OPOWIEŚCI KOMÓREK (SIDDHARTHA MUKHERJEE: 'PIEŚŃ KOMÓREK. NOWA EPOKA MEDYCYNY')
A
A
A
„Pieśń komórek. Nowa epoka medycyny” to trzecia książka Siddharthy Mukherjeego, amerykańskiego onkologa i hematologa. Po „Cesarzu wszech chorób. Biografii raka” oraz „Genie. Ukrytej terapii” otrzymujemy dzieło o podobnym rozmachu (każda z publikacji oscyluje w granicach 600 stron) – nie tylko ilościowym rzecz jasna, ale przede wszystkim myślowym. Mukherjee znalazł własny sposób, by uczynić tak obszerne i traktujące przecież o niełatwych sprawach publikacje poczytnymi. Jego popularnonaukowa narracja jest wciągająca – lekarz potrafi zamieniać zawiłe dzieje medycyny w opowieści, które nie rezygnują z naukowego ukorzenienia (o czym przekonują bogate przypisy zebrane na końcu książek) i literackiego szwungu. Jednocześnie Mukherjee wykorzystuje elementy pisarstwa autobiograficznego, ciekawe case studies, odniesienia filozoficzne i poetyckie oraz wręcz detektywistyczne inklinacje, dzięki którym nawet zamierzchłe odkrycia, dzisiaj sprowadzone do poziomu podręcznika szkolnego, jawią się jak prawdziwa wyprawa w nieznane.
Wydaje się zresztą, że jedna z charakterystycznych cech pisarstwa Mukherjeego kryje się w głębokim szacunku wobec poprzedników, często pionierów i rewolucjonistów, nawet jeśli ich poglądy i odkrycia się obecnie zdezaktualizowały. Badacz z wielką swadą i erudycją sięga głęboko wstecz, by pokazać, jak kształtował się rozwój medycyny uwzględniający „historię komórki” (s. 13), bo o tym właśnie traktuje omawiana książka. Pytania badawcze, ciekawość naukowa, podejmowane próby, błędy, a nawet wykroczenia etyczne – Mukherjee zbiera różnorodne dowody potwierdzające sens następującego zdania: „Bez względu na wszelkie zakręty i zawroty na koniec zawsze czeka nas powrót do komórki” (cyt. za s. 17). Ów wypis pochodzący z książki „Disease. Life and Man: Selected Essays” Rudolfa Virchowa, niemieckiego patologa i antropologa XIX wieku, nieznużonego badacza fizjologii i patologii komórek, można by uznać za motto „Pieśni komórek”. Virchow, często pojawiający się na jej kartach, jest naukowcem, któremu Mukherjee zdaje się szczególnie wiele zawdzięczać, bo to właśnie sformułowane 200 lat wcześniej podstawowe zasady biologii komórek wciąż wyznaczają kierunki myślenia współczesnych badaczy i lekarzy. Przyznaje zresztą otwarcie: „(…) dwa cytaty, w których Virchow pisze, że komórka to podstawowa jednostka życia i locus choroby, wiszą przypięte do tablicy w moim gabinecie. Wracam do nich, ilekroć myślę o biologii komórkowej, terapiach komórkowych, a także o nowych ludziach” (s. 79).
Horyzont książki wyznacza bowiem przyszłość – nowa epoka medycyny, której podstawę stanowią owe „cząstki elementarne organizmów” (s. 13). Mukherjee próbuje przeprowadzić czytelników i czytelniczki przez burzliwe dzieje odkryć w biologii komórki w powiązaniu z wieloma dziedzinami wiedzy, nie tylko medycznej: „genetyką, patologią, epidemiologią, epistemologią, taksonomią i antropologią” (s. 15). To dzięki tak odmiennym splotom i przecięciom myśli jego narracja jest przekonująca pod względem naukowym i intrygująca w stylu. Zarazem sens opowieści naukowca nie pozwala się sprowadzić do optymistycznego marszu ku najnowszym zdobyczom medycyny. Oczywiście, Mukherjee pisze o zdobyczach w postaci nowoczesnych terapii i inżynierii komórkowej, ale trzeźwo dzieli się też swoimi obawami i niepokojem. Bardzo wyraźny jest u niego horyzont etycznych zobowiązań. Mimo że przyznaje, jak wielkie znaczenie ma dla niego praca laboratoryjna (jako prawdziwa praca u podstaw, polegająca na oglądzie komórek), wciąż przynosząca dreszcz emocji wynikający z możliwości dokonania odkrycia, to nie waha się ujawnić własnych rozterek.
Ta dynamika widoczna jest właściwie w całej książce, więc radości z kolejnych przełomów towarzyszy uczciwe informowanie o nadużyciach (kończących się nawet w więzieniu) niektórych naukowców. W ostatnich partiach książki Mukherjee opisuje badania, jakie wraz ze swoim współpracownikiem Toghrulem Jafarovem prowadził nad – mówiąc rzecz jasna w niezwykłym uproszczeniu – produkcją chrząstki w stawach. Opis kończy, pozbawione triumfalizmu, aczkolwiek optymistyczne zdanie: „Byliśmy nieco bliżej stworzenia nowego rodzaju stawu” (s. 461). Tymczasem na sąsiedniej i kolejnej stronie w krótkich obrazach tego, co nadchodzi (np. rozwoju neuronów organoidów mózgowych), Mukherjee uwydatnia rysy wzbudzające niepokój. Medyczne zdobycze i rozszerzające się możliwości stosowania nowoczesnych terapii budzić mogą zachwyt i optymizm, nie usuwają wszak z pola widzenia wielu pytań. Temu służy choćby odwołanie do słynnej powieści „Nie opuszczaj mnie” Kazuo Ishiguro, pozornie wciąż mieszczącej się w kategorii science fiction i opowiadającej o klonach, których przeznaczenie sprowadza się do służenia jako dawcy narządów dla swych „pierwowzorów”. Mukherjee zastanawia się zatem nad granicami wykorzystania inżynierii komórkowej w celu ulepszania człowieka, odnosząc się do wielu wątpliwości wypowiadanych przez filozofów, choćby Michaela Sandela.
Zdaje się jednak, że autor „Pieśni komórek” – przy świadomości etycznych zagrożeń – stoi po stronie „nowych ludzi”, czyli osób, których „organizm został naprawiony z wykorzystaniem zmodyfikowanych komórek” (s. 25). Jeśli ktoś myśli, że chodzi o postaci rodem z literatury i filmów science fiction, to narracja badacza może zadziałać otrzeźwiająco, ponieważ „nowi ludzie” doświadczają terapii powszechnie znanych, dostępnych i akceptowalnych. Mukherjee wymienia na przykład stymulowanie elektrodami neuronów w przebiegu leczenia depresji, eksperymentalne przeszczepy szpiku przy anemii sierpowatej czy podawanie wirusa mającego obniżyć poziom cholesterolu. Nawet jeśli wiemy, że jest to medycyna najnowszej generacji, którą musiały poprzedzić lata wytężonej pracy laboratoryjnej, to terminologia określająca jednostki chorobowe, wykorzystujące zaawansowane terapie komórkowe, mieści się już w polu wiedzy ogólnej. Mukherjee przypomina wszak, jak wiele zdobyczy współczesnej medycyny – i to takich, które uważamy za szeroko dostępne – ma swój początek właśnie w przewrocie w biologii komórkowej. Wynalezienie antybiotyków czy szczepionek, chemioterapia i immunoterapia, przeszczepy, transfuzje, wytwarzanie insuliny, zapłodnienie in vitro (lista oczywiście nie jest pełna) – to wszystko znaki „epoki komórki” (s. 28). Lepsze rozumienie podstawy życia, czyli komórki, przekłada się zatem bezpośrednio na rozwój medycyny i jednocześnie każe inaczej definiować granice między działaniem zmierzającym do uwolnienia człowieka od konkretnej choroby a ulepszaniem ciała. Z jednej strony mamy zatem zaburzenia wzrostu, z drugiej – wydłużanie kończyn, co prowokuje autora do sekwencji pytań: „Co jeśli inżynieria komórkowa lub inżynieria genetyczna posłużą do zapobiegania potencjalnej chorobie? Co jeśli wstrzykniemy komuś komórki macierzyste produkujące chrząstkę do stawu kolanowego, zanim jeszcze dojdzie do zmian zwyrodnieniowych? Nie da się przecież przewidzieć ze stuprocentową pewnością, że zmiany te na pewno by wystąpiły” (s. 464). Sekundując badaczom (i sam będąc jednym z nich), Mukherjee wie, że wkroczyliśmy w epokę „nowych ludzi”, stanowiących „nowe sumy nowych elementów” (s. 468).
Nie usuwa to jednak pytania o tożsamość „nowego człowieka”. By zobrazować problem, Mukherjee przywołuje grecką przypowieść o statku Tezeusza: „Deski tego statku gniją pod wpływem wody morskiej i trzeba je wymieniać jedną po drugiej. Żadna z oryginalnych desek się nie ostaje. Czy jednak sam statek się zmienił? Czy to w ogóle ten sam statek co dawniej? Brzmi to jak metafizyka – ale wczorajsza metafizyka potrafi stać się jutrzejszą nauką” (s. 419). Powyższa rozterka w „Pieśni komórek” rozpisywano w wielu wariantach. W niektórych przypadkach społeczny konsensu jest oczywisty, a procedury proponowane z poziomu biologii komórkowej nie wzbudzają żadnej kontrowersji (np. kiedy myślimy o powstrzymywaniu chorób neurodegeneracyjnych i starości); w innych – jak w ocenie procedury in vitro – do głosu dochodzą wciąż kwestie światopoglądowe, religijne oraz zwyczajne uprzedzenia. Mukherjee, obalając część mitów, zauważa, że zapłodnienie in vitro „(…) zalicza się do terapii komórkowych stosowanych najpowszechniej. Jest dostępne od ponad czterech dekad, według szacunków pozwoliło przyjść na świat ośmiu-dziesięciu milionom dzieci” (s. 143). Ciężar sporów przeniósł się (przynajmniej na świecie, bo w Polsce uznanie wagi procedury in vitro i finansowanie jej z budżetu państwa wyraźnie wiąże się z reprezentowaną opcją polityczną) na zasady edycji genomu ludzkich zarodków, co zdaniem naukowca jest tyleż przedsięwzięciem trudnym i obarczonym wątpliwościami etycznymi, co nieodzownym. Mukherjee przyznaje: „(…) manipulowanie ludzkim genomem za pomocą doboru zarodków lud edycji genów w celu powstrzymywania chorób, a nawet zapewniania ludziom nowych cech, wydaje się nieuchronną przyszłością medycyny. Procedura in vitro służyła początkowo do leczenia niepłodności, obecnie jednak zyskała nową funkcję: próbuje się ją wykorzystać do usuwania problemów, wad, słabych punktów. W samym centrum tej terapii znajduje się zapłodniona komórka jajowa, ludzka zygota coraz bardziej podatna na manipulacje, z zatem wymagająca coraz uważniejszej ochrony” (s. 169).
W kolejnych rozdziałach książki Mukherjee przeprowadza czytelników i czytelniczki przez różne wymiary wiedzy o komórkach po to, by opowiedzieć o życiu z poziomu jego podstawowej jednostki. Rozpoczyna od momentu, kiedy komórka uzyskuje widzialność, przybliżając odkrycia pionierów, którzy jako pierwsi „zobaczyli komórki” i ustanowili podwaliny pod nową gałąź nauki, czyli biologię komórkową (badacza interesuje bowiem właśnie biologia komórkowa, a nie historia komórek; ta druga opowieść musiałaby uwzględnić perspektywę około 4 miliardów lat wcześniejszą, gdy pojawiły się najprymitywniejsze przodkinie dzisiejszych komórek, a i tak wiązałaby się z kwestią „ewolucyjnej tajemnicy” [s. 99-101]). Przygląda się budowie komórki i jej funkcjom; komórce zdrowej i chorej; działaniom komórki na rzecz potrzeb organizmu wielokomórkowego; komórce jako budulcowi narządów itd. Układa się to w swoisty „parlament komórek” (s. 293) czy „kosmos komórek” (s. 312). Podobnych metaforycznych określeń jest zresztą bardzo dużo. Nie tylko oddają rytm i kompozycyjny zamysł książki (przechodzenie od „cząstki elementarnej” do „cywilizacji komórek”), ale i sugestywność języka lekarza, który staje się pisarzem przekonanym o sile i znaczeniu metafor. Obraz „astronauty eksplorującego nieznany statek kosmiczny” (s. 110) otwiera część poświęconą budowie komórki; neutrofile stanowią „armię młodych żołnierzy wysyłanych przez organizm do bitwy” (s. 219), a komórka macierzysta jest jak król lub bóg tworzący swoją zapasową kopię (zob. s. 399-400).
Te środki literackie służą w gruncie rzeczy możliwości usłyszenia tytułowej „pieśni komórek”. Mukherjee ma do dyspozycji wyspecjalizowane oko badacza, co ujawniają fragmenty opisów jego laboratoryjnych prac: „Siedzę przy mikroskopie w zaciemnionym pokoju, pod ręką mam notatnik, mamroczę pod nosem, oglądając kolejne preparaty. To stary nawyk: ktoś, kto przypadkiem zabłąkałby się do laboratorium, uznałby mnie zapewne za wariata. (…) Tę część dnia zdecydowanie lubię najbardziej. Liczba, barwa, kształt, rozmiar. Uwielbiam oglądać komórki, czuję się jak ogrodnik, który starannie bada wzrokiem kwiaty i drzewa, ich liście, ziemię u podstawy łodygi, otwory wydziobane w pniu przez dzięcioła. Krew szepcze do mnie – ale tylko, gdy jestem gotów, by ją usłyszeć” (s. 192-193). W innej sytuacji jest większość czytelników i czytelniczek, medycznych laików, opierających swoje rozumienie zawiłości biologii komórkowej właśnie na metaforach. Mukherjee dowodzi, że muzyka komórek, rodzaj sekretnego języka, ujawnić się może w holistycznym ujęciu, gdy przedstawiamy komórkę jako element więziotwórczy, część wzajemnych połączeń, interakcji z otoczeniem oraz z różnymi gałęziami nauk i języków.
„Uwodzicielska pieśń komórek” (s. 254) przyciąga z jeszcze jednego powodu: otóż bogactwu wiedzy i wielokierunkowemu rozwojowi towarzyszy też poczucie niemocy, które najdobitniej obnażyła pandemia, określona jako „niemal biblijny upadek” (s. 318). Doświadczenie pandemii zmusza do przyznania, że wiele aspektów biologii komórkowej „musiało zostać przemyślanych na nowo” (s. 323), a badacze – mimo triumfu w postaci wynalezienia szczepionek – pozostają w poczuciu niewiedzy. „Koronawirus przypomniał – konkluduje Mukherjee – że musimy być bardziej pokorni. Otaczają nas cienie, duchy i kłamcy” (s. 328), a ostatecznie naukowcy nie wiedzą nawet, jakiej wiedzy im brakuje. Tak oto komórka – choć pozornie dokładnie zbadana – nieprzerwanie pisze historię zdrowia i choroby.
Wydaje się zresztą, że jedna z charakterystycznych cech pisarstwa Mukherjeego kryje się w głębokim szacunku wobec poprzedników, często pionierów i rewolucjonistów, nawet jeśli ich poglądy i odkrycia się obecnie zdezaktualizowały. Badacz z wielką swadą i erudycją sięga głęboko wstecz, by pokazać, jak kształtował się rozwój medycyny uwzględniający „historię komórki” (s. 13), bo o tym właśnie traktuje omawiana książka. Pytania badawcze, ciekawość naukowa, podejmowane próby, błędy, a nawet wykroczenia etyczne – Mukherjee zbiera różnorodne dowody potwierdzające sens następującego zdania: „Bez względu na wszelkie zakręty i zawroty na koniec zawsze czeka nas powrót do komórki” (cyt. za s. 17). Ów wypis pochodzący z książki „Disease. Life and Man: Selected Essays” Rudolfa Virchowa, niemieckiego patologa i antropologa XIX wieku, nieznużonego badacza fizjologii i patologii komórek, można by uznać za motto „Pieśni komórek”. Virchow, często pojawiający się na jej kartach, jest naukowcem, któremu Mukherjee zdaje się szczególnie wiele zawdzięczać, bo to właśnie sformułowane 200 lat wcześniej podstawowe zasady biologii komórek wciąż wyznaczają kierunki myślenia współczesnych badaczy i lekarzy. Przyznaje zresztą otwarcie: „(…) dwa cytaty, w których Virchow pisze, że komórka to podstawowa jednostka życia i locus choroby, wiszą przypięte do tablicy w moim gabinecie. Wracam do nich, ilekroć myślę o biologii komórkowej, terapiach komórkowych, a także o nowych ludziach” (s. 79).
Horyzont książki wyznacza bowiem przyszłość – nowa epoka medycyny, której podstawę stanowią owe „cząstki elementarne organizmów” (s. 13). Mukherjee próbuje przeprowadzić czytelników i czytelniczki przez burzliwe dzieje odkryć w biologii komórki w powiązaniu z wieloma dziedzinami wiedzy, nie tylko medycznej: „genetyką, patologią, epidemiologią, epistemologią, taksonomią i antropologią” (s. 15). To dzięki tak odmiennym splotom i przecięciom myśli jego narracja jest przekonująca pod względem naukowym i intrygująca w stylu. Zarazem sens opowieści naukowca nie pozwala się sprowadzić do optymistycznego marszu ku najnowszym zdobyczom medycyny. Oczywiście, Mukherjee pisze o zdobyczach w postaci nowoczesnych terapii i inżynierii komórkowej, ale trzeźwo dzieli się też swoimi obawami i niepokojem. Bardzo wyraźny jest u niego horyzont etycznych zobowiązań. Mimo że przyznaje, jak wielkie znaczenie ma dla niego praca laboratoryjna (jako prawdziwa praca u podstaw, polegająca na oglądzie komórek), wciąż przynosząca dreszcz emocji wynikający z możliwości dokonania odkrycia, to nie waha się ujawnić własnych rozterek.
Ta dynamika widoczna jest właściwie w całej książce, więc radości z kolejnych przełomów towarzyszy uczciwe informowanie o nadużyciach (kończących się nawet w więzieniu) niektórych naukowców. W ostatnich partiach książki Mukherjee opisuje badania, jakie wraz ze swoim współpracownikiem Toghrulem Jafarovem prowadził nad – mówiąc rzecz jasna w niezwykłym uproszczeniu – produkcją chrząstki w stawach. Opis kończy, pozbawione triumfalizmu, aczkolwiek optymistyczne zdanie: „Byliśmy nieco bliżej stworzenia nowego rodzaju stawu” (s. 461). Tymczasem na sąsiedniej i kolejnej stronie w krótkich obrazach tego, co nadchodzi (np. rozwoju neuronów organoidów mózgowych), Mukherjee uwydatnia rysy wzbudzające niepokój. Medyczne zdobycze i rozszerzające się możliwości stosowania nowoczesnych terapii budzić mogą zachwyt i optymizm, nie usuwają wszak z pola widzenia wielu pytań. Temu służy choćby odwołanie do słynnej powieści „Nie opuszczaj mnie” Kazuo Ishiguro, pozornie wciąż mieszczącej się w kategorii science fiction i opowiadającej o klonach, których przeznaczenie sprowadza się do służenia jako dawcy narządów dla swych „pierwowzorów”. Mukherjee zastanawia się zatem nad granicami wykorzystania inżynierii komórkowej w celu ulepszania człowieka, odnosząc się do wielu wątpliwości wypowiadanych przez filozofów, choćby Michaela Sandela.
Zdaje się jednak, że autor „Pieśni komórek” – przy świadomości etycznych zagrożeń – stoi po stronie „nowych ludzi”, czyli osób, których „organizm został naprawiony z wykorzystaniem zmodyfikowanych komórek” (s. 25). Jeśli ktoś myśli, że chodzi o postaci rodem z literatury i filmów science fiction, to narracja badacza może zadziałać otrzeźwiająco, ponieważ „nowi ludzie” doświadczają terapii powszechnie znanych, dostępnych i akceptowalnych. Mukherjee wymienia na przykład stymulowanie elektrodami neuronów w przebiegu leczenia depresji, eksperymentalne przeszczepy szpiku przy anemii sierpowatej czy podawanie wirusa mającego obniżyć poziom cholesterolu. Nawet jeśli wiemy, że jest to medycyna najnowszej generacji, którą musiały poprzedzić lata wytężonej pracy laboratoryjnej, to terminologia określająca jednostki chorobowe, wykorzystujące zaawansowane terapie komórkowe, mieści się już w polu wiedzy ogólnej. Mukherjee przypomina wszak, jak wiele zdobyczy współczesnej medycyny – i to takich, które uważamy za szeroko dostępne – ma swój początek właśnie w przewrocie w biologii komórkowej. Wynalezienie antybiotyków czy szczepionek, chemioterapia i immunoterapia, przeszczepy, transfuzje, wytwarzanie insuliny, zapłodnienie in vitro (lista oczywiście nie jest pełna) – to wszystko znaki „epoki komórki” (s. 28). Lepsze rozumienie podstawy życia, czyli komórki, przekłada się zatem bezpośrednio na rozwój medycyny i jednocześnie każe inaczej definiować granice między działaniem zmierzającym do uwolnienia człowieka od konkretnej choroby a ulepszaniem ciała. Z jednej strony mamy zatem zaburzenia wzrostu, z drugiej – wydłużanie kończyn, co prowokuje autora do sekwencji pytań: „Co jeśli inżynieria komórkowa lub inżynieria genetyczna posłużą do zapobiegania potencjalnej chorobie? Co jeśli wstrzykniemy komuś komórki macierzyste produkujące chrząstkę do stawu kolanowego, zanim jeszcze dojdzie do zmian zwyrodnieniowych? Nie da się przecież przewidzieć ze stuprocentową pewnością, że zmiany te na pewno by wystąpiły” (s. 464). Sekundując badaczom (i sam będąc jednym z nich), Mukherjee wie, że wkroczyliśmy w epokę „nowych ludzi”, stanowiących „nowe sumy nowych elementów” (s. 468).
Nie usuwa to jednak pytania o tożsamość „nowego człowieka”. By zobrazować problem, Mukherjee przywołuje grecką przypowieść o statku Tezeusza: „Deski tego statku gniją pod wpływem wody morskiej i trzeba je wymieniać jedną po drugiej. Żadna z oryginalnych desek się nie ostaje. Czy jednak sam statek się zmienił? Czy to w ogóle ten sam statek co dawniej? Brzmi to jak metafizyka – ale wczorajsza metafizyka potrafi stać się jutrzejszą nauką” (s. 419). Powyższa rozterka w „Pieśni komórek” rozpisywano w wielu wariantach. W niektórych przypadkach społeczny konsensu jest oczywisty, a procedury proponowane z poziomu biologii komórkowej nie wzbudzają żadnej kontrowersji (np. kiedy myślimy o powstrzymywaniu chorób neurodegeneracyjnych i starości); w innych – jak w ocenie procedury in vitro – do głosu dochodzą wciąż kwestie światopoglądowe, religijne oraz zwyczajne uprzedzenia. Mukherjee, obalając część mitów, zauważa, że zapłodnienie in vitro „(…) zalicza się do terapii komórkowych stosowanych najpowszechniej. Jest dostępne od ponad czterech dekad, według szacunków pozwoliło przyjść na świat ośmiu-dziesięciu milionom dzieci” (s. 143). Ciężar sporów przeniósł się (przynajmniej na świecie, bo w Polsce uznanie wagi procedury in vitro i finansowanie jej z budżetu państwa wyraźnie wiąże się z reprezentowaną opcją polityczną) na zasady edycji genomu ludzkich zarodków, co zdaniem naukowca jest tyleż przedsięwzięciem trudnym i obarczonym wątpliwościami etycznymi, co nieodzownym. Mukherjee przyznaje: „(…) manipulowanie ludzkim genomem za pomocą doboru zarodków lud edycji genów w celu powstrzymywania chorób, a nawet zapewniania ludziom nowych cech, wydaje się nieuchronną przyszłością medycyny. Procedura in vitro służyła początkowo do leczenia niepłodności, obecnie jednak zyskała nową funkcję: próbuje się ją wykorzystać do usuwania problemów, wad, słabych punktów. W samym centrum tej terapii znajduje się zapłodniona komórka jajowa, ludzka zygota coraz bardziej podatna na manipulacje, z zatem wymagająca coraz uważniejszej ochrony” (s. 169).
W kolejnych rozdziałach książki Mukherjee przeprowadza czytelników i czytelniczki przez różne wymiary wiedzy o komórkach po to, by opowiedzieć o życiu z poziomu jego podstawowej jednostki. Rozpoczyna od momentu, kiedy komórka uzyskuje widzialność, przybliżając odkrycia pionierów, którzy jako pierwsi „zobaczyli komórki” i ustanowili podwaliny pod nową gałąź nauki, czyli biologię komórkową (badacza interesuje bowiem właśnie biologia komórkowa, a nie historia komórek; ta druga opowieść musiałaby uwzględnić perspektywę około 4 miliardów lat wcześniejszą, gdy pojawiły się najprymitywniejsze przodkinie dzisiejszych komórek, a i tak wiązałaby się z kwestią „ewolucyjnej tajemnicy” [s. 99-101]). Przygląda się budowie komórki i jej funkcjom; komórce zdrowej i chorej; działaniom komórki na rzecz potrzeb organizmu wielokomórkowego; komórce jako budulcowi narządów itd. Układa się to w swoisty „parlament komórek” (s. 293) czy „kosmos komórek” (s. 312). Podobnych metaforycznych określeń jest zresztą bardzo dużo. Nie tylko oddają rytm i kompozycyjny zamysł książki (przechodzenie od „cząstki elementarnej” do „cywilizacji komórek”), ale i sugestywność języka lekarza, który staje się pisarzem przekonanym o sile i znaczeniu metafor. Obraz „astronauty eksplorującego nieznany statek kosmiczny” (s. 110) otwiera część poświęconą budowie komórki; neutrofile stanowią „armię młodych żołnierzy wysyłanych przez organizm do bitwy” (s. 219), a komórka macierzysta jest jak król lub bóg tworzący swoją zapasową kopię (zob. s. 399-400).
Te środki literackie służą w gruncie rzeczy możliwości usłyszenia tytułowej „pieśni komórek”. Mukherjee ma do dyspozycji wyspecjalizowane oko badacza, co ujawniają fragmenty opisów jego laboratoryjnych prac: „Siedzę przy mikroskopie w zaciemnionym pokoju, pod ręką mam notatnik, mamroczę pod nosem, oglądając kolejne preparaty. To stary nawyk: ktoś, kto przypadkiem zabłąkałby się do laboratorium, uznałby mnie zapewne za wariata. (…) Tę część dnia zdecydowanie lubię najbardziej. Liczba, barwa, kształt, rozmiar. Uwielbiam oglądać komórki, czuję się jak ogrodnik, który starannie bada wzrokiem kwiaty i drzewa, ich liście, ziemię u podstawy łodygi, otwory wydziobane w pniu przez dzięcioła. Krew szepcze do mnie – ale tylko, gdy jestem gotów, by ją usłyszeć” (s. 192-193). W innej sytuacji jest większość czytelników i czytelniczek, medycznych laików, opierających swoje rozumienie zawiłości biologii komórkowej właśnie na metaforach. Mukherjee dowodzi, że muzyka komórek, rodzaj sekretnego języka, ujawnić się może w holistycznym ujęciu, gdy przedstawiamy komórkę jako element więziotwórczy, część wzajemnych połączeń, interakcji z otoczeniem oraz z różnymi gałęziami nauk i języków.
„Uwodzicielska pieśń komórek” (s. 254) przyciąga z jeszcze jednego powodu: otóż bogactwu wiedzy i wielokierunkowemu rozwojowi towarzyszy też poczucie niemocy, które najdobitniej obnażyła pandemia, określona jako „niemal biblijny upadek” (s. 318). Doświadczenie pandemii zmusza do przyznania, że wiele aspektów biologii komórkowej „musiało zostać przemyślanych na nowo” (s. 323), a badacze – mimo triumfu w postaci wynalezienia szczepionek – pozostają w poczuciu niewiedzy. „Koronawirus przypomniał – konkluduje Mukherjee – że musimy być bardziej pokorni. Otaczają nas cienie, duchy i kłamcy” (s. 328), a ostatecznie naukowcy nie wiedzą nawet, jakiej wiedzy im brakuje. Tak oto komórka – choć pozornie dokładnie zbadana – nieprzerwanie pisze historię zdrowia i choroby.
Siddhartha Mukherjee: „Pieśń komórek. Nowa epoka medycyny”. Przeł. Jan Dzierzgowski. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2024.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

