nami, ale coraz częściej zaczynają nami rządzić. Bo „(…) roboty nie odbiorą nam pracy. Zrobią to dyrektorzy generalni, którzy dostrzegą, że inwestycja w maszyny wypracuje dla firmy ogromny zysk, a do tego zwróci się za 3,7 roku, a oszczędności będzie można rozdysponować wśród kadry zarządzającej” (s. 500).
Ktoś mógłby powiedzieć, że niniejsza książka jest trochę jak przywrócenie starych idei do życia, ale w bardzo nowoczesnym stylu. I to wcale nie zarzut! Jeśli kogoś interesują nieoczywiste historie, które zadają pytania o naszą przyszłość, ta książka powinna będzie jedną z tych, które taki ktoś postanowi dodać do listy lektur.
Tak więc – czy warto? Pewnie, że tak. To publikacja, która za pomocą historycznych paralel zmusza nas do przewartościowania, w jakiej rzeczywistości żyjemy i co możemy z tym zrobić.
Merchant w książce nie serwuje nam kolejnej nudnej opowieści o „strasznym postępie” ani kolejnego manifestu o tym, jak technologia zniszczy ludzkość (chociaż temat ten prędzej czy później się pojawi). Dziennikarz przedstawia coś znacznie subtelniejszego: rysuje historię pierwszego buntu przeciwko technologicznym gigantom, opisaną z wielką dozą pasji, którą trudno zignorować. Zamiast moralizatorskiego tonu, dostajemy prawdziwą przygodę, której bohaterami są… luddyści. Tak, ci sami luddyści, którzy w XIX wieku wyładowywali frustrację na maszynach. I to nie byle jakich, bo walczyli przeciwko maszynom, które dziś tworzą fundament współczesnej technologii.
Przyznaję, że opisanie zawartości wszystkich rozdziałów byłoby nie lada wyzwaniem, więc skupię się na najciekawszych z mojego punktu widzenia częściach. Te osadzone w latach 1812-1813 to kolejno „Wielka Kometa”, „Metropolia niezadowolonych”, „Rozbijacze maszyn, łamacze kości”, „O wartości większej niźli praca czy złoto”. Dalej mamy rok 1818 (i „Współczesnego Prometeusza”) oraz moje ulubione „rozdziały” dotyczące Frankensteina i kontekst zupełnie współczesny – lata 2018-2020 („Kto rozdaje karty w erze nowych maszyn”).
Czy te dawne protesty przeciwko nowym wynalazkom mogą mieć dziś jakiekolwiek znaczenie? Oczywiście! Autor przekonuje nas, że historia luddyzmów nie jest tylko odległą anegdotą. Ta książka to więcej niż historia maszyn i ich wynalazców – to próba odpowiedzi na pytanie: jak daleko możemy się posunąć w wynajdywaniu technologii, zanim zostaniemy wymazani z mapy świata przez własne dzieła? Merchant na pewno nie ucieka od trudnych pytań – wprost stawia je przed nami, na srebrnej tacy. W tym kontekście książka jest niczym ludzki manifest sprzeciwu. Zamiast chować głowę w piasek, pisarz z ironią i lekkością przygląda się zarówno pionierom ery maszyn, jak i ich nowoczesnym następcom – technologicznym gigantom, którzy niczym współczesne potwory z Loch Ness czyhają na ludzki umysł. Co ciekawe, dla Merchanta luddyści to nie tylko ludzie, którzy stracili pracę na rzecz maszyn. To symboliczne postacie, które za pomocą młotków próbowały wymusić na świecie refleksję nad tym, co to znaczy być człowiekiem w świecie zmieniającej się technologii.
Autor gra z nami w grę: czy postęp technologiczny jest ostatecznie błogosławieństwem czy przekleństwem? Zamiast od razu wrzucić książkę na stos „przeciw technologii” i zawołać: „Wszyscy umrzemy!”, sugeruje, że „postęp” nie jest absolutnym świętym Graalem. Jest – jak każda broń – zarówno śmiercionośny, jak i użyteczny w odpowiednich rękach.
I może właśnie tu tkwi siła tej książki. Pisarz ani nie staje po stronie technologicznych apostołów, ani nie popiera złośliwych przeciwników cyfrowych gigantomanii. Jego propozycja to, powtórzmy, coś subtelniejszego – sprzeciw, który nie oznacza odrzucenia, ale raczej zmuszenie do refleksji nad tym, co naprawdę oznacza być ludzkim w dobie technologii, które już nie tylko podążają za nami, ale coraz częściej zaczynają nami rządzić. Bo „(…) roboty nie odbiorą nam pracy. Zrobią to dyrektorzy generalni, którzy dostrzegą, że inwestycja w maszyny wypracuje dla firmy ogromny zysk, a do tego zwróci się za 3,7 roku, a oszczędności będzie można rozdysponować wśród kadry zarządzającej” (s. 500).
Ktoś mógłby powiedzieć, że niniejsza książka jest trochę jak przywrócenie starych idei do życia, ale w bardzo nowoczesnym stylu. I to wcale nie zarzut! Jeśli kogoś interesują nieoczywiste historie, które zadają pytania o naszą przyszłość, ta książka powinna będzie jedną z tych, które taki ktoś postanowi dodać do listy lektur.
Tak więc – czy warto? Pewnie, że tak. To publikacja, która za pomocą historycznych paralel zmusza nas do przewartościowania, w jakiej rzeczywistości żyjemy i co możemy z tym zrobić.
Brian Merchant: „Krew w maszynie. Luddyści i pierwszy bunt przeciwko technologicznym gigantom”. Przeł. Grzegorz Ciecieląg. Bo.wiem [marka Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego]. Kraków 2025 [seria: Historiai].
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

