GREEN BOX ('WICKED', REŻ. WOJCIECH KĘPCZYŃSKI)
A
A
A
Nie ukrywam, że na „Wicked” w reżyserii Wojciecha Kępczyńskiego wybrałam się z ambiwalentnym nastawieniem: podekscytowaniu towarzyszyła świadomość, że mogę się rozczarować. W każdym razie z początku (po ogłoszeniu przez Teatr Muzyczny „Roma” nowego sztandarowego tytułu w lipcu 2024 roku) oczekiwania miałam wielkie; adekwatne do rozmachu, na jaki zasługuje inscenizacja hitu, który w ciągu ponad dwóch dekad podbił serca rzeszy widzów na całym świecie. Książka, na której kanwie został on luźno osnuty, stanowi rewizję opowieści znanej z „Czarnoksiężnika z krainy Oz”. Zainspirowany tym klasycznym dziełem Gregory Maguire przedstawił w swojej powieści z 1995 roku alternatywne spojrzenie na Złą Czarownicę z Zachodu, antagonistkę Dorotki, przez ukazanie wcześniejszych zdarzeń – historii mroczniejszej, ale też bardziej zniuansowanej. Złagodziwszy hardcorową fabułę tak, by nadawała się na widowisko familijne, Stephen Schwartz i Winnie Holzman stworzyli musical, który święci triumfy od broadwayowskiej premiery w 2003 roku.
Protagonistką jest zielonoskóra Elfaba, z powodu tej wyraźnej odmienności uznawana za na pół śmieszną, na pół odpychającą. Przybywa na uniwersytet Shiz jako opiekunka niepełnosprawnej siostry – ukochanej córki gubernatora – a poniekąd przypadkiem zostaje tam przyjęta. Jej współlokatorką okazuje się diametralnie od niej inna Galinda (później zmienia imię na Glinda), próżna, słodka blondynka otaczana uwielbieniem, typowa szkolna gwiazda, która uprzykrza Elfabie życie (i vice versa). Choć rówieśnicy poniżają zielonoskórą dziewczynę, rektor uczelni Madame Maskudna szybko dostrzega jej wybitny talent magiczny i powiadamia samego potężnego Czarnoksiężnika, który spełnia skryte marzenie Elfaby: zaprasza ją do Szmaragdowego Miasta na audiencję. Tymczasem dzieją się niepokojące rzeczy: postępuje systemowe wykluczenie Zwierząt (dotąd równych ludziom), propaguje się trzymanie ich w klatkach „dla ich dobra”, ba, niektóre znikają w tajemniczych okolicznościach.
W „Wicked” mamy do czynienia z mariażem gwarantującym sukces: chwytliwymi songami i głębszym przesłaniem – ponadczasową refleksją nad relatywnością ocen moralnych, hipokryzją i wiernością sobie, krzywdzącymi stereotypami i nietolerancją oraz nad tym, jak mylne bywają pozory. Do wymienionych idei, które automatycznie kojarzą mi się z owym tytułem, twórcy kompendium musicalowego dodają kolejne, bardziej konkretne: „Tłem dla głównego wątku [według autorów: trudnej przyjaźni Elfaby i Glindy – K.Sz.] są (…) problem[y] płciowości osób z niepełnosprawnościami (siostra Elfaby porusza się na wózku inwalidzkim (…)), przeciwdziałania mechanizmom dyskryminacyjnym (przemiany społeczne w krainie Oz, za sprawą których zwierzęta tracą mowę i wolność) oraz roli, jaką w polityce spełnia propaganda (…)” (Borkowski i in. 2023: 271). Spod rozczulająco-naiwnej baśniowej otoczki wyłaniają się więc kwestie poważne: zarówno społeczno-polityczne (rasizm, populizm), jak i dotyczące relacji rodzinnych czy indywidualnej psychiki (zdrady, odtrącenie przez najbliższych, ale też fasada, jaką człowiek buduje niekiedy w złych zamiarach, a czasem po to, aby za beztroską ukryć niepokój i cierpienie). Do podręcznikowych przejawów populizmu należy kreowanie rzekomego wspólnego wroga w celu zatuszowania własnych machinacji i pociągnięcia za sobą mas. Jednym z takich kozłów ofiarnych staje się, nomen omen, kozioł Dillamond, wykładowca w Shiz. Elfaba sprzeciwia się prześladowaniu słabszych, ale „Wicked” nie jest pokrzepiającym dziełkiem o superbohaterce zwieńczonym happy endem – nie tylko dlatego, że młoda czarownica zostaje publicznie wyklęta, lecz także z powodu nieprzewidzianych konsekwencji jej dobrych chęci. Zresztą większość postaci ma niejednoznaczne intencje i przeżywa konflikty, których sprężyną są dwa przemożne motywy: pragnienie władzy i pragnienie bycia kochanym.
Moją ciekawość tego, jak owe wątki zostaną zaprezentowane w pierwszej polskiej inscenizacji, jeszcze podsycił film w reżyserii Jona M. Chu z Arianą Grande i Cynthią Erivo w rolach głównych, którego pojawienie się w naszym kraju zaledwie o cztery miesiące poprzedziło premierę wersji teatralnej (odbyła się ona 5 kwietnia 2025 roku). Warto wspomnieć, że kinowy obraz „prequelu” historii z krainy Oz dostał Oscary za scenografię i za kostiumy (plus osiem innych nominacji) i przebił się do świadomości osób spoza fandomu. Symptomatyczny zdaje się przypadek teoretyka fantastyki i groznawcy Krzysztofa M. Maja, który swoją wideorecenzję zatytułował „Obejrzałem musical (i nie umarłem)”, a jej opis rozpoczął dobitnie: „Piekło zamarzło, spodobał mi się musical” (zob. Maj 2024). Sama przyznaję, że choć przebój „Defying Gravity” od dawna znałam na pamięć, wzruszyłam się tym kulminacyjnym momentem filmu i utwierdziłam w przekonaniu, że muszę zobaczyć inscenizację.
Trochę jednak ostudziły mój zapał reakcje w facebookowej grupie „uMUSICALnieni” na przedpremierową konferencję prasową „Romy” z 1 kwietnia, a także niektóre wypowiedzi już po spektaklu. Naturalnie, nie brakuje też entuzjastycznych, ale ponieważ mam słabość do musicali jako takich, na głosy wypunktowujące niedostatki zwracam szczególną uwagę. Zafrapował mnie fragment jednej z bardziej krytycznych ocen: „[C]zego nie mogę wam darować, to brak »bańki« Glindy. Dlaczego nasza Glinda nie lata? (…) Kostiumy i peruki na żywo bolą chyba jeszcze bardziej niż na zdjęciach (…). [R]zecz, która sprawia, że mam ochotę krzyczeć, to pusta scena. Nie sądziłam, że aż tak zabraknie scenografii. Że w I Am Not That Girl nie będzie ogrodu, latarni (…), że Emeraldowa Stolica będzie jedynie projekcją w tle i nie miniemy ani jednej zabudowy, stoiska, elementów infrastruktury, czegokolwiek. Brakuje mi smoka, brakuje mapy Oz, brakuje zabudowy Shiz (…)” (Włazowska 2025). Pogląd to przypuszczalnie skrajny, lecz nieodosobniony, o czym świadczą słowa autorki bloga „Pamiętnik (pop)kulturowy”: „Z wyjątkiem kilku mebli spektakl korzysta wyłącznie z wizualizacji wyświetlanych na ekranach multimedialnych, które jeszcze powiększają scenę. Niestety, szkodzą tym realizacji, bo tylko bardziej podkreślają wszechobecną pustkę” (Zielińska 2025).
Pomyślałam, że być może cała para poszła w gwizdek, tzn. na marketing zamiast na realizację, bo „Roma” jak zawsze rozkręciła ogromną kampanię promocyjną swojego aktualnie głównego przedstawienia (tu „identyfikacji wizualnej marki” sprzyja asocjacja „Wicked” z kolorem zielonym, który wszedł czasowo nawet do logo teatru). Przytoczne opinie zweryfikowałam 20 czerwca i opuściłam widownię z innymi odczuciami, zapewne poniekąd dlatego, że faktycznie spodziewałam się przelewania z pustego w próżne. Owszem, przelewało się, ale od ilości bodźców (przynajmniej w odbiorze mojego neuroatypowego mózgu), gdyż sceny zmieniają się niczym w kalejdoskopie. Zauważmy, że film trwa 160 minut, czyli niemal tyle, ile spektakl, a przecież to jedynie połowa całości – na razie do kin trafił odpowiednik pierwszego aktu! I wcale się nie dłuży. W wersji teatralnej akcja jest więc skondensowana i zanim widz zacznie dumać, czy przestrzeń przed jego oczami nie wygląda pustawo, musi się przestawić na percypowanie nowej scenografii związanej z kolejną odsłoną.
Wprawdzie oprawa wizualna w większości została wygenerowana komputerowo – opiera się na projekcjach z użyciem ścian LED, które „Roma” od kilku lat wykorzystuje w wielkoformatowych przedstawieniach – jednak nie przypomina wygaszacza ekranu, zawiera różne detale. Ponadto wizualizacje takie paradoksalnie dodają scenie głębi i perspektywy, np. dzięki wyświetleniu panoramy Szmaragdowej Stolicy na półprzezroczystej kurtynie zyskuje ona kilka planów. Nawiązując do barwy skóry Elfaby, przyrównałabym rezultat do tytułowego green boxu, będącego techniką realizacji filmowej umożliwiającą stworzenie dowolnej scenerii poprzez zastąpienie zielonego tła, na którym występuje aktor, wybranym innym obrazem. Z projekcjami współgrają efekty świetlne i laserowe (za które odpowiada Marc Heinz) – najprostszym, acz znaczącym, jest podział wspólnego pokoju protagonistek za pomocą świateł na dwie połowy. Być może rozwiązania przyjęte w „Romie” wydają się zbyt nowoczesne, a za mało „magiczne”, ale czyż technologie cyfrowe nie są naszą dzisiejszą magią? Zresztą nie zrezygnowano z dekoracji na ruchomych platformach, wspieranych przesłonami po bokach i znad sceny, ani z rekwizytów, takich jak kabriolet, którym przyjeżdża książę Fijero (ten moment przywodzi na myśl „Grease”), robiąca wrażenie machina Czarodzieja (tu ukłon w stronę techników) czy lewitująca księga zaklęć. Nie brakuje pomysłowych konceptów, np. triumfalne wzniesienie się Elfaby na miotle wyszło magicznie i realistycznie zarazem – tak że widz w pewnym sensie też może przeżyć uniesienie.
Mimo modyfikacji w stosunku do spektakli z Broadwayu i West Endu (warszawski teatr zwykle dostaje glejt na wersję non-replica) nie dołączam do pomstujących na owe zmiany. Sądzę, iż tak doświadczony reżyser jak Kępczyński oraz scenograf Mariusz Napierała wiedzieli, co robią, i zdołali wyczarować świat barwny i fantastyczny, który nie wygląda ubogo. A że nie jest on równie urzekający wizualnie jak film? Że pod względem rozmachu odstaje od nowojorskiej odsłony tego tzw. megamusicalu? Przykładowo wystawiany w „Romie” jukebox „We Will Rock You” epatował odbiorców przepychem inscenizacyjnym (acz też w dużej mierze za sprawą paneli LED), który w mojej ocenie jednak nie w pełni rekompensował wątłą fabułę. W „Wicked” następuje tyle zwrotów akcji i przemian w świadomości postaci, że może lepiej nie przedobrzyć z efektami, żeby wszyscy poza ludźmi, którzy streściliby fabułę wybudzeni w środku nocy, mieli szansę logicznie powiązać decyzje bohaterów i poszczególne wątki. (Myślę choćby o pojawiającej się „znikąd” – czyli z uniwersum „Czarnoksiężnika z krainy Oz” – Dorotce i zmontowanej przez nią drużynie pogromców Złej Czarownicy z Zachodu; wszak w Polsce książka Lymana Franka Bauma ani chyba film z Judy Garland nie są tak powszechnie znane jak w USA). Jeśli czegoś na deskach teatru brakuje, to rozbudowanej choreografii. Nie mówię jedynie o imponujących układach dużego zespołu baletowego, gdyż nawet „Dancing Through Life” wbrew tytułowi nie podrywa publiczności z krzeseł. Wkład Agnieszki Brańskiej kierującej ruchem scenicznym mogę docenić w tym zakresie, że zmiany scen wychodzą bardzo płynnie.
Cytowana już recenzentka puentuje temat niezagospodarowanej przestrzeni: „Moim zdaniem »Wicked« należy oglądać wyłącznie przez lornetkę, bo dzięki temu zawężonemu polu widzenia umyka nam przeraźliwa pustka na scenie i możemy skupić się na szczerej radości Elfaby na wiadomość o spotkaniu z Czarodziejem czy rozpaczy Glindy, która pośród rozbawionych mas opłakuje przyjaciółkę” (Zielińska 2025). Twierdzę, że również krótkowidz bez lornetki może się na tych emocjach skoncentrować – właśnie po to popisowe utwory solowe (tu np. „Czarodziej i ja”) przeważnie są w musicalach pozbawione feerycznej oprawy, by dodatkowe bodźce nie odwracały uwagi od mimiki, gestów i oczywiście słów w najbardziej melodramatycznych lub wstrząsających punktach fabuły. Dotyczy to często także duetów, w tym „For Good” („Do cna”), czyli jednej z najpiękniejszych w ogóle, według mnie, piosenek o przyjaźni. Zresztą – jak wspominałam już czytelnikom „artPAPIERu” – nawet w megamusicalach szukam zwłaszcza czegoś, co porusza. Poprzestając na przykładach z „Romy”: w „Pilotach” nie musiałby wybuchnąć zestrzelony samolot, bym odczuwała tragizm dylematów Niny i Jana, w „Waitress” (kameralnym, ale granym na dużej scenie) wystarczy skromny sztafaż, a rozdzierające serce „Miałam jej twarz” i tak wbija w fotel. Bronię zatem koncepcji realizatorskiej „Wicked”, gdyż na scenie dzieje się dostatecznie wiele, a jeszcze więcej – w relacjach między postaciami i w ich psychice.
Bodaj wszyscy bohaterowie ewoluują, i to w różnych kierunkach, co udanie pokazują aktorzy (ściślej: ci, których oglądałam). Spektakl jest wyzwaniem pod względem zarówno aktorskim, jak i wokalnym, nic więc dziwnego, że w castingu wyłoniono niemal same znane nazwiska polskiego środowiska musicalowego (czy da się debiutować główną rolą w megamusicalu to kwestia na osobny artykuł), dające gwarancję odpowiednich umiejętności warsztatowych. Ograniczę się do opisu obsady z 20 czerwca, bo wiadomo, że każdy wykonawca inaczej „czaruje”. Jak zażartował znawca gatunku, „[a]ktorki musicalowe dzielą się na dwie kategorie: pierwsza to te, które oddałyby parę lat życia za to, żeby zagrać Glindę; druga – te, które chętnie pożegnałyby się z jedną nerką, żeby zagrać Elfabę” (Mikołajczyk 2022). Role protagonistek są zaszczytem, lecz zarazem na barkach ich odtwórczyń spoczywa największy ciężar, chociażby oddania skomplikowanych charakterów obu kobiet.
Natalia Krakowiak jako empatyczna i wrażliwa, a równocześnie zdeterminowana Elfaba wypada brawurowo w każdej scenie, oczywiście na czele z zapierającym dech w piersi protest songiem „Defying Gravity” („Z grawitacji kpić”), ale jej głęboki głos potrąca emocjonalną strunę zarówno w pełnym rozpaczy i wściekłości „No Good Deed” („Zawsze źle kończy dobro”), jak i w czułym „As Long As You’re Mine” („Dopóki cię mam”). Mimo że z czarownicą-outsiderką wiąże się nadrzędny wątek dramaturgiczny, to przecież druga z bohaterek tylko na początku wydaje się postacią komediową, a w toku akcji staje przed poważnymi wyborami etycznymi, i Anna Federowicz celnie prezentuje te rozmaite oblicza. Najpierw nieznośna w swym narcyzmie G(a)linda („Nic na to nie poradzę, że jestem taka fajna”) będzie przede wszystkim wdzięczną trzpiotką, jak w piosence „Popular” („Wzięcie mieć”), potem ambitną kobietą, która nie ugnie się przed niczym, by osiągnąć cel, to znów popadnie w melancholię po zawodzie miłosnym („Thank Godness” – „Lepiej już nie da się”), wreszcie stanie przed mieszkańcami Manczkinlandii z zamiarem bycia godną władczynią. Co też istotne, relacja protagonistek jest na tyle intensywna, na ile pozwala zagęszczenie wydarzeń; jeśli ich przemiana z zaprzysięgłych wrogiń w sojuszniczki lub nawet przyjaciółki jawi się jako średnio wiarygodna, to nie z powodu braku fluidów między aktorkami, lecz, rzekłabym, luki scenariuszowej polegającej na nieodpokutowaniu przez Glindę winy. Niemniej Federowicz i Krakowiak wydobywają z bohaterek tę zażyłość i czułość, która ujawnia się między nimi w chwili rozstania.
Również pozostali wykonawcy trzymają klasę. Janek Traczyk (Fijero) – jeden z czołowych amantów polskiej sceny musicalowej, nie pierwszy raz współpracujący z „Romą” – może niespecjalnie popisał się tanecznie w solowym „Życie to bal”, natomiast w miłosnym duecie „Dopóki cię mam” potwierdził swój romantyczny sznyt. Istnieje pogląd, jakoby postać Fijera była scenariuszowo zbędna, ale według mnie jest ważnym nośnikiem konfliktu i katalizatorem decyzji protagonistek, które determinują ich losy. Damian Aleksander do swych niezliczonych ról dodał Czarodzieja i sprawił, że ten chytry i cyniczny szarlatan może budzić nie tylko niesmak, lecz także litość. Jako przewrotna Madame Maskudna wystąpiła Katarzyna Walczak (wybitna Diana z „next to normal” w teatrze „Syrena”), którą notabene widziałam też w „Kapitanie Żbiku i żółtym saturatorze” Wojciecha Kościelniaka razem z Maciejem Dybowskim, wcielającym się w „Wicked” w Boqa. To niby niewielka rola, ale wymaga ukazania zarówno beznadziejnego zauroczenia, jak i lęku i nienawiści wobec innych bohaterek, które przyczyniają się do nieszczęścia niepozornego Manczkina i jego fizycznej transformacji. Grana przez Marię Juźwin Nessaroza przede wszystkim stanowi kontrast dla Elfaby. Tu muszę sprostować fragment cytatu z kompendium musicalowego, że wprowadza ona motyw płciowości osób niepełnosprawnych, sugerujący, jakoby chodziło o erotykę, podczas gdy chodzi o psychikę – szaleńczo zakochana Nessaroza posuwa się do zniewolenia obiektu swoich uczuć. Obserwujemy tu więc różnorakie reakcje na kompleksy spowodowane odstawaniem od normy i brakiem (samo)akceptacji.
Z kolei wśród publiczności różnorakie reakcje wzbudziły też „odlotowe”, jak na fantastykę przystało, stroje. Zgadzam się z twierdzeniem: „Nieprzekonująco wypadają (…) zaczarowane małpy i Doktor Dillamond – momentami trudno się domyślić, że aktorzy wcielają się w zwierzęta, a przecież wątek uciśnionych czworonogów jest jedną z ważniejszych linii fabularnych spektaklu” (Sąder 2025), aczkolwiek to raczej wina braku charakteryzacji twarzy. Jeśli mowa o samych kostiumach, przywoływana już recenzentka zauważa: „Choć widać, że artystka [Martyna Kander – K.Sz.] miała pomysł na główne postaci, to wykonanie niektórych strojów pozostawia wiele do życzenia, szczególnie w kwestii doboru materiałów. (…) Nie potrafię też pojąć, dlaczego wszyscy mieszkańcy Manczkinlandii otrzymali identyczne stroje i bardzo nietwarzowe, sztucznie wyglądające fryzury” (Zielińska 2025). Na drugi zarzut odpowiem, że może ideą było właśnie zobrazowanie uniformizacji, tego, jak jednostki stają się bierną masą podatną na populistyczne hasła i przekonaną o swojej słuszności (zob. utwór „No One Mourns the Wicked” – „Kto by współczuł ludziom złym”) oraz nienawidzącą odmienności. À propos fryzur: po konferencji prasowej „Romy” pojawiły się obiekcje co do prezencji Fijera, która nie kojarzy się ani z księciem, ani z postacią fantasy, gwoździem do wizerunkowej trumny jest zaś blond peruka. Rzeczywiście, w uczelnianej bluzie bohater przypomina Kurta i Rama z musicalu „Heathers”, a wściekle jasnymi włosami – Kena z filmu „Barbie”. Niemniej uważam, że ulizana fryzura i lśniąca sportowa kurtka mają podkreślać image beztroskiego lalusia, który pasuje do równie przerysowanej różowej „Barbie”, Galindy, i kontrastować z jego późniejszymi wyborami oraz z dramatyczną zmianą fizyczną, jakiej doświadcza.
Skoro już tłumaczę decyzje realizatorskie, czas na zagadnienie tłumaczenia… piosenek. To – w przeciwieństwie do chyba maszynowej translacji napisów w filmie – należy uznać za dokonaną z wyczuciem interpretację, zgrabnie radzącą sobie nawet z grami językowymi („for good / for the better” w „Do cna”), ale zgrzyt na tym polu byłby zaskoczeniem, wszak za przekład odpowiada Michał Wojnarowski, tłumacz musicalowy i dubbingowy, kierownik literacki „Romy”. Tekst musi, rzecz jasna, tyleż mieć sens, co harmonizować z muzyką, która jest siłą nośną fabuły i którą w „Wicked” znakomicie wykonuje zespół pod kierownictwem Jakuba Lubowicza.
W pewnym dialogu pada aluzyjne hasło „zielony ład”, na co ktoś mógłby odrzec, że w spektaklu panuje raczej nieład. Sądzę jednak, iż ostatecznie – zwłaszcza dzięki wysokiej próby aktorstwu – udało się skonstruować świat przedstawiony, w którym widz może się zanurzyć, nawet jeśli nie do końca oddaje on klimat „idealnego” (zgodnego z czyimiś oczekiwaniami) Oz. Co zaś najważniejsze, pierwsza polska inscenizacja musicalu o „złej” czarownicy nie gubi jego przekazu. Po pierwsze, chodzi o wątpliwość, którą zasiewa w słuchaczach Glinda jako Dobra Czarownica z Północy, pytając na początku wprost: „Czy ludzie rodzą się źli? Czy zło zostaje im narzucone?”. Czy zatem ktoś, kogo a priori uważa się za nikczemnego, w istocie jest taki, czy mamy do czynienia z manipulacją świadomością zbiorową? Autorytet może być hochsztaplerem, podział na prawych i niegodziwych okazuje się względny, a ogląd sytuacji zależy od perspektywy.
Po drugie, chodzi o łatwość stania się oprawcą, gdy uzna się ofiarę za zasługującą na swój los. Aktualny zdaje się wydźwięk polityczny „Wicked”, który rozpalił opinię publiczną w USA po premierze filmu: łatwo dostrzec opozycję między autorytarnymi, opresyjnymi rządami w Oz a „lewicowym” humanitaryzmem i inkluzywną postawą Elfaby (zob. Januszewska 2024). W szerszym rozumieniu bohaterka występuje przeciwko zniewoleniu, także przez spreparowane informacje i opinio communis. I tu rodzą się pytania: czy można negocjować z systemem i przeobrażać go od środka, czy jednak każdego dobrodusznego reformatora (konformistę?) system przerobi na własną modłę? Czy pozostaje tylko bunt i kontestacja, również skazana na klęskę, bo samotna?
Madame Maskudna nazywa niepełnosprawną Nessarozę „tragicznie piękną”, na co Elfaba przedstawia się jako druga córka gubernatora, ta „pięknie tragiczna”. „Wicked”, choć zawiera elementy humorystyczne i daje promyk nadziei, jest musicalem podszytym tragiczną diagnozą mechanizmów społecznych, psychologicznych i politycznych, ale również w „Romie” ta bolesna baśń została podana w pięknej oprawie. A jeśli ktoś zaoponuje niczym autorzy bardziej krytycznych recenzji? Cóż, odpowiem tak jak Fijero Elfabie: można dostrzec w czymś piękno, gdy spojrzy się z innej perspektywy.
Literatura:
Borkowski M., Mikołajczyk M., Zawada M.: „Ten cały musical”. Kraków 2023.
Januszewska P.: „Faszyzm w krainie Oz”. „Krytyka Polityczna”, 21.12.2024. https://krytykapolityczna.pl/kultura/film/faszyzm-w-krainie-oz-januszewska-o-wicked/.
Maj K.M.: „Obejrzałem musical (i nie umarłem) | Wicked: część pierwsza (recenzja bez spojlerów)”. Kanał „Krzysztof M. Maj” na YouTubie, 30.11.2024. https://www.youtube.com/watch?v=zkuU3u2RVnU.
Mikołajczyk J.: „»Wicked«. Dlaczego wszystkie aktorki marzą o roli w tym musicalu?”. Podcast „Nawet lubię musicale”, odc. 8, kanał Teatru Syrena na YouTubie, 6.08.2022. https://www.youtube.com/watch?v=PWA9tgImnz0&t=312s.
Sąder B.: „Nad Wisłą kraina Oz jest jeszcze bardziej zielona. Widzieliśmy »Wicked« teatru Roma”. Onet.pl, 3.04.2025. https://www.onet.pl/kultura/onetkultura/recenzja-spektaklu-wicked-w-teatrze-roma-jest-jeszcze-bardziej-zielono/j0cclvm,681c1dfa.
Włazowska W.: [Minirecenzja „Wicked”]. Profil grupy „uMUSICALnieni” na Facebooku, 24.04.2025. https://www.facebook.com/groups/2058688841026493/posts/4099884000240290.
Zielińska D.: „»Wicked«, Teatr Roma”. „Pamiętnik (pop)kulturowy”, [po 8.04.2025]. https://pamietnik-pop-kulturowy.blogspot.com/2025/04/wicked-teatr-roma.html.
[Dostęp do stron WWW: 11.07.2025].
Protagonistką jest zielonoskóra Elfaba, z powodu tej wyraźnej odmienności uznawana za na pół śmieszną, na pół odpychającą. Przybywa na uniwersytet Shiz jako opiekunka niepełnosprawnej siostry – ukochanej córki gubernatora – a poniekąd przypadkiem zostaje tam przyjęta. Jej współlokatorką okazuje się diametralnie od niej inna Galinda (później zmienia imię na Glinda), próżna, słodka blondynka otaczana uwielbieniem, typowa szkolna gwiazda, która uprzykrza Elfabie życie (i vice versa). Choć rówieśnicy poniżają zielonoskórą dziewczynę, rektor uczelni Madame Maskudna szybko dostrzega jej wybitny talent magiczny i powiadamia samego potężnego Czarnoksiężnika, który spełnia skryte marzenie Elfaby: zaprasza ją do Szmaragdowego Miasta na audiencję. Tymczasem dzieją się niepokojące rzeczy: postępuje systemowe wykluczenie Zwierząt (dotąd równych ludziom), propaguje się trzymanie ich w klatkach „dla ich dobra”, ba, niektóre znikają w tajemniczych okolicznościach.
W „Wicked” mamy do czynienia z mariażem gwarantującym sukces: chwytliwymi songami i głębszym przesłaniem – ponadczasową refleksją nad relatywnością ocen moralnych, hipokryzją i wiernością sobie, krzywdzącymi stereotypami i nietolerancją oraz nad tym, jak mylne bywają pozory. Do wymienionych idei, które automatycznie kojarzą mi się z owym tytułem, twórcy kompendium musicalowego dodają kolejne, bardziej konkretne: „Tłem dla głównego wątku [według autorów: trudnej przyjaźni Elfaby i Glindy – K.Sz.] są (…) problem[y] płciowości osób z niepełnosprawnościami (siostra Elfaby porusza się na wózku inwalidzkim (…)), przeciwdziałania mechanizmom dyskryminacyjnym (przemiany społeczne w krainie Oz, za sprawą których zwierzęta tracą mowę i wolność) oraz roli, jaką w polityce spełnia propaganda (…)” (Borkowski i in. 2023: 271). Spod rozczulająco-naiwnej baśniowej otoczki wyłaniają się więc kwestie poważne: zarówno społeczno-polityczne (rasizm, populizm), jak i dotyczące relacji rodzinnych czy indywidualnej psychiki (zdrady, odtrącenie przez najbliższych, ale też fasada, jaką człowiek buduje niekiedy w złych zamiarach, a czasem po to, aby za beztroską ukryć niepokój i cierpienie). Do podręcznikowych przejawów populizmu należy kreowanie rzekomego wspólnego wroga w celu zatuszowania własnych machinacji i pociągnięcia za sobą mas. Jednym z takich kozłów ofiarnych staje się, nomen omen, kozioł Dillamond, wykładowca w Shiz. Elfaba sprzeciwia się prześladowaniu słabszych, ale „Wicked” nie jest pokrzepiającym dziełkiem o superbohaterce zwieńczonym happy endem – nie tylko dlatego, że młoda czarownica zostaje publicznie wyklęta, lecz także z powodu nieprzewidzianych konsekwencji jej dobrych chęci. Zresztą większość postaci ma niejednoznaczne intencje i przeżywa konflikty, których sprężyną są dwa przemożne motywy: pragnienie władzy i pragnienie bycia kochanym.
Moją ciekawość tego, jak owe wątki zostaną zaprezentowane w pierwszej polskiej inscenizacji, jeszcze podsycił film w reżyserii Jona M. Chu z Arianą Grande i Cynthią Erivo w rolach głównych, którego pojawienie się w naszym kraju zaledwie o cztery miesiące poprzedziło premierę wersji teatralnej (odbyła się ona 5 kwietnia 2025 roku). Warto wspomnieć, że kinowy obraz „prequelu” historii z krainy Oz dostał Oscary za scenografię i za kostiumy (plus osiem innych nominacji) i przebił się do świadomości osób spoza fandomu. Symptomatyczny zdaje się przypadek teoretyka fantastyki i groznawcy Krzysztofa M. Maja, który swoją wideorecenzję zatytułował „Obejrzałem musical (i nie umarłem)”, a jej opis rozpoczął dobitnie: „Piekło zamarzło, spodobał mi się musical” (zob. Maj 2024). Sama przyznaję, że choć przebój „Defying Gravity” od dawna znałam na pamięć, wzruszyłam się tym kulminacyjnym momentem filmu i utwierdziłam w przekonaniu, że muszę zobaczyć inscenizację.
Trochę jednak ostudziły mój zapał reakcje w facebookowej grupie „uMUSICALnieni” na przedpremierową konferencję prasową „Romy” z 1 kwietnia, a także niektóre wypowiedzi już po spektaklu. Naturalnie, nie brakuje też entuzjastycznych, ale ponieważ mam słabość do musicali jako takich, na głosy wypunktowujące niedostatki zwracam szczególną uwagę. Zafrapował mnie fragment jednej z bardziej krytycznych ocen: „[C]zego nie mogę wam darować, to brak »bańki« Glindy. Dlaczego nasza Glinda nie lata? (…) Kostiumy i peruki na żywo bolą chyba jeszcze bardziej niż na zdjęciach (…). [R]zecz, która sprawia, że mam ochotę krzyczeć, to pusta scena. Nie sądziłam, że aż tak zabraknie scenografii. Że w I Am Not That Girl nie będzie ogrodu, latarni (…), że Emeraldowa Stolica będzie jedynie projekcją w tle i nie miniemy ani jednej zabudowy, stoiska, elementów infrastruktury, czegokolwiek. Brakuje mi smoka, brakuje mapy Oz, brakuje zabudowy Shiz (…)” (Włazowska 2025). Pogląd to przypuszczalnie skrajny, lecz nieodosobniony, o czym świadczą słowa autorki bloga „Pamiętnik (pop)kulturowy”: „Z wyjątkiem kilku mebli spektakl korzysta wyłącznie z wizualizacji wyświetlanych na ekranach multimedialnych, które jeszcze powiększają scenę. Niestety, szkodzą tym realizacji, bo tylko bardziej podkreślają wszechobecną pustkę” (Zielińska 2025).
Pomyślałam, że być może cała para poszła w gwizdek, tzn. na marketing zamiast na realizację, bo „Roma” jak zawsze rozkręciła ogromną kampanię promocyjną swojego aktualnie głównego przedstawienia (tu „identyfikacji wizualnej marki” sprzyja asocjacja „Wicked” z kolorem zielonym, który wszedł czasowo nawet do logo teatru). Przytoczne opinie zweryfikowałam 20 czerwca i opuściłam widownię z innymi odczuciami, zapewne poniekąd dlatego, że faktycznie spodziewałam się przelewania z pustego w próżne. Owszem, przelewało się, ale od ilości bodźców (przynajmniej w odbiorze mojego neuroatypowego mózgu), gdyż sceny zmieniają się niczym w kalejdoskopie. Zauważmy, że film trwa 160 minut, czyli niemal tyle, ile spektakl, a przecież to jedynie połowa całości – na razie do kin trafił odpowiednik pierwszego aktu! I wcale się nie dłuży. W wersji teatralnej akcja jest więc skondensowana i zanim widz zacznie dumać, czy przestrzeń przed jego oczami nie wygląda pustawo, musi się przestawić na percypowanie nowej scenografii związanej z kolejną odsłoną.
Wprawdzie oprawa wizualna w większości została wygenerowana komputerowo – opiera się na projekcjach z użyciem ścian LED, które „Roma” od kilku lat wykorzystuje w wielkoformatowych przedstawieniach – jednak nie przypomina wygaszacza ekranu, zawiera różne detale. Ponadto wizualizacje takie paradoksalnie dodają scenie głębi i perspektywy, np. dzięki wyświetleniu panoramy Szmaragdowej Stolicy na półprzezroczystej kurtynie zyskuje ona kilka planów. Nawiązując do barwy skóry Elfaby, przyrównałabym rezultat do tytułowego green boxu, będącego techniką realizacji filmowej umożliwiającą stworzenie dowolnej scenerii poprzez zastąpienie zielonego tła, na którym występuje aktor, wybranym innym obrazem. Z projekcjami współgrają efekty świetlne i laserowe (za które odpowiada Marc Heinz) – najprostszym, acz znaczącym, jest podział wspólnego pokoju protagonistek za pomocą świateł na dwie połowy. Być może rozwiązania przyjęte w „Romie” wydają się zbyt nowoczesne, a za mało „magiczne”, ale czyż technologie cyfrowe nie są naszą dzisiejszą magią? Zresztą nie zrezygnowano z dekoracji na ruchomych platformach, wspieranych przesłonami po bokach i znad sceny, ani z rekwizytów, takich jak kabriolet, którym przyjeżdża książę Fijero (ten moment przywodzi na myśl „Grease”), robiąca wrażenie machina Czarodzieja (tu ukłon w stronę techników) czy lewitująca księga zaklęć. Nie brakuje pomysłowych konceptów, np. triumfalne wzniesienie się Elfaby na miotle wyszło magicznie i realistycznie zarazem – tak że widz w pewnym sensie też może przeżyć uniesienie.
Mimo modyfikacji w stosunku do spektakli z Broadwayu i West Endu (warszawski teatr zwykle dostaje glejt na wersję non-replica) nie dołączam do pomstujących na owe zmiany. Sądzę, iż tak doświadczony reżyser jak Kępczyński oraz scenograf Mariusz Napierała wiedzieli, co robią, i zdołali wyczarować świat barwny i fantastyczny, który nie wygląda ubogo. A że nie jest on równie urzekający wizualnie jak film? Że pod względem rozmachu odstaje od nowojorskiej odsłony tego tzw. megamusicalu? Przykładowo wystawiany w „Romie” jukebox „We Will Rock You” epatował odbiorców przepychem inscenizacyjnym (acz też w dużej mierze za sprawą paneli LED), który w mojej ocenie jednak nie w pełni rekompensował wątłą fabułę. W „Wicked” następuje tyle zwrotów akcji i przemian w świadomości postaci, że może lepiej nie przedobrzyć z efektami, żeby wszyscy poza ludźmi, którzy streściliby fabułę wybudzeni w środku nocy, mieli szansę logicznie powiązać decyzje bohaterów i poszczególne wątki. (Myślę choćby o pojawiającej się „znikąd” – czyli z uniwersum „Czarnoksiężnika z krainy Oz” – Dorotce i zmontowanej przez nią drużynie pogromców Złej Czarownicy z Zachodu; wszak w Polsce książka Lymana Franka Bauma ani chyba film z Judy Garland nie są tak powszechnie znane jak w USA). Jeśli czegoś na deskach teatru brakuje, to rozbudowanej choreografii. Nie mówię jedynie o imponujących układach dużego zespołu baletowego, gdyż nawet „Dancing Through Life” wbrew tytułowi nie podrywa publiczności z krzeseł. Wkład Agnieszki Brańskiej kierującej ruchem scenicznym mogę docenić w tym zakresie, że zmiany scen wychodzą bardzo płynnie.
Cytowana już recenzentka puentuje temat niezagospodarowanej przestrzeni: „Moim zdaniem »Wicked« należy oglądać wyłącznie przez lornetkę, bo dzięki temu zawężonemu polu widzenia umyka nam przeraźliwa pustka na scenie i możemy skupić się na szczerej radości Elfaby na wiadomość o spotkaniu z Czarodziejem czy rozpaczy Glindy, która pośród rozbawionych mas opłakuje przyjaciółkę” (Zielińska 2025). Twierdzę, że również krótkowidz bez lornetki może się na tych emocjach skoncentrować – właśnie po to popisowe utwory solowe (tu np. „Czarodziej i ja”) przeważnie są w musicalach pozbawione feerycznej oprawy, by dodatkowe bodźce nie odwracały uwagi od mimiki, gestów i oczywiście słów w najbardziej melodramatycznych lub wstrząsających punktach fabuły. Dotyczy to często także duetów, w tym „For Good” („Do cna”), czyli jednej z najpiękniejszych w ogóle, według mnie, piosenek o przyjaźni. Zresztą – jak wspominałam już czytelnikom „artPAPIERu” – nawet w megamusicalach szukam zwłaszcza czegoś, co porusza. Poprzestając na przykładach z „Romy”: w „Pilotach” nie musiałby wybuchnąć zestrzelony samolot, bym odczuwała tragizm dylematów Niny i Jana, w „Waitress” (kameralnym, ale granym na dużej scenie) wystarczy skromny sztafaż, a rozdzierające serce „Miałam jej twarz” i tak wbija w fotel. Bronię zatem koncepcji realizatorskiej „Wicked”, gdyż na scenie dzieje się dostatecznie wiele, a jeszcze więcej – w relacjach między postaciami i w ich psychice.
Bodaj wszyscy bohaterowie ewoluują, i to w różnych kierunkach, co udanie pokazują aktorzy (ściślej: ci, których oglądałam). Spektakl jest wyzwaniem pod względem zarówno aktorskim, jak i wokalnym, nic więc dziwnego, że w castingu wyłoniono niemal same znane nazwiska polskiego środowiska musicalowego (czy da się debiutować główną rolą w megamusicalu to kwestia na osobny artykuł), dające gwarancję odpowiednich umiejętności warsztatowych. Ograniczę się do opisu obsady z 20 czerwca, bo wiadomo, że każdy wykonawca inaczej „czaruje”. Jak zażartował znawca gatunku, „[a]ktorki musicalowe dzielą się na dwie kategorie: pierwsza to te, które oddałyby parę lat życia za to, żeby zagrać Glindę; druga – te, które chętnie pożegnałyby się z jedną nerką, żeby zagrać Elfabę” (Mikołajczyk 2022). Role protagonistek są zaszczytem, lecz zarazem na barkach ich odtwórczyń spoczywa największy ciężar, chociażby oddania skomplikowanych charakterów obu kobiet.
Natalia Krakowiak jako empatyczna i wrażliwa, a równocześnie zdeterminowana Elfaba wypada brawurowo w każdej scenie, oczywiście na czele z zapierającym dech w piersi protest songiem „Defying Gravity” („Z grawitacji kpić”), ale jej głęboki głos potrąca emocjonalną strunę zarówno w pełnym rozpaczy i wściekłości „No Good Deed” („Zawsze źle kończy dobro”), jak i w czułym „As Long As You’re Mine” („Dopóki cię mam”). Mimo że z czarownicą-outsiderką wiąże się nadrzędny wątek dramaturgiczny, to przecież druga z bohaterek tylko na początku wydaje się postacią komediową, a w toku akcji staje przed poważnymi wyborami etycznymi, i Anna Federowicz celnie prezentuje te rozmaite oblicza. Najpierw nieznośna w swym narcyzmie G(a)linda („Nic na to nie poradzę, że jestem taka fajna”) będzie przede wszystkim wdzięczną trzpiotką, jak w piosence „Popular” („Wzięcie mieć”), potem ambitną kobietą, która nie ugnie się przed niczym, by osiągnąć cel, to znów popadnie w melancholię po zawodzie miłosnym („Thank Godness” – „Lepiej już nie da się”), wreszcie stanie przed mieszkańcami Manczkinlandii z zamiarem bycia godną władczynią. Co też istotne, relacja protagonistek jest na tyle intensywna, na ile pozwala zagęszczenie wydarzeń; jeśli ich przemiana z zaprzysięgłych wrogiń w sojuszniczki lub nawet przyjaciółki jawi się jako średnio wiarygodna, to nie z powodu braku fluidów między aktorkami, lecz, rzekłabym, luki scenariuszowej polegającej na nieodpokutowaniu przez Glindę winy. Niemniej Federowicz i Krakowiak wydobywają z bohaterek tę zażyłość i czułość, która ujawnia się między nimi w chwili rozstania.
Również pozostali wykonawcy trzymają klasę. Janek Traczyk (Fijero) – jeden z czołowych amantów polskiej sceny musicalowej, nie pierwszy raz współpracujący z „Romą” – może niespecjalnie popisał się tanecznie w solowym „Życie to bal”, natomiast w miłosnym duecie „Dopóki cię mam” potwierdził swój romantyczny sznyt. Istnieje pogląd, jakoby postać Fijera była scenariuszowo zbędna, ale według mnie jest ważnym nośnikiem konfliktu i katalizatorem decyzji protagonistek, które determinują ich losy. Damian Aleksander do swych niezliczonych ról dodał Czarodzieja i sprawił, że ten chytry i cyniczny szarlatan może budzić nie tylko niesmak, lecz także litość. Jako przewrotna Madame Maskudna wystąpiła Katarzyna Walczak (wybitna Diana z „next to normal” w teatrze „Syrena”), którą notabene widziałam też w „Kapitanie Żbiku i żółtym saturatorze” Wojciecha Kościelniaka razem z Maciejem Dybowskim, wcielającym się w „Wicked” w Boqa. To niby niewielka rola, ale wymaga ukazania zarówno beznadziejnego zauroczenia, jak i lęku i nienawiści wobec innych bohaterek, które przyczyniają się do nieszczęścia niepozornego Manczkina i jego fizycznej transformacji. Grana przez Marię Juźwin Nessaroza przede wszystkim stanowi kontrast dla Elfaby. Tu muszę sprostować fragment cytatu z kompendium musicalowego, że wprowadza ona motyw płciowości osób niepełnosprawnych, sugerujący, jakoby chodziło o erotykę, podczas gdy chodzi o psychikę – szaleńczo zakochana Nessaroza posuwa się do zniewolenia obiektu swoich uczuć. Obserwujemy tu więc różnorakie reakcje na kompleksy spowodowane odstawaniem od normy i brakiem (samo)akceptacji.
Z kolei wśród publiczności różnorakie reakcje wzbudziły też „odlotowe”, jak na fantastykę przystało, stroje. Zgadzam się z twierdzeniem: „Nieprzekonująco wypadają (…) zaczarowane małpy i Doktor Dillamond – momentami trudno się domyślić, że aktorzy wcielają się w zwierzęta, a przecież wątek uciśnionych czworonogów jest jedną z ważniejszych linii fabularnych spektaklu” (Sąder 2025), aczkolwiek to raczej wina braku charakteryzacji twarzy. Jeśli mowa o samych kostiumach, przywoływana już recenzentka zauważa: „Choć widać, że artystka [Martyna Kander – K.Sz.] miała pomysł na główne postaci, to wykonanie niektórych strojów pozostawia wiele do życzenia, szczególnie w kwestii doboru materiałów. (…) Nie potrafię też pojąć, dlaczego wszyscy mieszkańcy Manczkinlandii otrzymali identyczne stroje i bardzo nietwarzowe, sztucznie wyglądające fryzury” (Zielińska 2025). Na drugi zarzut odpowiem, że może ideą było właśnie zobrazowanie uniformizacji, tego, jak jednostki stają się bierną masą podatną na populistyczne hasła i przekonaną o swojej słuszności (zob. utwór „No One Mourns the Wicked” – „Kto by współczuł ludziom złym”) oraz nienawidzącą odmienności. À propos fryzur: po konferencji prasowej „Romy” pojawiły się obiekcje co do prezencji Fijera, która nie kojarzy się ani z księciem, ani z postacią fantasy, gwoździem do wizerunkowej trumny jest zaś blond peruka. Rzeczywiście, w uczelnianej bluzie bohater przypomina Kurta i Rama z musicalu „Heathers”, a wściekle jasnymi włosami – Kena z filmu „Barbie”. Niemniej uważam, że ulizana fryzura i lśniąca sportowa kurtka mają podkreślać image beztroskiego lalusia, który pasuje do równie przerysowanej różowej „Barbie”, Galindy, i kontrastować z jego późniejszymi wyborami oraz z dramatyczną zmianą fizyczną, jakiej doświadcza.
Skoro już tłumaczę decyzje realizatorskie, czas na zagadnienie tłumaczenia… piosenek. To – w przeciwieństwie do chyba maszynowej translacji napisów w filmie – należy uznać za dokonaną z wyczuciem interpretację, zgrabnie radzącą sobie nawet z grami językowymi („for good / for the better” w „Do cna”), ale zgrzyt na tym polu byłby zaskoczeniem, wszak za przekład odpowiada Michał Wojnarowski, tłumacz musicalowy i dubbingowy, kierownik literacki „Romy”. Tekst musi, rzecz jasna, tyleż mieć sens, co harmonizować z muzyką, która jest siłą nośną fabuły i którą w „Wicked” znakomicie wykonuje zespół pod kierownictwem Jakuba Lubowicza.
W pewnym dialogu pada aluzyjne hasło „zielony ład”, na co ktoś mógłby odrzec, że w spektaklu panuje raczej nieład. Sądzę jednak, iż ostatecznie – zwłaszcza dzięki wysokiej próby aktorstwu – udało się skonstruować świat przedstawiony, w którym widz może się zanurzyć, nawet jeśli nie do końca oddaje on klimat „idealnego” (zgodnego z czyimiś oczekiwaniami) Oz. Co zaś najważniejsze, pierwsza polska inscenizacja musicalu o „złej” czarownicy nie gubi jego przekazu. Po pierwsze, chodzi o wątpliwość, którą zasiewa w słuchaczach Glinda jako Dobra Czarownica z Północy, pytając na początku wprost: „Czy ludzie rodzą się źli? Czy zło zostaje im narzucone?”. Czy zatem ktoś, kogo a priori uważa się za nikczemnego, w istocie jest taki, czy mamy do czynienia z manipulacją świadomością zbiorową? Autorytet może być hochsztaplerem, podział na prawych i niegodziwych okazuje się względny, a ogląd sytuacji zależy od perspektywy.
Po drugie, chodzi o łatwość stania się oprawcą, gdy uzna się ofiarę za zasługującą na swój los. Aktualny zdaje się wydźwięk polityczny „Wicked”, który rozpalił opinię publiczną w USA po premierze filmu: łatwo dostrzec opozycję między autorytarnymi, opresyjnymi rządami w Oz a „lewicowym” humanitaryzmem i inkluzywną postawą Elfaby (zob. Januszewska 2024). W szerszym rozumieniu bohaterka występuje przeciwko zniewoleniu, także przez spreparowane informacje i opinio communis. I tu rodzą się pytania: czy można negocjować z systemem i przeobrażać go od środka, czy jednak każdego dobrodusznego reformatora (konformistę?) system przerobi na własną modłę? Czy pozostaje tylko bunt i kontestacja, również skazana na klęskę, bo samotna?
Madame Maskudna nazywa niepełnosprawną Nessarozę „tragicznie piękną”, na co Elfaba przedstawia się jako druga córka gubernatora, ta „pięknie tragiczna”. „Wicked”, choć zawiera elementy humorystyczne i daje promyk nadziei, jest musicalem podszytym tragiczną diagnozą mechanizmów społecznych, psychologicznych i politycznych, ale również w „Romie” ta bolesna baśń została podana w pięknej oprawie. A jeśli ktoś zaoponuje niczym autorzy bardziej krytycznych recenzji? Cóż, odpowiem tak jak Fijero Elfabie: można dostrzec w czymś piękno, gdy spojrzy się z innej perspektywy.
Literatura:
Borkowski M., Mikołajczyk M., Zawada M.: „Ten cały musical”. Kraków 2023.
Januszewska P.: „Faszyzm w krainie Oz”. „Krytyka Polityczna”, 21.12.2024. https://krytykapolityczna.pl/kultura/film/faszyzm-w-krainie-oz-januszewska-o-wicked/.
Maj K.M.: „Obejrzałem musical (i nie umarłem) | Wicked: część pierwsza (recenzja bez spojlerów)”. Kanał „Krzysztof M. Maj” na YouTubie, 30.11.2024. https://www.youtube.com/watch?v=zkuU3u2RVnU.
Mikołajczyk J.: „»Wicked«. Dlaczego wszystkie aktorki marzą o roli w tym musicalu?”. Podcast „Nawet lubię musicale”, odc. 8, kanał Teatru Syrena na YouTubie, 6.08.2022. https://www.youtube.com/watch?v=PWA9tgImnz0&t=312s.
Sąder B.: „Nad Wisłą kraina Oz jest jeszcze bardziej zielona. Widzieliśmy »Wicked« teatru Roma”. Onet.pl, 3.04.2025. https://www.onet.pl/kultura/onetkultura/recenzja-spektaklu-wicked-w-teatrze-roma-jest-jeszcze-bardziej-zielono/j0cclvm,681c1dfa.
Włazowska W.: [Minirecenzja „Wicked”]. Profil grupy „uMUSICALnieni” na Facebooku, 24.04.2025. https://www.facebook.com/groups/2058688841026493/posts/4099884000240290.
Zielińska D.: „»Wicked«, Teatr Roma”. „Pamiętnik (pop)kulturowy”, [po 8.04.2025]. https://pamietnik-pop-kulturowy.blogspot.com/2025/04/wicked-teatr-roma.html.
[Dostęp do stron WWW: 11.07.2025].
„Wicked”. Muzyka i teksty piosenek: Stephen Schwartz. Libretto: Winnie Holzman. Reżyseria: Wojciech Kępczyński. Przekład: Michał Wojnarowski. Scenografia: Mariusz Napierała. Choreografia, asystent reżysera: Agnieszka Brańska. Kostiumy: Martyna Kander. Kierownictwo muzyczne: Jakub Lubowicz. Polska prapremiera: 5.04.2025, Teatr Muzyczny „Roma”.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

